„Bądź damą, mówili. Twoja spódnica jest za krótka, nie pokazuj tyle ciała, zakryj się, zostaw coś wyobraźni. Nie kuś, mężczyźni nie potrafią się kontrolować, oni mają swoje potrzeby. Pokaż trochę ciała. Wyglądaj sexy, bądź gorąca. Nie prowokuj. Sama się o to prosisz. Noś czerń, noś obcasy. Jesteś zbyt wystrojona. Jesteś zbyt rozebrana. Nie noś tych dresów. Wyglądasz, jakbyś się zapuściła. Wyglądaj naturalnie, bądź sobą, bądź prawdziwa, bądź pewna siebie. Za bardzo się starasz, jesteś zbyt zrobiona. Mężczyźni nie lubią kobiet, które za bardzo się starają. Po prostu bądź damą”. Pamiętacie? To słowa poetki Camille Rainville, które, choć po raz pierwszy opublikowane na jej blogu w 2017 r., na ustach wszystkich znalazły się trzy lata później (dokładnie rok temu) za sprawą wideo z udziałem Cynthii Nixon.

Ubieraj się sexy, ale nie prowokacyjnie, czyli zasady stylu, które warto łamać

Liczący niecałe trzy minuty film – bo powyższy fragment to tylko część manifestu – powstał, by promować magazyn „Girls, Girls, Girls”, i niewątpliwie się udało, bo tuż po premierze stał się wiralem. Nie bez przyczyny. Trudno o lepsze podsumowanie tego, co my, kobiety słyszymy na co dzień – i to już od najmłodszych lat. Od rodziców (którzy powtarzają po poprzednich pokoleniach i nie mają świadomości, jak wielką robią nam krzywdę), nauczycieli, znajomych, z radia czy telewizji. Społeczeństwo ma wobec nas konkretne oczekiwania. W wielu przypadkach sprzeczne, co tym bardziej wpędza nas w kompleksy. A stąd tylko krok, by sprawować nad nami kontrolę. Mamy więc tego serdecznie dość.

Dotychczas moda była jednym z narzędzi opresji. I choć nadal można znaleźć w sieci porady typu: „Noś sukienki, ale nie worki, tylko takie, które podkreślą talię, dekolt albo nogi – byle nie wszystko na raz, bo wówczas będziesz wyglądać wulgarnie” albo „Zakryte ciało zostawia pole do domysłów i fantazji, w większości przypadków wygląda też szczuplej” (serio, to tylko przykłady z pierwszej strony Google’a, która się wyświetla po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła „kobiecy strój”), wygląda na to, że coś się zmienia. To w dużej mierze zasługa kobiet, które coraz częściej stają na czele wielkich domów mody (do niedawna zdominowanych przez mężczyzn).

Kiedy metresa jest feministką

Prekursorką trendu była Coco Chanel. Pieniądze na start swojego biznesu zdobyła dzięki temu, że była metresą – najpierw Etienne’a Balsana, później Boya Capela. Sukces tego biznesu zawdzięcza już jednak tylko sobie. Wykazując się ogromną świadomością („Postanowili dać mi miejsce, w którym mogłabym robić swoje kapelusze, zupełnie tak, jakby ofiarowywali mi zabawkę. Niech się pobawi, a potem zobaczymy. Nie rozumieli, jakie to dla mnie ważne” – miała powiedzieć Marcelowi Haedrichowi, autorowi jednej ze swoich biografii), determinacją, ciężką pracą, nowatorstwem, charyzmą i autentycznością.  Stawiała na prostotę, uważała, że nic tak nie postarza kobiety, jak kosztowności, zdobienia i skomplikowanie. To właśnie jej zawdzięczamy luźniejsze, niekrępujące ruchów fasony: szerokie spodnie, koszulowe sukienki, piżamy, a także torebkę wyposażoną w łańcuszek (model 2.55), dzięki któremu kobiety mogły mieć wolne ręce, bo nie musiały już trzymać torebki w dłoni.

Uniseks znaczy wolność

Kierunek zmian przypieczętowały lata 60. i 70. z panującym wówczas kultem młodości (wyznawanym zresztą także przez Chanel) i rewolucją seksualną. Ważną rolę odegrał wówczas Rudi Gernreich, amerykański projektant austriackiego pochodzenia. Sprzeciwiał się seksualizacji ciała i teorii, wyznawanej m.in. przez Kościół, zgodnie z którą miałoby ono być czymś wstydliwym i haniebnym. Misją projektanta było uwolnienie ciała od takiej stygmatyzacji, a także od ograniczeń narzucanych mu przez ubranie, natomiast kobietę chciał uczynić w pełni wyemancypowaną. To właśnie dlatego wpadł na pomysł stworzenia minimalistycznych ciuchów uniseks – funkcjonalnych i takich samych dla obu płci. „Męski lub kobiecy wygląd zawdzięczamy samym sobie, nie ubraniom” – mawiał. I dodawał: „Kiedy ubranie stanie się wystarczająco podstawowe, będzie je można nosić niezależnie od płci”. Widział w tym sens, to miało odciągnąć nasz umysł od naszego wyglądu i pozwolić nam skupić się na naprawdę ważnych sprawach (czyżby był to zalążek ruchu #bodyneutrality?). Gernreich byłby chyba zadowolony, widząc dzisiejszą ofertę sieciówek, takich jak choćby H&M  czy Reserved, w których można znaleźć nie tylko całe linie typu „basic”, lecz także kolekcje o charakterze uniseks.

Bombą w stereotypy

Swoją cegiełkę niewątpliwie dołożyła też Rei Kawakubo – japońska projektantka tworząca w nurcie dekonstrukcji, założycielka marki Comme des Garcons (z francuskiego – „Tak jak chłopcy”). Jej styl określano jako „Hiroshima chic” lub inaczej „jak po wybuchu bomby atomowej”. Ubrania były dziurawe, porozciągane, celowo źle uszyte i depresyjnie czarne, wbrew dominującym wówczas w Europie zasadom, zgodnie z którymi powinny nas upiększać – podkreślać sylwetkę, zachwycać perfekcyjnym wykonaniem i kolorami. Cała kolekcja była jak bomba rzucona w tradycję. Swoimi strojami Kawakubo konfrontowała ludzi z ich stereotypowym, tendencyjnym sposobem myślenia o wyglądzie. Odrzucała zachodnie podejście do ubioru jako sposobu na uwidocznienie cech typowo kobiecych lub męskich. Nie pasowała jej rola, którą narzucano kobietom – „cacka z dziurką” do skonsumowania. „Kobiety nie muszą ubierać się sexy i podkreślać sylwetki, żeby pokazać, że są atrakcyjne. Wystarczy, że atrakcyjne jest ich wnętrze” – uważała. Z tego samego założenia wychodził jej wieloletni partner Yohji Yamamoto, również projektant, który płeć ukrywał pod warstwami ubrań i fasonami oversize.

Sneakersy zamiast szpilek

Podobne poglądy wyznaje też Phoebe Philo, nieodżałowana dyrektor artystyczna Celine. Choć trzy lata temu zdecydowała się odejść z firmy (i skupić na rodzinie), zdefiniowała jej charakterystyczny styl, nie tylko przywracając francuskiemu domowi mody dawną świetność, lecz także sprawiając, że stał się on jednym z najbardziej cool. Najpierw jednak musiała przeciwstawić się większości. Kiedy wszyscy nosili rurki, ona pokazała na wybiegu szerokie spodnie, a dopasowane do ciała kroje zastąpiła fasonami oversize. Zrezygnowała z dekoracyjności na rzecz minimalizmu, zamieniając biżuterię na praktyczne, ascetyczne akcesoria. I, co przełomowe, przekonała nas do zmiany szpilek na sneakersy (sama nie rozstawała się ze swoimi ulubionymi adidasami Stan Smith). Tylko tyle i aż tyle! Bo chyba nie ma projektanta, który współcześnie miałby na nas większy wpływ, przekonując, że wcale nie musimy ubierać się sexy w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, by czuć się atrakcyjnie. No, może jeszcze Alessandro Michele, dyrektor artystyczny marki Gucci, który na tym stanowisku zastąpił Toma Forda.

Phoebe Philo w swoich ulubionych sneakersach w finale pokazu z 2011 r. / fot. Getty Images

Granny chic

To była prawdziwa rewolucja. Tom Ford, który na czele włoskiego domu mody stał w latach 90., lansował ubrania, które nie mogłyby być bardziej hot – zgodnie z obowiązującymi wówczas kanonami urody i dominującą zasadą w marketingu, tj. „sex sells”. Nie dość, że dopasowane do ciała, to jeszcze odsłaniające całkiem sporo. Michele wywrócił wszystko do góry nogami, w miejsce obcisłych i skąpych kreacji proponując ubrania i dodatki podobne do tych, jakie można znaleźć w babcinej szafie: sukienki retro, robione na drutach kardigany, okazałą biżuterię, nobliwe mokasyny, wełniane czapki czy okulary w grubych oprawkach. Trafił w dziesiątkę! Marka od lat utrzymuje się na podium wśród najbardziej pożądanych i przynoszących największe zyski. A to znak, że coś się naprawdę zmieniło.