Co jakiś czas algorytm Facebooka proponuje mi artykuły: „Influencerka pokazała macierzyństwo bez CENZURY”, „Młoda matka pokazała SZOKUJĄCĄ prawdę na temat macierzyństwa”, „Ta kobieta pokazała, jak NAPRAWDĘ wygląda rzeczywistość z dziećmi” i tak dalej. Oraz dopiski: „W sieci zawrzało”, „Fanki podzielone”, „Kobiety biją jej brawo”. Oczywiście to artykuły obliczone na kliki, bo nie ma w nich niczego, co zszokowałoby kogokolwiek. Ot, zmęczenie na twarzy, bałagan w pokoju, nieumyte włosy i brak makijażu, dzieci wymazane resztkami z obiadu, czasem wszystko naraz. Skąd więc ten szok i niedowierzanie? Taki wizerunek matki to rzadkość, bo 90% tego, co pokazują media w kwestii macierzyństwa, skąpane jest w takiej ilości lukru, że od samego patrzenia, podnosi się poziom cukru w organizmie.

Ten artykuł możesz również przesłuchać! 

 

 

Tego nie zobaczysz w telewizji

Nie sięgając daleko: to, co ma do zaoferowania kobietom największe medium – telewizja, pokazała tegoroczna gala rozdania Oscarów. Telewizja ABC, która transmitowała to wydarzenie, nie dopuściła do wyświetlenia reklamy amerykańskiej marki szwedzkiego pochodzenia Frida Mom. Co takiego zostało uznane za nie wystarczająco glamour, aby mogło się pojawić na czerwonym dywanie? Fabuła została napisana przez życie: kobieta budzi się w środku nocy, słyszy płacz dziecka, z wyraźnym trudem podnosi się z łóżka, idzie do łazienki. W następnych kadrach widać, że zamiast bielizny ma na sobie flizelinowe majtki z opatrunkiem w okolicy krocza oraz pośladków. W pozostałej części filmu pokazane są „zwykłe” czynności, jakie wykonuje kobieta w połogu. Spryskuje krocze płynem do dezynfekcji, z bólem oddaje mocz, zakłada podpaskę wielkości pieluchy i nieporadnie walczy ze środkami higienicznymi, by na końcu z trudem wstać i doczłapać do wciąż kwilącego dziecka. Filmowi towarzyszy hasło „Poporodowe dochodzenie do siebie nie musi być takie trudne” i jest to reklama środków higienicznych oraz wygodniejszych niż te oferowane w szpitalu akcesoriów (jak np. specjalna bielizna dla kobiet po cesarskim cięciu). Reklamę bez problemu można zobaczyć w serwisie YouTube, a pod nią przeczytać wiele komentarzy, w których użytkownicy nie tylko potwierdzają, że przecież tak to właśnie wygląda w prawdziwym życiu, ale także proponują, by takie filmy były pokazywane dziewczynom w szkole na lekcjach przygotowujących do życia w rodzinie. Co ciekawe, pod filmem wypowiada się też wielu mężczyzn, którzy przyznają, że są w totalnym szoku, widząc, przez co przechodzi kobieta i jej ciało po porodzie. Cóż, trudno ich winić, w końcu gdzie mieli to zobaczyć? W romantycznych komediach, w których poród sprowadza się do kilku krzyków i ściskania partnerki za rękę, gdzie zamiast połogu od razu pojawiają się napisy: „I żyli długo i szczęśliwie”? W social mediach, gdzie kobiety na zdjęciach z uśmiechem przytulają maluszki w otoczeniu kwiatów i balonów w kolorach dopasowanych do płci dziecka? Czy może we własnym domu, od swoich matek, które często przechodziły ten okres gorzej, niż pokazuje to kontrowersyjna reklama, ale w totalnej samotności i bez jakiegokolwiek wsparcia? Poród, połóg, depresja poporodowa, macierzyństwo bez filtra – to wszystko wciąż jest tematem tabu.

Kobiety kobietom zgotowały ten los

Między obrazem rzeczywistym a tym, co pokazują media, jest drastyczna przepaść, ale okazuje się, że największa presja, z jaką muszą sobie radzić matki, wcale nie płynie z instagramowego feedu.Wszystkie przepytane przeze mnie kobiety zgodnie przyznały, że tę presję wytworzyły sobie przede wszystkim… one same. „Wyobrażamy sobie, że świat tego od nas oczekuje i że jesteśmy non stop poddawane ocenie jak na najgorszym egzaminie, bez prawa do pomyłki. Wszystko chcemy robić idealnie, i to jest ogromna pułapka, w którą wpada się na samym początku macierzyństwa. Wpływa na to ogromna ilość informacji, którą dostajemy, bo dziś w kwestii tego, jak żyć, mamy doradców od wszystkiego: dietetyk wypowiada się na temat jedzenia, doradca laktacyjny na temat karmienia piersią, pediatra na temat zdrowia itd. Kiedyś po prostu był lekarz prowadzący, rodziłaś dziecko i życie się jakoś toczyło. Dziś na starcie dostajesz ogromny pakiet informacji, co robić, żeby nie zrobić czegoś źle, a ostatecznie jak już urodzisz, to i tak zostajesz bez instrukcji obsługi, bo życie weryfikuje wszystko, co kiedykolwiek przeczytałaś” – mówi Kasia, mama dwuletniego Wojtka, która razem z mężem prowadzi bistro na jednym z warszawskich osiedli. Kilka razy tuż po porodzie Kasia zamieściła na Facebooku zdjęcia prezentujące tę mniej kolorową stronę macierzyństwa, bo wierzyła, że pokazując rzeczywistość, wesprze inne matki. Nazwała to nawet macierzyństwem non-fiction, jednak oberwało jej się nawet wtedy. „Przeczytałam komentarz od matki dwójki dzieci, że jakim prawem mogę mówić o non-fiction, skoro mam zdrowe i szczęśliwe dziecko, i co mają powiedzieć kobiety, który nie miały tyle szczęścia i na przykład poroniły albo urodziły dziecko chore lub z niepełnosprawnością. Bardzo to przeżywałam, zwłaszcza że odsłoniłam siebie i pokazałam życie bliskie przeciętnemu, a nie idealnemu obrazkowi. Prawda jest taka, że najwięcej złego usłyszysz od innych matek, które dają sobie do tego absolutne prawo” – dodaje.
Potwierdza to Marta Lech-Maciejewska w sieci znana jako SuperStyler, prywatnie mama Mieczysława (6 lat) i Zygmunta (3 lata), która prawie od ośmiu lat prowadzi modowo-lifestyle'owego bloga. O „dylemadkach” (tak nazwała grupę swoich obserwatorek, które zawsze mają jakieś „ale” i nierzadko pozwalają sobie na nieprzyjemne komentarze) mówi: „Matki z Instagrama zwracały mi uwagę na wszystko: że daję butelkę, a nie cycka, że ciągle trzymam dziecko w kojcu, że Miecio jest głośny, więc na pewno jest przygłuchy. Przy okazji zdiagnozowały mu też wszystkie choroby świata, począwszy od szpotawej stopy na zezie skończywszy. Mimo że odpisywałam tym kobietom, żeby się odwaliły, totalnie dałam się wkręcić i bez sensu biegałam po lekarzach, zajmując czas najlepszym specjalistom w tym kraju głupotami. Za to teraz, gdy chłopcy są już starsi, najczęściej słyszę, że czegoś mi jako matce nie wypada – ostatnio, że seksownie tańczyć na… lekcjach tańca, na które chodzę do szkoły baletowej”.
O najgłupszą rzecz, jaka padła z ust innych kobiet, zapytałam też Kasię. „Od kobiet w mojej rodzinie usłyszałam, że pewnie mam chude mleko w piersiach, skoro Wojtuś tak długo wisi na piersi. Bardzo mnie to zabolało, bo chwilę musiałam walczyć o laktację. Przed urodzeniem dziecka myślałam, że nie będę miała z tym problemu. Takie uwagi bolą i rozmijają się z aktualną wiedzą. Nie ma czegoś takiego jak chude mleko, a piersi to nie magazyn, tylko fabryka, która produkuje mleko według zapotrzebowania. I fakt, że karmiłam piersią, uważam za mój wielki sukces”.

I wtedy wchodzi Ona

Matki to trudna grupa społeczna. Potrafią się wspierać i wymieniać merytorycznymi uwagami na wielu forach i stronach w internecie, a przy tym pocisnąć tak, że w sekundę poczujesz się jak najgorszy człowiek świata. Można tłumaczyć to kompleksami, niepewnością, burzą hormonów, która sprawia, że zachowujemy się jak pod wpływem środków odurzających i nie mamy nad tym żadnej kontroli. Totalnym rozjazdem między chęcią bycia super a poczuciem udręczenia i fizycznego wyczerpania. „Bardzo często, wylewając hejt, dajemy upust niezadowoleniu z samej z siebie” – mówi Marta. Gorzej, gdy matką, która wywiera na tobie największą presję, jest... twoja własna.
„Jestem instaodporna, bo sama pracuję w mediach i wiem, jak powstają te wszystkie piękne zdjęcia, więc zamiast frustracji budzą one we mnie raczej podziw do włożonej w ich zrobienie pracy. Mnie by się po prostu nie chciało. Za to presję, z którą nie do końca potrafiłam sobie poradzić, doświadczyłam ze strony swojej mamy, która sama będąc w tej dziedzinie perfekcjonistką, bardzo mnie pouczała. Gdy mówiła: „Bądź dla Julki miła”, czułam, że w jej oczach jestem niewystarczająco dobra dla swojej własnej córki. Oczywiście nie miała tego na myśli, po prostu widziała, że nie radzę sobie sama ze sobą, i to był jej sposób, żeby upewnić się, że wszystko jest okej. Niestety, przez to tylko bardziej wpędzała mnie w poczucie winy. Potrzebowałyśmy szczerej rozmowy, żeby wszystko się między nami ułożyło” – mówi Asia, mama sześciomiesięcznej Julii, zawodowo media-workerka.
Z podobną presją musiała się zmierzyć Kasia: „Jesteś rozwalona hormonami, dochodzisz do siebie, zapomniałaś wszystkiego, czego uczyli cię w szkole rodzenia, np. nie wiesz, jak przystawić dziecko do piersi, jednak oczekujesz wsparcia, chcesz usłyszeć, że naprawdę robisz to super. I wtedy pojawia się ona – osoba, która powinna najlepiej rozumieć to, co czujesz, ale podważa każdą zrobioną przez ciebie rzecz, bo ona zrobiłaby to inaczej, mimo że od ostatniego czasu, kiedy opiekowała się noworodkiem, minęły jakieś trzy dekady, i wszystko się w tym czasie zmieniło. Po jednej z pierwszych wizyt mojej mamy, która trwała zaledwie 10 minut, płakałam tydzień. Strasznie zależało mi na tym, żeby moja matka zobaczyła we mnie dobrą matkę. Wiem, że to wszystko, co robiła wynikało z troski, ale za dużo mnie to kosztowało. Dziś mamy wyraźnie postawioną granicę i ciut chłodniejsze stosunki. Tak jest lepiej dla wszystkich”.

#PolishMum

Oglądam Instastories i słyszę, jak jedna z blogerek reklamuje koronkowe plażowe narzutki prosto z Bali jako świetne do sesji ciążowych. Myślę: „Okej, czyli sesja ciążowa jest absolutnym must have do wpisania na listę”. Szaleństwo, bo ciąży nie planuję, ale już dałam się wkręcić w pewien schemat myślenia. Co czują kobiety, które nie akceptują swojego ciała w ciąży, swój brzuch traktują jako coś obcego albo uważają za tak intymny jak biust, a na Instagramie atakują je te same zdjęcia w różnych wariantach ze specjalną karteczką/koszulką/balonikiem zdradzającymi tydzień ciąży? „Grunt to nie dać się zwariować i zawsze zadawać sobie pytanie: «Czy ja tego naprawdę chcę i potrzebuję?». Jeśli sesja ciążowa jest twoim marzeniem – go for it! Ale jeśli nie, nie zadręczaj się, wszystko jest z tobą okej” – słyszę od Marty. Świat instagramowego macierzyństwa to temat rzeka, dla wielu kobiet jest odskocznią, zwłaszcza gdy zostają z dzieckiem same. Tę samą rolę, choć bez możliwości wchodzenia w interakcje, odgrywały przecież kiedyś tradycyjne media. To świat, który może inspirować, ale też… dołować. „Wrzucanie trzy tygodnie po porodzie płaskiego brzucha jest jedną z bardziej krzywdzących kobiety rzeczy” – zwierza się Kasia. I dodaje: – „Sama ćwiczyłam aż do siódmego miesiąca ciąży, a po porodzie szybko wróciłam do aktywności, pomimo tego odzyskanie właściwej sylwetki było długim i żmudnym procesem. A myślałam, że będzie to tak szybko jak u znanej fit influencerki”.

O matko, nie strasz!

Lubimy popadać w skrajności i świat pięknego i idealnego macierzyństwa jest tej skrajności jednym biegunem. Na drugim znajduje się spora liczba matek, które straszą swoje młodsze koleżanki macierzyństwem co najmniej tak, jak media koronawirusem. To ten moment, gdy słyszysz, oczywiście po przyjacielsku: „Nie chcę cię straszyć, ale…”, i widzisz, jak niczym z puszki Pandory wysypują się po kolei możliwe plagi, które dopadną cię w chwili, gdy zostaniesz matką. „Wszystko się zmienia, to prawda, ale mówienie młodej dziewczynie: «Wszystko się spieprzy, stracisz swoje życie», uważam za świństwo, bo sama byłam świadkiem, jak takie słowa wprowadziły bliską mi osobę w paranoiczny lęk przed tym, co się wydarzy, gdy zdecyduje się na dziecko. Trzeba przy tym wyraźnie powiedzieć, że rzeczywiście po urodzeniu dziecka powrotu do takiego stanu życia jak sprzed porodu już nie ma. Trzeba to przepracować w sobie i zaakceptować. Sama kurczowo trzymałam się tego, co było, i robiłam wszystko, żeby wrócić do starego życia. Choć na chwilę! Chciałam nawet uciec ze szpitala do domu, w którym nie było jeszcze dziecka, by poczuć, że nic się nie zmieniło i nadal mam nad wszystkim kontrolę” – mówi Marta. „Też chciałam być turbomatką. Wymyśliłam to tak, że po prostu do swojego starego życia dokładam Julkę i dalej będę z nią chodzić po knajpach i podróżować. W tym celu, jeszcze będąc w ciąży, zdecydowałam się na zakup samochodu. Reality check: tydzień temu zatankowałam go po raz pierwszy” – dodaje z dużym rozbawieniem Asia.

Macierzyństwo jest wystawianiem na próbę każdej z dotychczasowych ról społecznych kobiety. Często wymaga zdjęcia po kolei wszystkich masek: superżony, przebojowej dziewczyny, spełnionej zawodowo kobiety, wspierającej przyjaciółki, a także przyznania, głównie przed samą sobą, że wejście w nową rolę supermatki jest trudne, a czasem wręcz niemożliwe. W świecie, w którym bycie matką jest postrzegane jako najważniejsza rola kobiety, a jednocześnie niewystarczająca, by mówić o niej z podziwem godnym chociażby tego, jaki pojawia się w kontekście robienia kariery, trudno jest nie poddać się otaczającej ze wszystkich stron presji. Najważniejsze to samemu nie wywierać jej na sobie i nie stawiać sobie poprzeczek nie do przeskoczenia. Każda matka kocha swoje dziecko, z zasady nie chce zrobić mu krzywdy, więc intuicyjnie wie, co jest dla niego najlepsze. Wystarczy, że sobie zaufa.