Usiądź wygodnie na wspomnianej w tytule kanapie z kubkiem ulubionej kawy, a ja przedstawię ci kilka losowo wybranych faktów. Dziś na świecie żyje 7,5 mld ludzi, a program ludnościowy ONZ szacuje, że w 2100 r. będzie nas około 11 mld. Prawdopodobnie do 2050 r. temperatura w Polsce będzie się wahać między 30 a 35 st. C. Ilość marnowanej rocznie w Polce żywności wystarczyłaby do wykarmienia całej Warszaw przez następne 10 lat. Uszycie jednej (nawet nieszczególnie ładnej) koszulki ze zwykłej bawełny pochłania 700 litrów wody i … 8 tys. rozmaitych środków chemicznych. Wyprodukowanie foliowej torby trwa sekundę, jest używana przeciętnie przed 25 minut, a rozkłada się jakieś 400 lat. Rynek wody butelkowanej na świecie wyceniany na jest na ok 800 mld dolarów rocznie. Aha, no i bingo – nadal trwa pandemia. 

Słabo, co? Podejrzewam, że kawka przestała ci smakować, że czujesz dyskomfort i niepokój, czytając takie nieładne dane. Coś z tym zrobisz? Można wzruszyć ramionami (na razie wciąż masz wodę i Netfliksa) i pomyśleć: „Jakoś to będzie”. Można też stać się nawiedzoną neofitką eko (ale ostrzegam: zapału starcza na jakieś dwa tygodnie). Temat trzeba ogarnąć na spokojnie i konsekwentnie. Na wszystkich poziomach: globalnym, lokalnym i jednostkowym. 

Jak będzie wyglądał świat jeśli się ogarniemy, albo (co gorsza) nie? O możliwe scenariusze przyszłości zapytałam Kamila Wyszkowskiego, Krajowego Przedstawiciela i Prezesa Rady Global Compact Network Poland – inicjatywy Sekretarza Generalnego ONZ, powołanej do współpracy ONZ ze światem biznesu.  

Scenariusz nr 1: katastroficzny 

Człowiek potrafi nieźle dbać o swoje interesy. Walcząc o jak najwyższą jakość życia, zużył już grubo ponad 80 proc. zasobów naturalnych planety. Problem w tym, że one się kończą, a ludzi przybywa (dziś to 7,5 mld osób, w 2100 będzie nas ok. 11 mld). 50 proc. światowej populacji żyje w miastach i ta liczba stale rośnie. Do 2030 r. na świecie będzie 41 miast o populacji powyżej 10 milionów. Już dziś największe jest Tokio: 38 milionów ludzi w jednym miejscu! A takie miasta będą pożerać najwięcej energii. Już wiemy, że ta wielka machina nie bardzo może wyhamować: nikt dobrowolnie nie zrezygnuje z energii, dzięki której mamy ciepłą wodę, klimatyzację czy światło. Do 2060 r. nadal jej podstawą będą paliwa kopalne (ropa, gaz i węgiel), a ich spalanie wciąż będzie uwalniać dwutlenek węgla, powodując ocieplenie klimatu, topnienie lodowców i zalanie części lądu. Na końcu tego katastroficznego perpetuum mobile możliwe są walki o wodę i jedzenie oraz masowe migracje ludzkości z zalanych terenów. 

Scenariusz nr 2: optymistyczny 

Oczywiście, można wyobrazić sobie, że zamykamy w jednym pokoju największych przywódców świata i nie wypuszczamy ich stamtąd, dopóki nie ustalą, że likwidujemy od zaraz wszystkie gazociągi, kopalnie i pola naftowe. Nierealne, niestety. Nikt nie zrezygnuje ze zdobyczy cywilizacyjnych XX i XXI w., a one konsumują ogromne ilości energii. Jakie zatem jest optymistyczne wyjście z tej sytuacji? Można próbować majstrować przy energetyce – przejściowo zwiększyć liczbę elektrowni atomowych (np. we Francji ok. 70 proc. energii pochodzi z atomu), rozwinąć fotowoltanikę, energetykę wiatrową, słoneczną, geotermię czy pompy ciepła. Idealnym rozwiązaniem wydaje się wprowadzenie w życie zasad Green Economy, zrównoważonych i dla człowieka, i dla środowiska. Zmiana modelu konsumpcyjnego byłaby ich naturalną konsekwencją. Każdy z nas mógłby np. zrezygnować z tak zwanych habitatów próżności (wakacji, na które trzeba polecieć, kilku samochodów, klimatyzacji, wymiany całej szafy co sezon, egzotycznych dań, które muszą przelecieć pół świata). Do rozważenia jest klimatarianizm, czyli lokalna dieta nie powodująca emisji CO2 i ocieplenia klimatu.  

Scenariusz nr 3: realistyczny 

Wydawałoby się, że ludzie niepostawieni pod ścianą będą uważać, że problem ich nie dotyczy. Tym ciekawsze są wyniki badań z opublikowanego 2 lata temu sondażu Kantar, które mówią, że aż 57 proc. Polaków rozumie pojęcie problemu klimatycznego i uważa, że trzeba coś z tym zrobić (12 proc. jest nawet skłonne dobrowolnie się ograniczać). 26 proc. Polaków nie wierzy w kryzys klimatyczny („zawsze tak było, to cykliczne”), a 12 proc. żyje według zasady „carpe diem” (czytaj: chwytaj dzień, ekologia mnie nie obchodzi). Jeśli mądre i świadome problemu społeczeństwo zacznie wymagać od polityków i biznesu zmian, to najwięksi producenci zareagują i ustalą chociażby cele redukcyjne dla plastikowych opakowań. Nie będą mieli wyjścia. Jeżeli natomiast społeczeństwo dalej będzie miało ekologię w nosie, to biznes nie będzie miał motywacji do zmiany. I tu jest właśnie nasza (twoja) jednostkowa rola. Co możesz zrobić? Nie musisz ruszać się z przysłowiowej kanapy, aby zdobyć wiedzę, wyrobić sobie opinię. Angażować się, powalczyć z intelektualnym lenistwem. Zajrzyj na serwis NASA (jeśli czytasz po angielsku) lub na: naukaoklimacie.pl. Warto wiedzieć więcej, mówić o tym głośno i swoimi zachowaniami (nie samym wygłaszaniem sądów) dawać proekologiczny przykład. Jako konsumenci mamy wiele do powiedzenia, bo to my dokonujemy wyborów. A za mądre wybory planeta będzie nam wdzięczna.  


Kamil Wyszkowski, fot. archiwum prywatne

Kamil  Wyszkowski  mówi, że interesuje się megatrendami, czyli zarządzaniem zmianą w perspektywie najbliższych 30–50 lat. W ONZ zaczął pracę 18 lat temu i zajmuje się tam sprawami klimatu.