Samo pojęcie, „body neutral”, nie jest nowe, choć zdobywa coraz więcej fanek. Nic dziwnego. Ruch body positive zrobił kobiety na całym świecie w balona. Obiecano im bezstresowe życie w pełnej samoakceptacji, a dostały kolejny powód, aby się biczować – nawet jeśli nie za to, jak wyglądają, to za to, jak o swoim wyglądzie myślą. Dlaczego ciałopozytywność nie jest tak pozytywna, jak mogło się początkowo wydawać? I dlaczego bardziej opłaca się praktykować myślenie ciałoneutralne, mimo że jest dużo trudniejsze od tego ciałopozytywnego?
 

Nie zmuszaj kobiety, by kochała swoje ciało

Żeby zrozumieć, dlaczego tak bardzo potrzebujemy zmienić podejście do ciał, musimy najpierw pojąć, co jest nie tak z postawą body positive. W zamyśle ciałopozytywność miała zmienić definicję urodowej normy. Pokazać ciała wyrzucone poza kanon, ten budowany przez media, również społecznościowe, wybiegi, reklamy kosmetyków, ofertę sieciówek odzieżowych i tak dalej. Ten jedyny słuszny wzór, w którym nie ma przyzwolenia na nadprogramowe kilogramy, trądzik, rozstępy, cellulit, duże stopy, wzrost mikrusa, wzrost żyrafy, rzadkie brwi, krótkie rzęsy, płaski tyłek, duże cycki (i co wam jeszcze przyjdzie do głowy, ta lista nie ma końca). Ruch body positive miał promować akceptację różnorodności i równą reprezentację w przestrzeni publicznej wszystkich dostępnych typów urody, rozmiarów, kolorów skóry i tak dalej. Mówiąc najprościej, jak się da: wyglądamy różnie, i to jest OK, to miało być esencją ciałopozytywności.

Body positive, w teorii inkluzywne, okazało się jednak ruchem opresyjnym i wykluczającym. Przede wszystkim ciałopozytywność odmawia kobietom prawa do kompleksów. Bo jeśli je masz, to znaczy, że nie jesteś body positive, a jeśli nie jesteś body positive, to jesteś głupia, zacofana, nienowoczesna i co ty w ogóle robisz na Instagramie. Jeżeli chcesz być ciałopozytywna, musisz kochać swoje ciało. Bezwarunkowo, 24 godziny na dobę. Jakim cudem komuś przyszło do głowy, że można kobietom mówić, co mają czuć do własnego ciała? (Zupełnie retoryczne pytanie, codziennie jakiś oszołom wpada na ten pomysł). W konsekwencji doszło do tak absurdalnych sytuacji, że anonimowa loża samozwańczych ekspertów z internetu zaczęła decydować o tym, kto może być ciałopozytywny, a kto nie. Aktorce i aktywistce Jameeli Jamil zarzucono, że jest zbyt atrakcyjna, by uchodzić za ambasadorkę ruchu body positive. Modelkę Charli Howard krytykowano za to, że do swojego projektu All Woman Project (cykl nieretuszowanych zdjęć kobiet w różnych rozmiarach) zaprosiła niewystarczająco duże dziewczyny. Na inną modelkę Ashley Graham internet rzuca się, gdy ta publikuje zdjęcia z siłowni – bo skoro ćwiczy, to znaczy, że chce schudnąć, a skoro chce schudnąć, to znaczy, że zdradziła ideały body positive…

Zobacz także: Co to w ogóle jest body positive i dlaczego nagle wszyscy mówią o samoakceptacji? Czyli ciałopozytywność na co dzień
 

Wygląd nie ma znaczenia

Tak, ciałopozytywność była budowana na szlachetnych intencjach. Bo chodziło o to, żeby każda kobieta nauczyła się lubić swoje ciało, spojrzała na nie trochę życzliwiej, bez względu na to, jakie ono jest. Problem w tym, że znowu – niezależnie od szlachetnych intencji – wszystko zostało sprowadzone do wyglądu, tylko i wyłącznie. Ciałoneutralność przesuwa punkt ciężkości. Tu nie chodzi o to, jak twoje ciało wygląda, lecz co ci daje, co możesz dzięki niemu zrobić. Body positive wciska kobietom bujdę o tym, że ciało trzeba kochać. Body neutral kontrargumentuje, że lepiej jest je po prostu szanować, doceniać. Najlepiej różnice pomiędzy obiema koncepcjami wyjaśniła Anuschka Rees, autorka książki „Beyond Beautiful”, która jeszcze przed premierą została okrzyknięta biblią ciałoneutralności. Rees uważa, że przesłaniem ciałopozytywności jest: „Czuję się ze sobą dobrze, bo wiem, że jestem piękna”, podczas gdy mantra ciałoneutralnych brzmi: „To, jak się ze sobą czuję, nie ma nic wspólnego z tym, jak wyglądam”. Zdaniem Rees w body positive chodzi o to, aby zmieniać obowiązujący kanon urody, a w body neutral o to, by w ogóle przestać przypisywać tak duże znaczenie wyglądowi zewnętrznemu, bo to tylko jeden z wielu elementów budujących naszą atrakcyjność. Ciałoneutralnemu myśleniu kibicują psychologowie. „Gdy poświęcamy zbyt dużo uwagi swoim ciałom, nie mamy przestrzeni na nic innego” – tłumaczyła w rozmowie z portalem HuffPost nowojorska terapeutka Alison Stone. „Ta obsesja, ta samokrytyka pochłaniają mnóstwo energii i, co ważniejsze, tego typu myślenie odbiera nam radość życia. Zbyt często wpadamy też w pułapkę myślenia czernią i bielą – wydaje nam się, że ciało można albo kochać, albo je nienawidzić. Ruch body neutral szuka kompromisu, a w połowie drogi jest miejsce na akceptację”. Body neutral w praktyce? Łatwo nie będzie, bo to podejście wymaga kompletnego przewartościowania relacji z ciałem. Nie myślisz o ciele w kategoriach estetycznych. Myślisz o nim w kategoriach pożytków płynących z tego, że masz takie właśnie ciało. Bo np. ciało, niezależnie od tego, jak wygląda, wciąż może być źródłem seksualnej przyjemności, więc fajnie je mieć i zajmować się nim tak, aby odwdzięczało się orgazmem. Bo ciało, niezależnie od tego, jak wygląda, może być wdzięcznym sojusznikiem w przekraczaniu ograniczeń – jeśli np. regularnie praktykujesz jogę, prędzej czy później twoje ciało zdoła wykonać pozycje, których wcześniej nie było w stanie zrobić, i będziesz z tego ciała dumna. Bo ciało, którego słuchasz (i szanujesz jego potrzebę, żeby dziś zjeść pizzę zamiast jaglanki), o które dbasz (jedne ciała wolą maratony, inne – masaże) i któremu potrafisz wybaczyć (każde ciało może mieć gorszy dzień), zapewni ci długie życie w pełni sił. Idealnie jędrny tyłek takiej gwarancji nie daje.