Dwa lata temu Sandra Oh, wcześniej znana przede wszystkim jako Cristina Yang z serialu „Chirurdzy”, cieszyła się nominacją do nagrody Emmy za główną rolę kobiecą w serialu „Obsesja Eve”. Cieszyli się też zwolennicy różnorodności, inkluzywnej popkultury i równej reprezentacji, bo Oh okazała się pierwszą aktorką azjatyckiego pochodzenia, która dostąpiła tego wyróżnienia. Pierwszą w historii nagród Emmy, przyznawanej od ponad 70 lat (pierwsze Emmy rozdano w 1949 r.)! Czy to dlatego, że żadna Azjatka nie zagrała wcześniej tak dobrze? Raczej dlatego, że żadna wcześniej nie zagrała w ogóle. Zresztą sama Sandra Oh swego czasu wyznała w wywiadach, że gdy czytała scenariusz do „Obsesji Eve”, nie przyszło jej do głowy, że mogłaby być rozważana do angażu do głównej roli – tak bardzo przemysł telewizyjny przyzwyczaił ją do tego, że w jej zasięgu są wyłącznie role drugoplanowe. Nic dziwnego, przez całe dziesięciolecia w popularnych mainstreamowych produkcjach telewizyjnych nie pojawiali się aktorzy o innym kolorze skóry niż biały, brakowało nieheteronormatywnych bohaterów, o postaciach z niepełnosprawnościami już nie wspominając. Nawet jeśli w serialu kobiecym pojawiała się postać geja, to zazwyczaj ukazywano ją boleśnie stereotypowo: gej mówił z emfazą i lubił musicale – wystarczy wskazać chociażby Stanforda z „Seksu w wielkim mieście” czy Elijaha z „Dziewczyn” Leny Dunham. Na szczęście produkcje, w tym także wspomniana „Obsesja Eve”, niosą nadzieję, że telewizja przestanie wreszcie zakłamywać rzeczywistość.
 

Kadr z serialu „Mogę cię zniszczyć” (fot. materiały prasowe HBO)


Inicjatorkami dobrej zmiany są oczywiście kobiety. Zwłaszcza dwie, w dodatku czarnoskóre. Aktorki i scenarzystki – bo jeśli chciały zagrać główną rolę w serialu, to musiały go sobie same wymyślić. Issa Rae stworzyła serial „Niepewne”, często nazywany czarną odpowiedzią na irytująco białe „Dziewczyny”. Zakres tematyczny rzeczywiście jest podobny: kobieca przyjaźń, związki, seks, ambitna młoda kobieta kontra reszta świata. Wartości, jaką obydwa seriale wnoszą do opisywania rzeczywistości, nie da się porównać. „Dziewczyny” to niezły serial, odegrał ważną rolę w dyskusji o samoakceptacji, całkiem wiarygodnie pokazał pokraczne związki milenialsów, miał swój udział w łamaniu tabu dotyczącego zaburzeń psychicznych. Perspektywa Leny Dunham zawsze jednak była ograniczona, bo bohaterka „Dziewczyn” to w końcu uprzywilejowana, wykształcona, biała i nowojorska hipsterka. Świat tak nie wygląda. A czy wygląda tak jak w „Niepewnych”? Issa Rae skutecznie zawalczyła o głos czarnoskórych kobiet mierzących się z podobnymi problemami co bohaterki „Dziewczyn”, ale jednak wychowanych w innych okolicznościach, innej kulturze, bez przywilejów. Udało się jej pokazać, że w przemyśle rozrywkowym jest przestrzeń dla rozmaitych perspektyw i doświadczeń. I że tę przestrzeń należy poszerzać, bo biały mężczyzna wcale nie gwarantuje dobrego scenariusza. W tym miejscu na scenę wchodzi Michaela Coel, druga po Issie Rae ambasadorka serialowej rewolucji. Też aktorka, też scenarzystka, też czarnoskóra. Odpowiedzialna za takie seriale jak „Chewing Gum” i – przede wszystkim – „Mogę cię zniszczyć”. Ten drugi (który można oglądać w HBO Go) jest absolutnym przełomem w pokazywaniu przemocy seksualnej. Kapitalnie napisany, mądry, mocny.
 

Kadr z serialu „Niepewne” (fot. materiały prasowe HBO)


Seriali, które chcą zmieniać telewizyjną rzeczywistość i przekazywać wiarygodną wiedzę o świecie, jest więcej. „Atlanta” Donalda Glovera a.k.a. Childish Gambino – o miejscowej scenie hiphopowej. „Tacy jesteśmy” – o białej rodzinie, która adoptuje czarnoskóre dziecko, i to w czasach, gdy takie historie praktycznie się nie zdarzały, bo spotykały się ze społecznym niezrozumieniem. Jest nowa serialowa wersja „Wierności w stereo”, w której głównego bohatera z książkowego oryginału zastąpiono kobietą (gra ją, i robi to świetnie, Zoë Kravitz). Jest „Pose”, w którym jedną z głównych ról gra transseksualna aktorka Angelica Ross. Jest „Atypowy” – o dorastającym chłopaku z autyzmem. Wreszcie jest „Sex Education” pokazujące różnorodność ludzkiej seksualności. Co nie bez znaczenia, większość spośród wyżej wymienionych seriali powstała na potrzeby i za pieniądze platform streamingowych, takich jak Netflix, HBO Go czy Hulu. Tradycyjne stacje telewizyjne pozostają daleko w tyle.
 

Kadr z serialu „Atypowy” (fot. materiały prasowe Netflix)


Postulat równej reprezentacji zakłada, że filmy i seriale będą wiarygodnie pokazywały świat, w którym żyjemy – z jego etniczną i seksualną niejednorodnością. Czarnoskóry bohater na trzecim planie nie załatwia sprawy. Homoseksualny bohater na trzecim planie, zwłaszcza jeśli jest zbudowany na stereotypowym wyobrażeniu heteryka o geju czy lesbijce, nie załatwia sprawy. 

Dlaczego równa reprezentacja jest tak ważna? Swego czasu w Stanach Zjednoczonych przeprowadzono badanie psychologiczne z udziałem dzieci. Naukowcy sprawdzali, jak produkcje telewizyjne adresowane do najmłodszych odbiorców kształtują ich widzenie świata. Okazało się, że dzieci oceniają szybko i zerojedynkowo, a telewizja karmi je bardzo wykrzywionym obrazem rzeczywistości, który mocno odbija się na ich rozwoju. Bo jeśli w produkcjach dla dzieci czarnoskóry bohater zawsze był przestępcą, to tak będą potem widziane przez to dziecko inne czarnoskóre osoby. O ile dziecko jest białe. Jeśli jest czarne, może mieć poważne problemy z budowaniem własnej tożsamości w społeczeństwie. Dorośli mogą mieć podobnie. 
 

Kadr z serialu „Sex Education” (fot. materiały prasowe Netflix)


Seriale to dziś jedna z najprężniej rozwijających się gałęzi przemysłu rozrywkowego. Produkuje się je na potęgę, bo ludzie je na potęgę oglądają. Jeżeli napatrzą się na przekłamany, wzmacniający stereotypy świat z serialu, to podobnie będą widzieć świat poza serialem. Popkultura ma gigantyczną moc – to nie tylko źródło rozrywki, kształtuje również wyobrażenie o świecie, edukuje, promuje pewne wartości. Jesteś tym, co oglądasz. Tym bardziej więc warto wybierać seriale, których twórcy wiedzą, że ludzie różnią się od siebie i nie ma w tym niczego złego. Wręcz przeciwnie.