Czujesz się lepiej w swoim ciele, jak gdy jesteś za granicą?
Jasne! Co roku spędzam wakacje w Marsylii. Tam czuję się w stu procentach sobą – noszę kolorowe ubrania, nie mam problemu z tym, że jestem widoczna. W Polsce staram się wtapiać w tłum. Wybieram bezpieczne barwy. Może gdybym mieszkała w Warszawie, byłabym bardziej odważna w swoich wyborach, ale w Łodzi nie pozwalam sobie na szaleństwo, a właściwie – nie pozwalam sobie na swobodę. Chociaż i tak jest tu już lepiej niż kilka lat temu. Kocham swoje miasto nad życie, ale nie daje mi ono poczucia akceptacji.

Z czego wynika to, że w Polsce trudno poczuć się swobodnie? Jesteśmy tacy konserwatywni?

Jesteśmy po prostu zamknięci w odbiorze. Nie lubimy, jak ktoś się w jakikolwiek sposób wyróżnia. Jesteśmy bardzo przeciętni i jeżeli ktokolwiek wykracza poza przeciętną, to od razu jest negowany. Jeśli znajduje się poniżej przeciętnej, spotyka go to samo. Bo bez względu na to, czy jest ładniejszy i mądrzejszy od ogółu, czy brzydszy i głupszy, to drażni tym, że się różni. Polacy boją się inności. I reagują na nią agresją oraz nienawiścią.

Jako modelka plus size odczuwasz to częściej?

Ja mam wrażenie, że u nas nie jest dobrze być też chudym – np. bardzo szczupli mężczyźni są totalnie stygmatyzowani. Chciałabym, żeby pojawiła się u nas powszechna akceptacja dla różnorodności. Ja osobiście teraz nie spotykam się już tak często z hejtem – ani wirtualnym, ani tym „na żywo”. Czasem odpowiadam na te bardziej rozbudowane komentarze, ale tak naprawdę zbytnio mnie one nie ruszają. Skupiam się na pozytywach.

Moglibyśmy częściej mówić sobie miłe rzeczy.

Dokładnie! A u nas robienie tego traktowane jest podejrzliwie. W Polsce panuje przekonanie, że kobieta powinna być „ładna” – chodzimy w tych sukieneczkach w kwiatuszki, malujemy usta na kolor malinowy. Chowamy się w tych bezpiecznych kategoriach, bojąc się odrzucenia, nie chcąc czuć się gorsze. Ale nie potrafimy też popracować nad tym, żeby poczuć się lepiej, pozbyć się zazdrości i zawiści. Potrafimy tylko krytykować innych.

Po tym, jak wygrałaś program „Supermodelka plus size”, nie byłaś szczęśliwa. Dlaczego?

Bo ludzie są mendami. Serio. Wiesz, z opiniami dotyczącymi mojego ciała poradziłam sobie dawno temu, moje ciało jest drogą do celu, teraz jestem modelką plus size, i ono mi w tym pomaga. Ale po tym, jak wygrałam program, wylał się na mnie hejt dotyczący mojej osobowości. To była taka agresja i nienawiść, że chociaż jestem bardzo świadoma i wiedziałam, że te osoby nie zasługują na to, żeby zawracać sobie nimi głowę, to nie poradziłam sobie z tym. Depresja to jest czysta biologia naszego mózgu i bez pomocy specjalisty, bez leków nie dałabym sobie rady. Tu racjonalna analiza sytuacji nie wystarczyła, bolało mnie to bardzo. Stałam się płaczliwa, agresywna, chciałam rzucić telefonem o ścianę.

Ale nie mogłaś tego zrobić, bo właśnie wygrałaś program i otworzyły się przed Tobą nowe możliwości.

Nie mogłam przekreślić całej swojej pracy i zamknąć konta na Instagramie – a tam byłam zupełnie inną osobą, okazało się, że jestem świetną aktorką, nikt nawet się nie domyślał się, że dzieje się ze mną coś złego. A ja straciłam cały dystans do wszystkiego. Reagowałam agresją nawet na konstruktywną krytykę ze strony moich bliskich. Ale nie poddałam się, poszłam do psychiatry. Tam się dowiedziałam się, że mam zaburzenia adaptacyjne, czyli nie była to depresja, tylko jej delikatniejsza forma. Dostałam leki, które przestałam brać już rok temu. Dzisiaj jest już dobrze, choć nadal nie rozumiem, jak ludzie mogą tak bezmyślnie krzywdzić innych swoimi okrutnymi, nie popartymi wiedzą, pozbawionymi empatii opiniami.

Dzisiaj siebie lubisz. Czym dla Ciebie jest samoakceptacja?

Dla mnie samoakceptacja to traktowanie siebie jak najlepszej przyjaciółki, dla której chcesz jak najlepiej, gdy ma problemy, chcesz jej pomóc, wesprzeć ją, doradzić jej, znaleźć rozwiązanie. Nie oceniasz jej, nie przymuszasz do niczego, nie strofujesz. Dajesz jej przyzwolenie na negatywne emocje, na błędy. Po prostu ją kochasz. Ze względu na tą wielką miłość do niej starasz się jej nie stresować. I ja tak właśnie staram się siebie traktować – jak najlepszą przyjaciółkę. Nie zmuszam się do treningów, gdy nie mam ochoty, gdy mam ochotę na lody, to je jem.  Nie muszę się wpisywać w żaden kanon.

Jak osiągnęłaś ten stan?

Dzięki psychoterapii. Poszłam na nią, bo chciałam poznać siebie – jako studentka psychologii uznałam, że jest to niezbędna część procesu mojej edukacji. Samoświadomość, którą zyskałam dzięki terapii, sprawiła, że dotarło do mnie, iże moje ciało to tylko środek do celu, a moim celem jest to, co mam w głowie. Najważniejsze jest to, jaka jestem, i to, co robię. Poznanie swoich atutów i wad pomogło mi zaakceptować je, uznać, że są po prostu częścią mnie. I nie walczyć z nimi.

Czym różni się samoakceptacja od pewności siebie?

Kiedyś nosiłam taką maskę „pewnej siebie” osoby. Niby nie przejmowałam się krytyką, nie dopuszczałam jej do siebie, zachowywałam się jak bufon. Ale było to bardzo powierzchowne. Samoświadomość i samoakceptacja to zupełnie inny biegun. Dzisiaj biorę pod uwagę tylko słowa osób, które są dla mnie autorytetem w danej dziedzinie. Negatywnych ludzi eliminuję ze swojego życia bardzo szybko, szczególnie jeżeli wprowadzają do niego smutek i chaos.

Jak pozbywasz się toksycznych ludzi?

Najpierw staram się rozmawiać, bo komunikacja jest najważniejsza. Ale jeżeli ktoś jest średnio dojrzały emocjonalnie i rozmowa nie działa, to urywam kontakt. Nie odpisuję, nie odbieram telefonów. Wcześniej informuję jednak tę osobę, że jej zachowanie mnie krzywdzi, mówię jej też, że jeżeli chciałaby popracować nad naszą relacją, to jestem na to otwarta. Ja bardzo pracuję nad sobą i oczekuję tego od innych. Jeżeli komuś nie zależy na naprawianiu, to nie potrzebuję go w swoim życiu. Po prostu ucinam ten kontakt. Być może zabrzmi to źle, ale dzielę ludzi na żyjących i egzystujących. Większość Polaków to ci egzystujący, którzy chodzą sobie do pracy, mają rodziny, zajmują się nimi, i to im wystarcza, nie mają wyższych celów w życiu. Ja należę do ludzi „żyjących” – potrzebuję ciągłego rozwoju, jestem bardzo ambitna, chcą przeć do przodu. I trudno mi się dogadać z tymi „egzystującymi”, chociaż ani ich nie oceniam, anie ich nie krytykuję. Bo uważam, że każdy ma prawo żyć tak, jak chce.

Uważasz, że gdyby więcej osób chodziło na terapię, m.in. po to, żeby siebie zaakceptować, to świat byłby fajniejszy?

Jasne! Byłoby wspaniale. Gdybyśmy zagłębiali się w samych siebie, dowiadywali się, co lubimy, a czego nie lubimy, to bylibyśmy o wiele mniej zestresowani i szczęśliwsi. Byłoby cudownie! Naprawdę najważniejsza jest praca nad głową - możemy schudnąć i być nieszczęśliwi. Mniejszy rozmiar nie załatwi nam na skróty drogi do samoakceptacji. To, kim jesteś, jaka jesteś, jakimi ludźmi się otaczasz, ma o wiele większe znaczenie. Pamiętam, jaka byłam smutna, gdy w gimnazjum schudłam 25 kilogramów. Wszyscy się mną zachwycali, a ja byłam taka nieszczęśliwa. Miałam niepoukładane w głowie i w ogóle nie o ciało tutaj chodziło, bo to nie kilogramy były moim problemem.

Jaki masz teraz cel?

Moim największym marzeniem jest otworzenie swojego własnego gabinetu – chcę być seksuolożką i psychoterapeutką integracyjną, jestem na studiach podyplomowych w Poznaniu. Myślę, że będę miała dużo pracy, bo w Polsce tak bardzo się nienawidzimy, tak bardzo nie znamy swoich ciał i umysłów, że mnóstwo pracy przede mną. A ja uwielbiam się uczyć!