„Proxima”

Obraz ten powstał nie tylko hołdzie wszystkim matkom astronautkom, ale również każdej kobiecie, która po urodzeniu dziecka nie zrezygnowała ze swoich marzeń i ambicji. Choć Sarze, w którą wciela się Eva Green, własna matka próbowała wmówić, że od podboju kosmosu dzieli ją milion lat świetlnych. Główną bohaterkę śledzimy w czasie jej przygotowań to lotu na Międzynarodową Stację Kosmiczną, gdy ma coraz mniej czasu dla swojej córki Stelli. Kiedy Sarah jest już na skraju wytrzymałości – psychicznej i fizycznej – jej kolega z teamu Mike (Matt Dillon), na początku nieszczędzący seksistowskich komentarzy, w końcu odnajduje w sobie nieco empatii i przypomina koleżance po fachu, a przy okazji nam wszystkim, że nie ma czegoś takiego jak idealna matka. 

„Tully”

fot. materiały dystrybutora

Film w reżyserii Jasona Retimana opowiada o macierzyństwie. Ale nie o takim, jakie znamy z reklam czy poradników, które nie wiedzieć czemu ciągle ktoś wydaje i co gorsza – kupuje. Marlo, grana przez Charlize Theron (która do tej roli przytyła 25 kg), to matka dość wymagającej dwójki i dopiero co narodzonego trzeciego – nieplanowanego. Będąc na skraju wytrzymałości, kobieta, która niespecjalnie może liczyć na swojego męża (Ron Livingston), decyduje się znaleźć wsparcie. I znajduje go w Tully (Mackenzie Davis) – młodej, pięknej, przebojowej kobiecie. Nawiązuje się między nimi wyjątkowa wieź, a Tully motywuje Marlo do działań, jakich sama nigdy by się nie podjęła. Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, że matki to superbohaterki w czystej postaci, niech obejrzy „Tully”. 

„Test na przyjaźń”

fot. materiały prasowe HBO

Film opowiada o przyjaźni i o aborcji (oryginalny tytuł obrazu Rachel Lee Goldenberg brzmi „Unpregnant”) siedemnastoletniej dziewczyny, która w tajemnicy przed mocno wierzącymi rodzicami musi opuścić stan i dostać się do kliniki, gdzie może dokonać zabiegu bez zgody opiekunów. I dość nieoczekiwanie wspiera ją w tym jej przyjaciółka z dzieciństwa Bailey (Barbie Ferreira), z którą ostatnio nieszczególnie się dogadywała. W jednej ze scen Veronica (Haley Lu Richardson) wykrzykuje w eter bardzo ważne, do bólu prawdziwe i wypełnione frustracją pytanie: „Dlaczego rodzice nie muszą wyrażać zgody na urodzenie dziecka, ale na aborcję już tak?”. Tego typu, a nawet większe absurdy znamy niestety z własnego podwórka. Warto mieć świadomość, że oprócz propagandowych potworków demonizujących aborcję jak „Nieplanowane”, są też filmowe głosy rozsądku, którego tak bardzo nam wszystkim trzeba. 

„Arab Blues” 

fot. materiały dystrybutora

Bohaterkami komedii w reżyserii Manele Labidi są Tunezja oraz Selma, młoda niezależna singielka, która chce żyć po swojemu w patriarchalnym społeczeństwie. Brzmi znajomo? Grana przez Golshifteh Farahani bohaterka opuszcza Paryż i wraca do rodzinnego miasta, gdzie zamierza otworzyć gabinet psychoanalityczny. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że rzecz dzieje się w Tunisie, który ciągle otrząsa się ze skutków Arabskiej Wiosny, a jego mieszkańcy nie przywykli do rozwiązań, które proponuje Selma. Kobieta musi więc przekonać ich do swojego pomysłu, jednocześnie stawiając czoło nieprzychylnej miejscowej władzy. Młoda niezależna singielka, która chce żyć po swojemu w patriarchalnym społeczeństwie? Szybko okazuje się, że Selma o klientów zabiegać nie musi, a do jej gabinetu przychodzą wychowywani w opresyjnej kulturze ludzie, którzy nigdy wcześniej nie mieli okazji porozmawiać o swoich lękach, a już tym bardziej przyznać się do depresji.  

„Cząstki kobiety”

fot. materiały prasowe Netflix

Co czuje kobieta, która traci dziecko kilka minut po porodzie? Choć ciężko to sobie wyobrazić, właśnie taki temat w swoim filmie „Cząstki kobiety” podjął Kornél Mundruczó. Główną bohaterkę Marthę, w którą wcieliła się Vanessa Kirby – w opinii wielu główna pretendentka do tegorocznych Oscarów – poznajemy w momencie, gdy przygotowuje się do porodu, potem przez kilkanaście minut śledzimy pojawiający się na jej ciele pot i łzy, aż a końcu przeżywamy z nią żałobę po śmierci córeczki. Kiedy jej rodzima domaga się zadośćuczynienia, a partner (Shia LaBeouf) powoli wypisuje się z życia Marthy, ona sama nie szuka ani współczucia, ani zemsty. A jedynie swojego miejsca w świecie, który przecież jeszcze do niedawna miał wyglądać zupełnie inaczej. 

„Erin Brockovich”

fot. Getty Images

Na koniec zostawiliśmy klasyk i produkcję, która przyniosła Julii Roberts nie tylko pierwszego Oscara w karierze, ale przede wszystkim jedną z najważniejszych ról w dorobku. Jej Erin Brockovich to idealny przykład kobiety do wytykania palcami – bo dwukrotna rozwódka, bo samotna matka trójki dzieci, w dodatku z niewyparzonym językiem i niestroniąca od ubrań, które więcej odkrywają, niż zasłaniają. Jednak jej determinacji i zaradności nie byłby w stanie dorównać niejeden mężczyzna. Erin zrobi wszystko, by utrzymać swoje dzieci, a przy okazji wypowiada wojnę systemowi, który najchętniej jeszcze mocniej zepchnąłby ją na margines.