Pisząc ten tekst, nie chciałam opierać się wyłącznie na własnych spostrzeżeniach, choć sama przeszłam niezłą szkołę – nie tylko jestem absolwentką jednej z uczelni projektowania, ale i od czasu do czasu mam okazję gościnnie wykładać na kolejnej z nich, a jeszcze na innej – oceniać kolekcje dyplomowe. Odpowiedzi postanowiłam poszukać również u przedstawicieli szkół, i – żeby było bardziej obiektywnie – byłych studentów. A także innych ekspertów w branży. Obawiałam się, że nigdy nie skończę artykułu, tak wiele będzie wątków i punktów widzenia. Okazało się, że wszyscy mówili zadziwiająco jednym głosem. Zgodnie wypunktowali największe wady systemu nauczania mody w Polsce i wskazali kierunek zmian. Tym bardziej, że młodych talentów nie brakuje, a i same uczelnie sporo się już nauczyły. 

Artysta też musi być księgowym?

„Z roku na rok jest coraz lepiej, przynajmniej jeśli chodzi o projektowanie” – twierdzi Michał Szulc, Dyrektor Instytutu Ubioru na Wydziale Sztuk Projektowych łódzkiej ASP, absolwent tej szkoły, który od lat sam z sukcesami projektuje zarówno na zlecenie firm, jak i na potrzeby autorskiej marki. „Konkurencja ośrodków kształcących projektantów jest coraz większa, co wpływa zdecydowanie korzystnie na absolwentów kierunków projektowych” – Michał Szulc podkreśla, że łódzka ASP, z którą związany jest od ponad 12 lat przygotowuje zarówno do prowadzenia własnych marek, jak i pracy w firmach odzieżowych różnej wielkości. 

„W trakcie studiów dwustopniowych (licencjat i magister) staramy się kłaść szczególny nacisk na rozbudzanie wrażliwości projektowej i eksperyment. Kolekcja dyplomowa to często ostatnia szansa na projektowanie bez myślenia o prognozach sprzedaży” – mówi. I tu właśnie jest pies pogrzebany, bo jednym z największych zarzutów wobec polskich uczelni modowych jest to, że wypuszczają absolwentów nieprzygotowanych do prawdziwego życia. Przez co wiele talentów zwyczajnie marnuje się.

„Zdumiewa mnie, że na zajęciach w szkołach projektowania prawie nie prowadzi się zajęć z marketingu, nie uczy się, jak stworzyć biznesplan, jak założyć sklep internetowy, gdzie szukać tkanin, jak nawiązywać kontakty z dostawcami, współpracować z mediami, budować wizerunek, a także, jak poruszać się w social mediach, które w dzisiejszych czasach są przecież niezwykle istotne” – mówi Michał Zaczyński, wieloletni dziennikarz i krytyk mody, który regularnie bywa jurorem na konkursach dla młodych projektantów i na galach dyplomowych. „Przeczytałem kiedyś rozmowę z rektorem jednej ze szkół mody, który powiedział, że oni nie są od tego. Mają kreować artystów, a nie księgowych. Moim zdaniem to nieodpowiedzialne słowa, bo moda niestety rzadko bywa sztuką, najczęściej jest po prostu biznesem. A brak jest w Polsce domów mody, które pozwoliłyby młodym twórcom rozwijać swój talent, a same wzięłyby na siebie wszelkie nieartystyczne aspekty tej branży” – podkreśla Zaczyński. I zauważa, że wielu utalentowanych ludzi, których kolekcje mogliśmy oglądać podczas (świętej pamięci już) łódzkiego tygodnia mody czy konkursów dla projektantów, pozmieniało zawody, bo nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. 

„Ja po swoich studiach nie wiedziałem nic. Trzy czy pięć lat laboratoryjnego eksperymentowania ma się nijak do rzeczywistości. Uczyłem się na własnych błędach, jak negocjować warunki umowy, jak produkować kolekcje, jak liczyć zużycie materiału, budżetować projekty, co gdzie załatwić i co kupić” – mówi Tomasz Armada, projektant mody i kostiumograf, jedno z najgłośniejszych nazwisk ostatnich lat, który sam szkoły nie skończył, bo… rozpoczął pracę zawodową. „Realizowałem akurat ważny projekt dla Muzeum Sztuki w Łodzi, więc poprosiłem ówczesne władze uczelni o przeniesienie terminu sesji. Dostałem ultimatum: wystawa albo edukacja. Wybór był dla mnie jasny, bo nieliczni żyjący artyści mają szanse pokazać swoje prace w Muzeum Sztuki. Nikogo w zasadzie nie interesowała moja trudna sytuacja materialna i życiowa” – wyznał. 

Branża poza systemem

„Edukacja biznesowa powinna się mocniej rozwijać, ale piłka nie leży tylko po stronie szkolnictwa” – mówi Rafał Stanowski, dyrektor PR-u krakowskiej SAPU. „Przydałaby się jeszcze ścisła współpraca uczelni z polskim przemysłem mody i aktywne wspieranie młodych projektantów.Firmy powinny regularnie dzielić się ze studentami doświadczeniem, brać aktywny udział w programie wykładów i warsztatów, już na tym etapie szkoląc przyszłych pracowników. Tego rodzaju projekty z powodzeniem funkcjonują w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Włoszech” – tłumaczy Stanowski i dodaje, że akurat SAPU ma na koncie współpracę z koncernem LPP i takimi markami jak 4F czy Conhpol. Prowadzi także zajęcia marketingu oraz z PR-u.

Rafał Stanowski zwraca uwagę jeszcze na jeden aspekt zagadnienia. „Brakuje systemowych rozwiązań i rozmowy o przyszłości edukacji modowej w perspektywie nie kilku lat, ale dekady albo dwóch. Polskich studentów mody trapi to samo, co całą branżę. Nie posiadamy w tej chwili ani aktywnie działającej instytucji typu Fashion Council, ani rozpoznawalnego na świecie, międzynarodowego tygodnia mody, ani różnorodnych programów wsparcia dla młodych zdolnych, które działają chociażby w branży filmowej” – mówi. 

Wtóruje mu Zaczyński, który za przykład podaje nie tylko wspomniany już Fashion Council, ale i Krajową Izbę Mody Włoskiej, a także programy skautingowe. Jak działają? „Pokazujesz kolekcję, ona się podoba, więc dostajesz nagrodę (finansową – przyp. red.), pokazujesz kolejną, dostajesz większe pieniądze – im bardziej rośniesz w siłę, tym większe pieniądze na ciebie czekają. Możesz liczyć też na pomoc prawną, marketingową i ekspertów” – tłumaczy. I podkreśla, że ma to sens, także dlatego, bo duże pieniądze nie powinny trafiać do rąk debiutantów, którzy jeszcze nie za bardzo wiedzą, jak dobrze je wykorzystać, lecz do marek, które od jakiegoś czasu funkcjonują na rynku i potrzebują pieniędzy na dalszy rozwój. 

Co robi magister mody?

Pytanie, czy nawet kompleksowo wykształcony absolwent uczelni modowej, znajdzie pracę w Polsce. „Szkół w Polsce jest bardzo dużo i co roku wychodzi z nich mnóstwo absolwentów, z którymi nie ma za bardzo co zrobić, bo rynek nie jest w stanie ich wchłonąć. To jest zupełnie inna sytuacja niż choćby w Niemczech, gdzie jest dużo marek odzieżowych, nie mówiąc już o Francji czy innych krajach zachodnich” – zauważa Michał Zaczyński. „My mamy de facto jedną firmę LPP (właściciel m.in. marki Reserved – przyp. red.), która przyjmuje projektantów”.

Wiąże się z tym zresztą pewna anegdota, którą przytoczył Rafal Stanowski z SAPU. „Nasz dyrektor Jerzy Gaweł opowiadał, jak kiedyś wszedł do działu projektowego Reserved w Gdańsku, a połowa sali wstała i powiedziała Dzień dobry, panie dyrektorze”. To tylko obrazuje skalę sytuacji. I daje do myślenia. 

Inne ścieżki kariery? „Od 1995 r. SAPU wykształciła kilka tysięcy projektantów. Ich biografie to często materiał na książkę!” – mówi Stanowski i wymienia: „Pat Guzik tworzy z sukcesem własną markę, podobnie Waleria Tokarzewska-Karaszewicz, Klaudia Klimas, Ola Bajer czy Bartosz Pilawski. Patrycja Cierocka jest dyrektorką kreatywną marki Patrizia Aryton, Monika i Patryk Łobos prowadzą własną markę torebek Lobos, Elwira Rutkowska-Łabęcka prowadzi butik We Are Dearly, a niedługo także będzie miała swój program”. Nie brak też międzynarodowych sukcesów. Karolina Luisoni z SAPU pracuje jako kostiumografka dla opery w Lozannie, a jej szkolna koleżanka Karolina Pięch pracowała dla domu mody Balenciaga. 

Z kolei Michał Szulc chwali się sukcesami absolwentów ASP w Łodzi, podkreślając, że nie tylko tworzą dziś własne marki, ale i pracują w tych naprawdę znanych, takich jak Zara, Tommy Hilfiger, a nawet Chanel. „Obserwujemy konkurencję” – mówi. „Nasi studenci nie odstają poziomem od tych, którzy kończą Central Saint Martin’s w Londynie (jedną z najbardziej prestiżowych uczelni modowych na świecie – przyp. red.). Brakuje im może odwagi i siły w autopromocji, ale nad tym też już pracujemy” – śmieje się.

PS. Zauważyliście, że artykuł zdominowała kwestia edukacji projektantów mody, a przecież branża mody to nie tylko oni, ale i dziennikarze, kupcy, marketingowcy mody, analitycy trendów, fotografowie, styliści i ilustratorzy? No właśnie… To doskonale oddaje edukacji modowej w Polsce. Są jednak osoby, które świecą dobrym przykładem. Jak Agnieszka Polkowska, która zajmuje się analizą i prognozowaniem trendów. Jak jej się to udało? „Zaczęło się od wyboru studiów. Poszłam na wzornictwo, bo czułam, że to kierunek, który zamiast zamknąć, otworzy mnie na świat i twórcze podejście do wyzwań. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co chcę robić. Interesowało mnie dużo dziedzin” – wspomina. „Poszerzałam horyzonty, ucząc się projektowania w różnych materiach, aż niespodziewanie przyszła do mnie propozycja pracy w LPP. Jeszcze w trakcie studiów zaczęłam etat i tam bardziej od samego projektowania zaczęła mnie fascynować kwestia cykliczności i tego jak różne czynniki wpływają na sezonowe trendy, w konsekwencji na styl ubierania się. W Reserved też po raz pierwszy zetknęłam się z trendbookami i osobami, które profesjonalnie zajmują się prognozowaniem. Zamówiłam wszystkie dostępne na rynku książki o prognozowaniu trendów i ćwiczyłam tworzenie prognoz w pracy. Wtedy dostrzegłam sens moich szerokich, niesprecyzowanych dotąd zainteresowań. Szybko przyszła do mnie możliwość realizacji projektów dla asystentki Li Edelkoort (słynna prognostka, założycielka i CEO Trend Union, jedna z najbardziej wpływowych osób w branży mody – przyp. red.), a potem już samodzielne zlecenia. Wiedzę zdobywałam jednak sama” – mówi Polkowska.