Część z was na pewno kojarzy Kate Zacharzewską z mediów społecznościowych. Jej profil na Instagramie (@kate_zach) obserwuje ponad 35 tysięcy osób. Najchętniej pokazuje swoje codzienne stylizacje, publikuje również zdjęcia z podróży, a także dzieli się inspiracjami (chociażby wnętrzarskimi). W 2018 roku zdecydowała się na szczere wyznanie. Nagrała poruszający film, w którym opowiedziała o swoich zaburzeniach odżywiania. Co zmieniło się w jej życiu od tamtej pory?

Asia Twaróg: Otwarcie mówisz o zaburzeniach odżywiania, z którymi borykałaś się w ostatnich latach. Nagrałaś o tym film na YouTube. Czy możesz powiedzieć, kiedy zaczęły się Twoje problemy?

Kate Zacharzewska: Moje problemy zaczęły się, gdy wyjechałam na studia do Londynu. Wtedy dość mocno przytyłam. Trenowałam taniec towarzyski, w tamtym czasie szukałam partnera. Wszystko byłoby okej, ale mój trener mówił mi, że jestem za gruba, za ciężka. Powtarzał, że jeśli chcę pojechać na Blackpool, czyli jeden z najbardziej prestiżowych festiwali tanecznych w Wielkiej Brytanii, to muszę schudnąć. Chwilę później wróciłam na święta do Polski i moi bliscy zauważyli, że trochę przytyłam. Wtedy stwierdziłam, że coś jest ze mną nie tak. Zaczęłam zwracać uwagę na to, co jem. Chciałam pokazać wszystkim, że uda mi się schudnąć. Po kilku miesiącach przyleciałam do Polski na Wielkanoc – ważyłam blisko 6 kilogramów mniej. Ale to nie była zdrowa utrata wagi. Regularnie robiłam sobie głodówki, dziennie jadłam około 800 kcal, do tego ostro trenowałam. Potem zaczęły się problemy ze snem, nie miałam energii do życia. To trwało przez jakieś dwa lata. Doprowadziłam swój organizm do takiego stanu, że nie miałam na nic siły. W końcu moje wygłodzone ciało zaczęło domagać się jedzenia. W tamtym czasie bardzo dużo jadłam – dziennie potrafiłam zjeść dwa pudełka lodów, paczkę chipsów, pizzę – to wszystko naraz. Jednak nie chciałam przytyć. Dlatego zmuszałam się do wymiotów. Moje napady bulimiczne trwały blisko cztery lata. Mimo ogromnych wyrzutów sumienia nie potrafiłam ich zaprzestać, to było straszne.

W jakim byłaś stanie, kiedy się zorientowałaś, że coś jest nie tak?

W pewnym momencie bardzo zaczął boleć mnie brzuch. Było to spowodowane nadmiernym objadaniem się, regularnymi wymiotami, a w efekcie również podwyższonym poziomem kwasów żołądkowych. Zadzwoniłam do mojej mamy, która jest lekarzem, i powiedziałam jej o moim brzuchu. Doskonale wiedziałam, dlaczego źle się czuję, ale bałam się do tego przyznać. Wróciłam do Polski, mama kazała mi zrobić badania. Trafiłam do szpitala.
Zrobiono mi gastroskopię i milion innych badań, ale nie wykazały niczego niepokojącego. Lekarz jedynie zwrócił uwagę na podwyższony poziom tych kwasów. Gdy wyszłam ze szpitala, uświadomiłam sobie, że potrzebuję pomocy. Odważyłam się i powiedziałam mamie o moich problemach. Od razu zaczęła działać. Niestety, spotkania z psychologami nie pomogły. Dlatego trafiłam do szpitala psychiatrycznego, a konkretnie do Kliniki Nerwic przy ul. Sobieskiego w Warszawie.

Jak wyglądał Twój pobyt w szpitalu psychiatrycznym?

Spędziłam w szpitalu trzy miesiące. Mój czas był precyzyjnie zorganizowany: zajęcia, terapie i inne aktywności trwały od poniedziałku do piątku – od 7:00 do 22:00. Dzień zaczynaliśmy od gimnastyki i śniadania. Oczywiście byliśmy pod ciągłym nadzorem. Dokładnie zapisywano, ile zjadł każdy z nas. Jeśli ktoś nie zjadł swojego posiłku, musiał wypić nutridrink. Po śniadaniu braliśmy udział w różnych zajęciach terapeutycznych. Jedną z takich aktywności była muzykoterapia. Później jedliśmy obiad. Popołudnia były zarezerwowane dla terapii indywidualnych. Następnie przychodził czas kolacji. Cisza nocna rozpoczynała się o 22:00. Tak mniej więcej wyglądała moja codzienność. Osoby, które przebywały w klinice, nie mogły opuszczać jej terenu, chodzić same do sklepu i kupować jedzenia. Każdemu przysługiwały trzy przepustki. Warto dodać, że w tym szpitalu przebywały osoby z różnymi zaburzeniami, między innymi cierpiące na afektywną dwubiegunowość.

Co działo się w Twojej głowie, gdy przebywałaś w szpitalu?

Generalnie pobyt w szpitalu minął mi bardzo szybko, działo się tam bardzo dużo. Ale nie zawsze było okej. Przez pierwsze dwa tygodnie naprawdę chciałam stamtąd uciec. Już wtedy byłam dorosła, więc mogłam się wypisać ze szpitala na własne żądanie. Wiedziałam jednak, że jeśli to zrobię, to nie poradzę sobie z moimi problemami. Uznałam, że dam sobie jeszcze tydzień. W tym czasie uświadomiłam sobie, że w szpitalu przebywa dużo wartościowych osób, czułam ich wsparcie i coraz bardziej doceniałam mój pobyt w klinice. Zmieniło się moje podejście do jedzenia. Dostawałam specjalnie wyliczone porcje, jadałam o regularnych porach – dzięki temu czułam się zdecydowanie lepiej, poczułam wewnętrzny spokój. Co ważne, ustały moje problemy ze snem. Po kilku tygodniach w szpitalu zauważyłam pozytywne skutki terapii.
Mój stan trochę się pogorszył, kiedy wyszłam ze szpitala. Można powiedzieć, że zostałam rzucona na głęboką wodę. Od tamtej pory musiałam sama zapanować nad swoim organizmem. Po dwóch miesiącach moje problemy wróciły. Właśnie dlatego zdecydowałam się na terapię grupową. Te spotkania chyba najbardziej mi pomogły. To był dość długi proces, musiałam pracować nad sobą. Jednak dzięki terapii grupowej w szpitalu MSWiA powiedziałam sobie: „Dobra, koniec – chcę się skupić na czymś innym, nowym”.
Czułam wtedy ogromne poczucie winy, bo na Instagramie często publikowałam zdjęcia, na których widać było moje wychudzone ciało. Można powiedzieć, że właśnie dzięki temu zyskałam popularność w mediach społecznościowych. Trochę się tego wstydzę, bo moi obserwatorzy nie wiedzieli, co tak naprawdę się ze mną dzieje, nie mieli pojęcia o moich problemach. Często komplementowali mój wygląd, a ja czułam się okropnie – przechodziłam prawdziwą gehennę. Miałam dosyć udawania. Dlatego w 2018 roku opublikowałam bardzo szczery film o swoich zaburzeniach odżywiania. Wtedy bardzo dużo osób do mnie napisało.

fot. Kulesza & Pik / Das Agency, makijaż: Iza Kućmierowska, włosy: Oskar Wirkus / Schwarzkopf Professional

W filmie na YouTube powiedziałaś, że zmieniłaś swoje podejście do życia, a także sposób myślenia. Czy to znaczy, że wyzbyłaś się kompleksów?

Nie, kompleksy nadal mam (śmiech). Myślę, że każdy jakieś ma. Ale teraz nie przejmuję się moim wyglądem. Stwierdziłam, że wolę się skupić na innych rzeczach. Uczę się języków, tańczę, oglądam wystawy, dużo czytam… Nareszcie mam na to czas i ochotę. Coraz częściej zauważam też, że ludzie lubią mnie jako osobę, nie oceniają wyłącznie przez pryzmat wyglądu. To mi daje bardzo dużego kopa i motywację do działania.

Jak teraz postrzegasz swoje ciało?

Można powiedzieć, że je pokochałam. Oczywiście nie uważam się za najpiękniejszą osobę na świecie, ale podobam się sobie. Wyglądam dokładnie tak, jakbym chciała. Ćwicząc, lepiej poznałam swoje ciało, jestem jego bardziej świadoma. Natomiast regularne i zdrowe jedzenie sprawiło, że zyskałam energię do życia. Dzięki temu mogę w pewien sposób kontrolować swój organizm, współpracować z nim.

W swoim wideo powiedziałaś, że zdrowym ludziom ciężko jest zrozumieć osoby z zaburzeniami odżywania. Często nie zauważają nawet, że borykają się z tego typu problemami. Czy mogłabyś powiedzieć, na co warto zwrócić uwagę i jak pomóc takim osobom?

Bardzo dużo osób mnie o to pyta, ale znalezienie właściwej odpowiedzi niemalże graniczy z cudem. Każdy „przypadek” jest inny. Choroba nigdy nie przebiega w ten sam sposób, dlatego nawet lekarzom czy terapeutom byłoby ciężko podać jedną właściwą odpowiedź. Zauważyłam jednak, że osoby z zaburzeniami odżywiania są bardzo smutne, to widać w ich oczach. W mojej głowie zapala się również lampka, gdy słyszę, że ktoś nie jest głodny. Oczywiście nie chodzi o jednorazowe akcje. Osoby chore będą często powtarzać, że nie mają ochoty na jedzenie, że już jadły itp. Ja robiłam dokładnie to samo. Co więcej, takie osoby zazwyczaj mają ze sobą własne jedzenie. Pudełka są teraz modne, ale one noszą specjalnie przygotowane posiłki nawet na spotkania ze znajomymi. Natomiast osoby cierpiące na anoreksję często chowają jedzenie do chusteczki. Trudno to zauważyć, ale da się. I wtedy warto zareagować.

Popularne marki coraz chętniej promują ruch body positive, a także przekonują swoje klientki do akceptowania swojego ciała. Czy dla Ciebie – influencerki – ważne jest to, aby podejmować współpracę z takimi brandami?

Nie chcę przytłaczać swoich obserwatorów własnymi problemami, ale rzeczywiście chciałabym promować marki, które namawiają do samoakceptacji. Niedawno zaczęłam współpracę z marką Converse – stworzyła ona kampanię „Love Fearlessly”. Bardzo się cieszę, że zostałam zaproszona do takiego projektu. Uważam, że musimy mówić o takich kwestiach jak miłość i szacunek do samego siebie.

Marka Converse przekonuje, że powinniśmy darzyć się miłością i stawiać siebie na pierwszym miejscu. Jeśli nie kochamy siebie, to nie jesteśmy w stanie pokochać innych ludzi. Dodatkowo wpadamy w pewną obsesję i nie możemy rozwijać się na innych polach. Czy ty się z tym zgadzasz?

Absolutnie tak. Gdy chorowałam, skupiałam się wyłącznie na swoim wyglądzie. Oszalałam na punkcie liczb, wagi, wymiarów. Moje życie kręciło się wyłącznie wokół jedzenia. Uważałam, że cierpię bardziej niż inni i dlatego wszyscy powinni skupić swoją uwagę na mnie. Teraz myślę zupełnie inaczej. Aby zobaczyć krzywdę drugiego człowieka, w ogóle otworzyć się na bliskich, musimy wcześniej pokochać siebie. Poza tym akceptując siebie, skupiam się na innych – bardzo ciekawych rzeczach. Chcę podróżować, próbować nowych rzeczy, i to jest wspaniałe.

Kiedyś myślałaś o idealnej sylwetce, a teraz o czym marzysz?

O rodzinie. Kiedyś nie wyobrażałam sobie, aby zajść w ciążę. Ten stan kojarzył mi się z wielkim brzuchem, przyrostem wagi, całkowitą deformacją ciała. Nie chciałam nawet myśleć o tym, że mogłabym przytyć kilkanaście kilogramów. Natomiast teraz marzę o rodzinie, satysfakcjonującej pracy… Chciałabym być po prostu szczęśliwa, jakkolwiek to brzmi.