Bywa, że po studiach za granicą wracają do domu – uczucie izolacji, trudna asymilacja, aspekty finansowe i tęsknota za domem robią swoje. Część z nich zostaje i za granicą budują sobie życie, bo odpowiadają im otwartość, kultura i różnorodność. Młodych Polaków studiujących za granicą więcej dzieli, niż łączy, ale wszyscy wierzą w te same wartości: równość, demokrację, patriotyzm. Patriotyzm, zgodnie z którym w Polsce wszyscy mogą się poczuć jak w domu: geje, kobiety, lesbijki, uchodźcy. Ze swojego doświadczenia za granicą przywożą bezcenne lekcje współżycia z mniejszościami, tolerancji wobec inności i wnioski ze zderzenia z innymi kulturami. A najważniejsze? Nie chcą milczeć – zwłaszcza gdy w ich ojczyźnie mniejszości są dyskryminowane przez tych u władzy.

 

Ania Pawlak @glossy.ania

Ma 26 lat, pochodzi z Warszawy. Do tej pory mieszkała w Warszawie, Brukseli oraz w Londynie. Teraz pracuje w dziale komunikacji w dobrach luksusowych.
 

Ania Pawlak, fot. archiwum prywatne


Arek Zagata: Dlaczego wyjechałaś? 

Ania Pawlak: W wieku 12 lat wyjechałam z Polski do Brukseli, bo mój tata został tam przeniesiony w związku z pracą. A potem, mając 18 lat, przeprowadziłam się do Londynu na studia. Wybrałam Londyn, gdyż jest to stolica mody, i to było najlepsze miejsce na rozwijanie moich umiejętności. Myślę, że po sześciu latach mieszkania za granicą zbytnio nie zaskoczyłam moich przyjaciół i rodziny.

Jak się odnalazłaś w Londynie? 

Najbardziej uderzyła mnie różnorodność styli i osobowości. Mieszanina ludzi jest tym, co tworzy to miasto. Bardzo dobrze poczułam się w Londynie, poznawanie nowych ludzi oraz kultur było dla mnie inspirujące. Nie miałam problemów z żadną grupą społeczną. Po przeprowadzce mój styl się zmienił. Właściwie zmieniał się z roku na rok, począwszy od hipsterskich ubrań podczas studiów na University of the Arts, na bardziej stonowanych, minimalistycznych kompozycjach w momencie rozpoczęcia pracy skończywszy. Mam mnóstwo przyjaciół LGBT, wielu z nich poznałam właśnie w Londynie. Są to niezwykle kreatywne, wrażliwe osoby, lubię w nich ich otwartość i pozytywną energię.

Co myślisz o obecnej sytuacji osób LGBTQ w Polsce?

Szczerze mówiąc, jest mi niezmiernie przykro z powodu nastrojów w Polsce. Żyjemy przecież w XXI wieku! Trudno mi się odnaleźć w tej sytuacji i za każdym razem bronię LGBTQ przed krytyką. Oczywiście, jeżeli moi bliscy z Polski byliby zagrożeni, na pewno starałabym się ich ochronić.

Jakiej lekcji brakuje Polakom, którą zrozumiało społeczeństwo brytyjskie?

Lekcji akceptacji i otwartości. W Polsce społeczeństwo jest bardzo konserwatywne i dosyć zamknięte. Przez to, że nie mieliśmy zbyt dużo styczności z innymi kulturami i społecznościami, jest to dla nas nowe i przez to intuicyjnie odrzucane. Myślę, że ludzie potrzebują więcej czasu, żeby przyzwyczaić się do nowych kultur oraz otworzyć się na to, co się dzieje.

Co Polacy żyjący za granicą mogą zrobić, aby poprawić sytuację LGBTQ w Polsce?

Zacząć otwarcie o tym rozmawiać. Edukować bliskich i znajomych na temat tego, jak wygląda sytuacja społeczności LGBTQ za granicą i w Polsce. Należy zwrócić również uwagę na różnice w traktowaniu ludzi w różnych krajach.

Jakiej rady udzieliłabyś nastolatkom LGBTQ z Polski, myślącym o wyjeździe za granicę?

Spakujcie walizkę i jedźcie. Zawsze możecie wrócić.

Jakie masz nadzieje na przyszłość?

Mam nadzieję, że Polacy otworzą się na inne społeczności oraz kultury. Chciałabym, żeby wszyscy czuli się u nas dobrze i żeby Polska była uważana za wspaniały kraj, z którego wszyscy możemy być dumni.

 

Julia Woźniak @juolka00

Ma 20 lat, od urodzenia pomieszkuje to w Polsce, to we Włoszech. Rok temu na stałe przeprowadziła się do Mediolanu, gdzie studiuje modę oraz pracuje jako modelka i stylistka.
 

Julia Woźniak, fot. archiwum prywatne


Arek Zagata: Skąd pomysł, żeby wyjechać? 

Julia Woźniak: Moi rodzice i przyjaciele wiedzieli od zawsze, że ta decyzja to kwestia czasu. Od początku miałam w życiu „dwa światy”, lecz bardziej przynależna czułam się do Włoch niż do Polski. Już jako dziecko pomieszkiwałam w różnych częściach Włoch, jednak to właśnie w Mediolanie odnalazłam moje miejsce na świecie. Czuję, że pasuję tam w stu procentach. Nawet pomimo to, że dzieli mnie od rodziców duża odległość, tym bardziej że dzięki dzisiejszym możliwościom udaje nam się widywać naprawdę często. Ale jeśli mam być szczera, wolę, gdy to oni przylatują do mnie. Kiedy ja przylatuję do Polski, od razu wpadam w depresję.

Co Cię zaskoczyło po przeprowadzce? 

Mediolan potrafi zaskakiwać każdego dnia, nawet gdy już ci się wydaje, że znasz go perfekcyjnie! Jest tam miks wszystkiego. Prawie codziennie poznaję nowych ludzi, niekoniecznie na uczelni – także w metrze, barze, tramwaju, sklepie. Bardzo lubię rozmawiać z interesującymi osobami. Nikt tam nie jest uprzedzony, zawstydzony, nie myśli, że „nie wypada”, „nie znam cię, więc czemu mam ci ufać” itp. Od samego początku codziennie budziłam się z ogromną chęcią do życia. Ludzie, którzy mnie otaczali, napędzali mnie pozytywną energią, miałam miliony pomysłów na moje włoskie outfity; kochałam wychodzić na miasto i spędzać czas w kawiarniach. 

Jeśli chodzi o osoby LGBTQ, to zależy – są tutaj takie, które uwielbiają się przebierać, udawać diwę, chodzić w różowych stringach i panterce (i nikt nie ma z tym problemu). Są też takie, które niczym się nie wyróżniają. Jeżeli chodzi o gejów, są oni postrzegani jako mężczyźni równie męscy, silni i romantyczni, co hetero.

Na zagranicznej uczelni poznałaś osoby LGBTQ z różnych stron świata. Czy coś Cię w nich zaskoczyło?

Tak! Studiując modę na mojej uczelni, spotykam masę osób LGBTQ. Nie znam tam nikogo z Polski, większość moich znajomych pochodzi z Włoch. Wszyscy są superpewni siebie. Mówią o swojej orientacji, jakby mówili o czymkolwiek innym (nie jest to temat tabu!), są z siebie dumni. Nie czuć, żeby się wahali choćby przez chwilę. Po prostu wiedzą, że będąc LGBTQ, nie są „inni”, nie są „ideologią” ani nie są „pomyleni”. Potrafią cieszyć się życiem, krzyczeć na cały głos o tym, kogo kochają, i są po prostu sobą. 

Jak się odnajdujesz w sytuacji nagonki na osoby LGBTQ w Polsce?

Ostatnio bardzo często docierają do mnie informacje z Polski związane z nagonką na LGBTQ. Pierwsze, co robię, to dzielę się tym z moimi włoskimi znajomymi. Chcę skonfrontować, czy tylko mnie się to wydaje tak absurdalne. Zdarza się, że ludzie nie chcą mi wierzyć, dopóki nie sprawdzą tego w internecie. Polska w zestawieniu z normami włoskimi w kontekście LGBTQ jawi się im jak średniowiecze… Nigdy nie interesowałam się polityką, ale ostatnio im więcej o tym słyszę, tym bardziej zagłębiam się w temat i niestety coraz częściej wstyd mi, że tak wygląda kraj, z którego pochodzę… 

Mówisz, że dla Włochów sytuacja LGBTQ w Polsce to średniowiecze. Czego mogliby nas nauczyć?

Włosi mogą być bardzo zacofani w kwestii technologii, ale skupiają się na człowieku. Tam najbardziej wartościową rzeczą w życiu są relacje. Rozmowy o seksie są na porządku dziennym. Wszyscy są traktowani równo – biali, czarni, hetero, homo, Włosi, nie-Włosi. Pamiętam, jak poznałam jednego z moich najlepszych przyjaciół na uczelni – zaczęliśmy rozmawiać o mojej słowiańskiej urodzie, tam uważanej za atut. Powiedział mi: „Jesteś prześliczną dziewczyną, gdybyś była facetem, już dawno zaprosiłbym cię na randkę!”. Z kolei mój wykładowca od historii tekstyliów, gdy prowadzi wykład przed 300 studentami, co drugie zdanie opowiada o swoim narzeczonym: jak razem pracują, mieszkają, żyją i jak bardzo się kochają. Nawet się nie zająknie, że mówienie o orientacji mogłoby być nie na miejscu. Inność jest tutaj normalnością, a różnorodność – atutem. 

Co byś poradziła nastolatkom LGBTQ z Polski, którzy myślą o wyjeździe za granicę?

Powiedziałabym im, żeby wyjechali od razu. Niekoniecznie na stałe, ale chociażby po to, żeby zobaczyć, że za granicami Polski można żyć inaczej. Żeby mogli się przekonać, że nie wszędzie byliby traktowani jak odmieńcy czy ideologia. W taki sposób nabyliby pewności siebie oraz nauczyli się siebie kochać. 

Mieszkasz za granicą. Co możesz zrobić, żeby poprawić sytuację LGBTQ w Polsce?

Według mnie Polacy żyjący poza Polską powinni próbować wnieść do naszego kraju to, co nowe. To, czego się nauczyli w innych miejscach. Powinni przywieźć do Polski powiew świeżości, zmiany i w ten sposób powiększyć polskie bogactwo kulturowe. 

Jakie masz nadzieje na przyszłość?

Mam nadzieję, że stanie się cud. Chciałabym, żeby ludzie rozumieli się nawzajem, bez hejtu i bez nienawiści. Żeby otworzyli szerzej oczy i zobaczyli, że to, co inne od większości, może być interesujące. Wszyscy możemy się od siebie nawzajem uczyć. 

 

Karolina Liczbińska @karliczbn

Ma 23 lata, pochodzi ze Szczecina, przez trzy lata studiowała w Londynie. Od 2020 r. mieszka w Warszawie, pracuje zdalnie jako personal shopper dla amerykańskiego start-upu Stitch Fix.
 

Karolina Liczbińska, fot. archiwum prywatne


Arek Zagata: Skąd pomysł, żeby wyjechać? 

Karolina Liczbińska: Już w przedszkolu wiedziałam, że chcę wyjechać z Polski, bo od najmłodszych lat miałam bardzo wybujałe ambicje. Myślałam, że będę piosenkarką tak jak Britney Spears – nie mogłam takiej kariery zrobić w Polsce, więc wymyśliłam, że wyjadę na przykład do Stanów. Szybko jednak wybiłam sobie z głowy karierę muzyczną, bo okazało się, że nie umiem śpiewać. Wymyśliłam zatem, że będę dziennikarką. Stopniowo moje marzenia ewoluowały i zmieniały tor. Czułam, że nie będę mieszkać w Polsce. Wyjechałam więc do Londynu, żeby studiować dziennikarstwo modowe, bo takiego kierunku w Polsce nawet nie ma (przynajmniej nie było go wtedy). I tak to się zaczęło. Moja rodzina była przygotowana, że wyjadę. Odkąd miałam 13–14 lat, interesowałam się tym, jak zdać SAT (test dla uczniów szkół średnich w USA – przyp. red.) czy jakich potrzebuję certyfikatów, żeby wyjechać na studia za granicę. Nie próbowali mnie odwodzić od tego pomysłu, wiedzą, że jestem uparta. Chodziłam do klasy z maturą międzynarodową, w której sporo osób planowało studiować za granicą. Wszyscy w liceum czy w rozmowach kwalifikacyjnych na studia wzajemnie podnosiliśmy się na duchu. Zdaję sobie sprawę z tego, że to ogromny przywilej, że miałam takich wspierających rodziców i ambitnych młodych ludzi wokół siebie, którzy też ciągnęli mnie do góry. Nic nie stało na przeszkodzie, żebym wyjechała z Polski.

Co Cię zaskoczyło w Londynie? 

Najbardziej zaskoczyło mnie to, jaki jest ogromny. Byłam już co prawda w Londynie na kilkudniowej wycieczce, jeszcze w gimnazjum. Gdy jednak zaczęłam tam mieszkać, dopiero się zorientowałam, ile czasu będą mi zajmowały dojazdy z miejsca na miejsce i jakie to miasto potrafi być przytłaczające. Nie byłam na to przygotowana. Przez kilka pierwszych miesięcy czułam się jak kropla w morzu – anonimowa i mało znacząca. Było to dosyć przygnębiające, zwłaszcza że pojechałam tam zupełnie sama, bez znajomych czy rodziny. Przez jakiś czas było mi ciężko. Pochodzę ze Szczecina, czyli niezbyt różnorodnego miasta, nowością było więc dla mnie oglądanie na ulicy chociażby przedstawicieli różnych ras. Z powodu uprzedzeń i stereotypów chwilę zajęło mi przystosowanie się do widoku wielu osób z Bliskiego Wschodu w mojej okolicy. Przykre doświadczenia z wakacji w Turcji, kiedy bywałam zaczepiana na ulicy, też zrobiły swoje. Tak się złożyło, że w Londynie także to faceci z Bliskiego Wschodu najczęściej mnie nagabywali. Z czasem to przeszło albo przestałam zwracać uwagę. Teraz nie mam już z nimi żadnego problemu. 

Czy po przeprowadzce zaczęłaś inaczej się zachowywać, ubierać, szukać nowych sposobów na wyrażenie siebie? 

Po przeprowadzce zauważyłam, że stałam się bardziej „londyńska” – ale zajęło mi to więcej czasu niż moim znajomym. Na pierwszym roku każdy wyglądał trochę inaczej, starał się dobrze ubierać, ale po swojemu. London College of Fashion wchłonęło tych pierwszorocznych studentów i przemieliło nas przez swoją estetyczną maszynkę. To zabawne, że wszyscy ludzie z tej szkoły są wyjątkowi, jeśli chodzi o styl. Ale jednocześnie są wyjątkowi w ten sam sposób, łatwo ich rozpoznać na ulicy. Każdy jest tak oryginalny, że… nikt nie jest oryginalny. Najpierw opierałam się tej unikatowości, ale czułam, że wyraźnie odstaję od reszty studentów. Nosiłam się bardzo „preppy”, jakbym miała iść do Cambridge czy Yale. Szukałam nowego stylu, który pasowałby do Londynu i pomógłby mi określić moją tożsamość w tym mieście. Znalazłam go dopiero na trzecim roku. Poczułam się w pełni zadomowiona, uspokojona, że tu pasuję, znam miasto. W Szczecinie bałam się ubierać bardziej ekstrawagancko, w Londynie zaś czułam, że nie wyglądam dostatecznie ekstrawagancko w porównaniu do ludzi z roku i ogólnie do londyńczyków. W całym Londynie widuje się niezwykle stylowe osobowości. Czułam presję, żeby wizualnie wpasować się w ten miszmasz estetyk. 

Czy coś zbiło Cię z tropu, jeśli chodzi o tamtejszą sytuację osób LGBTQ?

Chyba nie interesowałam się wtedy za bardzo tą tematyką. Przeprowadziłam się niedługo po moim coming oucie jako osoba biseksualna i nie czułam się częścią tej społeczności. Po prostu miałam wrażenie, że to drobny, prywatny szczegół mojej osobowości, i nie miałam potrzeby, żeby integrować się ze społecznością LGBTQ na uczelni. Jeszcze zanim się przeniosłam, wiedziałam, że Polska jest bardziej homofobiczna, a w Londynie ludzie są bardziej wyzwoleni i nieposkromieni w swojej ekspresji. 

Czy coś Cię zaskoczyło w innych studentach LGBTQ?

Raczej nie, może tylko to, że w Londynie społeczność LGBTQ jest naprawdę różnorodna. Są geje, którzy nie mają zniewieściałego wyglądu, a są tacy, którzy wyglądają jak kolorowe ptaki i noszą misterny makijaż od rana do wieczora. Musiałam się przyzwyczaić do tego, że niektórzy – szczególnie na mojej uczelni – są „aż tacy ekstra” na co dzień. Ich sposób ubierania się czy malowania się były bardzo artystyczne. Mnie bliżej było do eleganckiej estetyki magazynów, które znałam ze Szczecina, jak „Harper’s Bazaar” czy „Elle”, niż do bardziej niekonwencjonalnych „Dazed” lub „i-D”. Nie byłam pewna, czy ich styl mi się podoba – wydawali mi się dziwni i mało estetyczni.

Po studiach wróciłaś do Polski. Jakie miałaś oczekiwania wobec powrotu które z nich się sprawdziły, a które zweryfikowała rzeczywistość?

Ta decyzja przychodziła do mnie stopniowo. Jeszcze na studiach, przez ponad rok, byłam w związku na odległość z chłopakiem z Polski. Pokazał mi moją własną kulturę w taki sposób, że bardziej doceniłam polskie filmy czy muzykę. Stopniowo oswajałam się z myślą, że Polska jest fajna. Aż trochę wstyd to mówić, ale przedtem odrzucałam wszystko co polskie trochę z marszu. W tamtym okresie zaczęłam też jeździć do znajomych z Warszawy i Poznania. Odkrywając inne polskie miasta, zrozumiałam, że bardzo mi się w nich podoba, po prostu mój Szczecin – mam nadzieję, że ludzie ze Szczecina nie znienawidzą mnie za to – nie do końca mi odpowiadał. Zaczęłam myśleć, że może wrócę. Zanurzyłam palec w tej wodzie i poszłam na event zorganizowany przez pewne stowarzyszenie studentów. Poznałam tam stylistkę z Warszawy; zainspirował mnie jej Instagram: miała ciekawe życie i fajną pracę. Postanowiłam spędzić wakacje w Warszawie i zobaczyć na próbę, czy przypadnie mi do gustu tryb biurowej rutyny. Dostałam się na staż w redakcji „Glamour”, gdzie bardzo mi się podobało. Warszawa zresztą też przypadła mi do gustu. Była złotym środkiem między Londynem a Szczecinem: duże miasto, dużo się dzieje, fajne imprezy i ludzie, a w dodatku sporo możliwości rozwoju zawodowego w mojej branży. Jednocześnie jestem tu blisko rodziny. Zrozumiałam, że w moim kraju czuję się najswobodniej – cieszył mnie język polski słyszany na ulicy. Emigracja sprawiła, że zaczęłam doceniać polską kulturę. Najwyraźniej potrzebowałam trzyletniej przerwy od Polski po to, żeby docenić to, co traktowałam jak pewnik – na przykład pierogi. Nie wiem, skąd wziął się u mnie ten nagły patriotyzm, ale pomyślałam, że jednak to tutaj chcę zbudować swoje życie. Nie bez znaczenia była też kwestia finansowa: w Londynie dużo trudniej się utrzymać. Ludzie na stanowiskach asystentów w mediach wcale tam dużo nie zarabiają. Ledwo starcza na czynsz. Koszty życia są tam po prostu horrendalne. Świadomość, że nigdy nie będę miała własnego mieszkania, zawsze będę skazana na „landlordów”, być może nigdy nie poczuję stabilizacji finansowej – to też były ważne czynniki. W Warszawie czuję się jak w domu, ale wciąż mogę na nowo zachwycać się tym miejscem. Po trzech latach w Londynie przestałam postrzegać siebie jako obcą, ale nigdy nie czułabym się tam „brytyjska”. Chyba o to też chodziło. Naiwnie myślałam, że kiedy przyjadę do Warszawy z dyplomem prestiżowej uczelni, to świat mody przyjmie mnie z otwartymi ramionami i moja kariera natychmiast nabierze rozpędu. Życie i koronawirus zweryfikowały te plany, ale niczego nie żałuję. Ale może niedługo zacznę? Wszystko zależy od tego, jak będzie wyglądała sytuacja osób LGBTQ oraz kobiet w naszym kraju.

Jak się odnajdujesz w sytuacji nagonki na osoby LGBTQ w Polsce?

Z każdym dniem jestem trochę bardziej podłamana. Miesiąc temu po raz pierwszy zobaczyłam homofobiczną furgonetkę na ulicy. Byłam w szoku. Nagrałam ją i wrzuciłam na Instagram, a znajomi zaczęli odpisywać beznamiętnie: „To ty nie wiesz? Ona już tak jeździ od roku”. Wiedziałam, że ludzie w Polsce są mało tolerancyjni, ale żeby posuwać się do takich czynów i marnować tyle energii na szerzenie nienawiści wobec pewnej grupy osób? Nie mieściło mi się to w głowie. Czyżby może życie w zróżnicowanym, tolerancyjnym Londynie tak mnie rozpieściło? Żyłam tam w bańce. W Szczecinie zresztą też – progresywne liceum, matura międzynarodowa, znajomi o lewicowych poglądach. W Warszawie okazało się, że nie wszyscy mają te same opinie co ludzie, którymi otaczałam się do tej pory. Już się do tego przyzwyczajam, a moja skóra grubieje, ale i tak kampania wyborcza ciężko odbiła się na mojej psychice. Im wyraźniej zaczęłam odkrywać swoją seksualność, tym bardziej zaczęłam czuć się częścią społeczności LGBTQ i tym samym – zagrożona atakami na nią. Być może kiedyś zakocham się w dziewczynie i będę chciała iść z nią po ulicy za rękę albo pocałować ją w miejscu publicznym. Nie chcę dostać za to w ryj albo zostać opluta. Nie chcę słuchać kłamstw na swój temat i na temat osób takich jak ja. Nigdy nie miałam ambicji, żeby być wielką aktywistką. Robiłam swój malutki aktywizm internetowy. Ale teraz czuję, jakbym walczyła o życie – bo trochę tak jest. W dzień przed wyborami przyśniło mi się, że ktoś mnie wyoutował przed moją rodziną i że dziadkowie odsunęli się ode mnie. Obudziłam się przerażona i zlana potem. Dziadkowie nie wiedzą o mojej seksualności, rodzicom powiedziałam niedawno i zareagowali całkiem nieźle. Mimo to poczułam strach, którego wcześniej nie czułam. Nie jestem w stanie patrzeć na to wszystko biernie i co najwyżej zmieniać nakładkę na profilówce na Facebooku, myśląc: „OK, już wystarczy aktywizmu na dzisiaj”. Już nie wymiguję się od chodzenia na protesty, bo nie pasuje mi pora dnia. Czuję się osobiście odpowiedzialna – mój wkład się liczy i czuję, że mam obowiązek edukować swoje otoczenie. To był prawdziwy powód, dla którego powiedziałam o sobie rodzicom. Pomyślałam, że jeśli odkryją, że mają biseksualną córkę, to może zagłosują na właściwego kandydata. Trochę się przeliczyłam, ale to nie szkodzi. Jeśli wyoutuję się przed moim otoczeniem, to może ono, zamiast mnie wykluczyć, pomyśli o biseksualnych osobach jak o normalnych ludziach?

Czego mogliby nas nauczyć Brytyjczycy w kwestii życia z mniejszościami?

Wiesz, nie jestem pewna, czy brytyjskie społeczeństwo aż tak świetnie potrafi żyć z mniejszościami. Być może są bardziej tolerancyjni, jeśli chodzi o osoby LGBTQ, ale rasizm czy transfobia to nadal spore problemy. Po prostu Wielka Brytania ma inną historię niż Polska. Wydaje mi się, że przez to, że byli kolonialistami, Brytyjczycy mają poczucie winy. Zrozumieli, że znajdowali się po złej stronie historii, i próbują to teraz naprawiać – mniej lub bardziej skutecznie. W Polsce nie mieliśmy formalnych metod opresji przeciwko czarnoskórym. Wydaje mi się, że to dlatego Polacy są mniej wrażliwi na inne kultury: Polska nie jest aż tak różnorodna, mniejszości jest tutaj znacznie mniej, a ich głosy nie są aż tak głośne jak w Wielkiej Brytanii.

Co byś poradziła nastolatkom LGBTQ z Polski, którzy myślą o wyjeździe za granicę?

Wyjeździe na stałe? Poradziłabym im, żeby nie wyjeżdżali i żebyśmy wspólnie walczyli o przyszłość naszej mniejszości tutaj. Wiem też, że to nie jest właściwe rozwiązanie dla każdego, i całkowicie rozumiem, jeśli ktoś chciałby stąd uciekać w podskokach, bo po prostu nie może już tego znieść. Ja znoszę to dopiero od paru miesięcy i czasami już mam wrażenie, że dłużej nie dam rady, że zaraz się spakuję i wrócę do Londynu. Jeśli naprawdę nie możecie wytrzymać nagonki i nienawiści, spróbujcie wyjechać. Mam nadzieję, że gdzie indziej znajdziecie spokój, normalność i tolerancję. Szkoda, że nie możecie tego znaleźć w swojej ojczyźnie. 

Co Twoim zdaniem Polacy żyjący za granicą mogą zrobić, aby poprawić sytuację LGBTQ w Polsce?

Powinni przede wszystkim interesować się tym, co się dzieje w Polsce. Rozmawiać o tym ze swoimi znajomymi z zagranicy i innymi Polakami na emigracji. Wydaje mi się, że nagłaśnianie tej sprawy i okazywanie sprzeciwu to niestety wszystko, co osoby prywatne mogą zrobić. No i mogliby też nie głosować na polityków, którzy jawnie podsycają nienawiść.

Jakie masz nadzieje na przyszłość?

Mam nadzieję, że kiedyś w Polsce będą zalegalizowane związki i śluby jednopłciowe. Że adopcja dzieci przez pary homoseksualne również będzie możliwa, bo jest to o wiele lepsze niż pozostawienie dzieci samym sobie w systemie wychowawczym. Mam też nadzieję, że Polacy staną się bardziej tolerancyjnym i miłującym narodem. Bo jak na kraj, który tak dalece wyznaje wartości chrześcijańskie – w których tyle się mówi o nieocenianiu ludzi, miłowaniu bliźniego i wybaczaniu – jako społeczeństwo nie przejawiamy za bardzo tych cech. Jest wręcz odwrotnie. Chciałabym, żeby to się zmieniło. 

 

Mateusz Zieliński @szachmatt

Ma 27 lat, urodził się w Warszawie, ale studiował architekturę w Poznaniu. Obecnie mieszka w Berlinie, gdzie się uczy, jak produktywnie odpoczywać. 
 

Mateusz Zieliński, fot. archiwum prywatne


Arek Zagata: Dlaczego wyjechałeś?

Mateusz Zieliński: Na moją decyzję złożyło się kilka różnych czynników, na pewno głównym z nich była kariera. Nie widziałem dla siebie miejsca w jednym z polskich biur architektonicznych, gdzie niestety panuje dość duży wyzysk. Szukałem raczej możliwości rozwoju, ambitnych projektów, ale przede wszystkim luźnej atmosfery. Doświadczenie jednak pokazało, że za marne pieniądze musiałem wykonywać nieciekawą pracę, często po kilkanaście godzin dziennie. Oczywiście nie wszędzie tak jest, miałem szczęście pracować w świetnej warszawskiej pracowni STOPROCENT Architekci, gdzie z kolei panowała bardzo przyjazna atmosfera i gdzie zdobyłem wiele cennego doświadczenia. Kolejnym powodem był mój ówczesny partner, którego poznałem w Berlinie podczas stażu, i to on na ostatnim roku studiów przekonał mnie, że warto spróbować sił właśnie tam. Już wtedy zacząłem czuć się niekomfortowo w Polsce jako osoba homoseksualna, mimo że nie doświadczyłem jawnej dyskryminacji. Myślę, że to też miało ogromny wpływ na moją decyzję. 

Co Cię zaskoczyło po przeprowadzce?

Ponieważ już wcześniej odwiedzałem Berlin, byłem w miarę przygotowany na to, co mnie spotka, chociaż nadal zaskakiwała mnie różnorodność kulturowa i rasowa. Polska jest bardzo homogeniczna, i zacząłem to dostrzegać w jaskrawy sposób podczas każdych odwiedzin u znajomych czy rodziców. Po wyprowadzce z Polski zrozumiałem, jak istotne jest poznawanie i doświadczanie innych kultur. Jakkolwiek banalnie to brzmi, pomogło mi to rozpocząć pewien proces przemiany wewnętrznej, ponieważ zacząłem kwestionować rzeczy, które zostały mi wpojone wraz z kulturą, a które niekoniecznie są pozytywne. Nigdy nie miałem problemu z żadną społecznością pomimo tego, że mieszkam w Neukölln – dzielnicy, która kiedyś była zamieszkiwana przez tzw. gastarbeiterów pochodzących głównie z Turcji. Kulturowo jesteśmy różni, ale każdego traktuje się tu z szacunkiem i nigdy nie doświadczyłem dyskryminacji. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie mnogość organizacji LGBTQ+, które pomagają nieheteronormatywnym czy transpłciowym uchodźcom lub bezdomnym. Panuje tu na pewno większa otwartość na kwestie, które w Polsce nadal są tematami tabu, takie jak sex working, terapia PReP itp. 

W Berlinie poznałeś inne osoby LGBTQ. Czy coś Cię w nich zaskoczyło?

Poznałem wiele osób, dla których coming out nie był przeżyciem tak stresującym, jak to bywa u nas, i wcale nie są to osoby z krajów zachodnich. Poznałem również osoby, których doświadczenia związane z dyskryminacją, przemocą, a nawet gwałtem zmusiły je do opuszczenia miejsca zamieszkania. Zrozumiałem wtedy, że Berlin jest dla nich schronieniem i pierwszym miejscem, w którym mogą się czuć bezpieczne. 

Jak się odnajdujesz w sytuacji nagonki na osoby LGBTQ w Polsce?

Pogłębiająca się nienawiść oraz nagonka na osoby nieheteronormatywne w ciągu ostatnich kilku miesięcy ogromnie mnie smuci i stresuje. Mam wielu znajomych, którzy ciągle mieszkają w Polsce i są cały czas narażeni na ataki ze strony Kościoła, państwa, a nawet własnej rodziny. Nie mogę sobie wyobrazić, co muszą przeżywać. Ja sam odczuwam duży stres za każdym razem, kiedy czytam wiadomości z Polski. Jednocześnie jestem wściekły i powoli mam dość, dlatego staram się aktywizować siebie oraz berlińskich znajomych, chodzę na marsze, wspieram organizacje w Polsce oraz informuję o każdej akcji na moim Instagramie. 

Jakiej lekcji brakuje Polakom, którą zrozumiało niemieckie społeczeństwo?

Myślę, że trudno jest odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie. Na pewno różnice pomiędzy Polakami a Niemcami są na tyle duże, że nie ma jednego środka, który zadziałałby w obu przypadkach tak samo. Mamy zupełnie inną historię: lata zaborów, dwie wojny oraz komunizm sprawiły, że Polacy chyba nie chcą, aby mówiono im, jak mają żyć. Być może stąd wynika niemożność zmian światopoglądowych. Poza tym w Polsce mamy bardzo silną propagandę, coś, co w Niemczech nie miałoby racji bytu. Populistyczne rządy PiS-u w społeczności LGBTQ znalazły straszaka, który mobilizuje elektorat. Wydaje mi się, że gdyby nie ostatnie dwie kadencje rządów prawicowych, zmiany kulturowe odbywałyby się w Polsce szybciej. 

Jakiej rady udzieliłbyś nastolatkom LGBTQ z Polski, myślącym o wyjeździe za granicę?

Po pierwsze, strach to normalna rzecz. Zmiana miejsca zamieszkania może być okropnie stresująca, ale w dłuższej perspektywie wychodzi na dobre. Zdrowie psychiczne jest bardzo ważne, jeśli więc przeprowadzka może ci pomóc – nie wahaj się. Po drugie, nowe miejsce to nowe perspektywy, nowi ludzie. 

Co Polacy żyjący za granicą mogą zrobić, aby poprawić sytuację LGBTQ w Polsce?

Przede wszystkim aktywizujmy się. Informujmy. Przekazujmy informacje o protestach, marszach, akcjach. Mówmy o sytuacji osób LGBTQ+ w Polsce, rozmawiajmy o tym z naszymi znajomymi z innych krajów i prośmy o wsparcie. Wspierajmy również organizacje w Polsce, takie jak Stop Bzdurom czy Stonewall, ale przede wszystkim uważajmy na siebie i naszych najbliższych. 

Jakie masz nadzieje na przyszłość?

Chciałbym przyjechać kiedyś do Polski z moim partnerem, pokazać mu wiele miejsc, które uważam za piękne, a które niekoniecznie znajdują się w centrach dużych miast, i chciałbym czuć się tam bezpiecznie, kiedy złapię go za rękę albo będę miał ochotę go pocałować. Marzy mi się również, aby młodzi ludzie nie musieli podejmować tak drastycznych decyzji jak np. Milo (Milo Mazurkiewicz, transpłciowa aktywistka, która popełniła samobójstwo w ubiegłym roku – przyp. red.), ponieważ polska służba zdrowia nie jest w stanie okazać im empatii i pomóc w cierpieniu. Najbardziej jednak marzy mi się, aby młodzi ludzie nie musieli już wyjeżdżać do Berlina, Londynu czy innych miast Europy, ponieważ dopiero tam czują się bezpiecznie i widzą tam swoją przyszłość. 

 

Ola Kuśnierkiewicz @aleksandrakusnierkiewicz

Ma 23 lata, urodziła się w Szczecinie. Mieszkała w Londynie, Sydney i Brukseli. Obecnie mieszka w Warszawie, gdzie pracuje w Fundacji im. Heinricha Bölla i działa na rzecz kobiet.
 

Ola Kuśnierkiewicz, fot. archiwum prywatne


Arek Zagata:Dlaczego wyjechałaś?

Ola Kuśnierkiewicz: Odkąd pamiętam, chciałam wyjechać z Polski. Była to złożona decyzja – jakaś część mnie marzyła o podróżach i odkryciach, a druga poddała się propagandzie gloryfikującej Zachód. A przede wszystkim zależało mi na jak najlepszej edukacji, więc wybrałam uczelnię w Londynie. Moja rodzina i przyjaciele bardzo mnie wspierali, chyba zawsze wydawało im się to oczywiste, że po skończeniu liceum wyjadę. 

Przeprowadzka do wielkiej metropolii to zderzenie z zupełnie innym światem. Jak się w nim odnalazłaś? 

Wyjazd do Londynu, a później do Sydney wywrócił mój świat do góry nogami. Wszystko się zmieniło, a przede wszystkim ja. Zabrzmi to naiwnie, ale byłam zaskoczona wielkością Londynu. Wszystkiego było dużo. To ogromne miasto wypełnione milionami ludzi, z których każdy ma do opowiedzenia swoją historię. To także miasto nastawione na karierę i zysk, wymuszające konkretne nastawienie do życia, co było dla mnie trudne. Zaskoczyła mnie dyskryminacja Polaków – nie jesteśmy tam najmilej postrzeganą społecznością, nawet jeśli niechęć londyńczyków jest wyrażana tylko w mikroagresjach. Ani przez chwilę nie miałam problemów z zaakceptowaniem wielokulturowości obu tych miejsc, ale do teraz jestem pod wrażeniem tego, jak bardzo otworzyło mnie to na świat.  

Czy po przeprowadzce zaczęłaś inaczej się zachowywać, ubierać, szukać nowych sposobów na wyrażenie siebie?

Szukanie nowych sposobów ekspresji – jak najbardziej! Cały mój styl się zmienił. Zaczęłam nosić kolorowe ubrania, eksperymentować z fryzurami, piercingiem, a wszystko to było przejawem mojej potrzeby wyrażenia siebie. Mój nowy styl znacząco odbiegał od tego, jak wyrażałam się przed wyjazdem, czego byłam boleśnie świadoma za każdym razem, gdy przyjeżdżałam do domu w odwiedziny. Ale wszystko to wiązało się z głęboką zmianą, jaka zaszła we mnie w tamtym czasie, i z poczuciem posiadania przestrzeni, aby to wyrażać.  

Czy coś zbiło Cię z tropu, jeśli chodzi o sytuację osób LGBTQ?

Nie byłam zdziwiona, bo wiedziałam, że osoby LGBTQ w UK czy Australii mają większą swobodę i ochronę prawną niż w Polsce. Ale będąc tam, zrozumiałam w pełni, że walka z dyskryminacją wciąż trwa. Przyjechałam do Sydney w 2017 roku i na miejscu się dowiedziałam, że obecnie trwa kampania o równości małżeńskiej. Byłam zdziwiona – liberalny, bogaty kraj bez równości małżeńskiej? Zaangażowałam się w tę kampanię i poznałam całą społeczność ludzi, którzy spotykali się z brakiem akceptacji czy z nienawiścią. Na szczęście Australia powiedziała „tak” i równość małżeńska została wprowadzona. Było to wynikiem wielu lat działań aktywistów. 

Na zagranicznej uczelni poznałaś inne osoby LGBTQ. Co Cię w nich zaskoczyło?

Muszę przyznać, że z początku byłam bardzo onieśmielona społecznością LGBTQ na mojej uczelni – byli głośni, widoczni i po prostu fajni. Chyba tylko dzięki temu, że wszędzie ich było pełno, udało mi się do nich trafić, bo inaczej nie miałabym odwagi szukać do nich drogi. Byłam wtedy w okresie kwestionowania mojej orientacji seksualnej, a dzięki temu, że poznałam inne nieheteronormatywne kobiety – a także inne osoby LGBTQ – czułam się w pełni zaakceptowana taka, jaka jestem. Ich ciepło, chęć aktywnego uczestnictwa w życiu społeczności, a przede wszystkim widoczność – to wszystko bardzo mnie zaskoczyło, a jednocześnie pozwoliło mi w spokoju i poczuciu wsparcia zgłębiać siebie. To jedno z najważniejszych doświadczeń mojego życia, i nie wiem, czy gdyby nie otwartość tych ludzi, byłabym dzisiaj taka dumna z tego, kim jestem.

Jak oceniasz swoją uczelnię? Czy jako osoba nieheteronormatywna mogłaś czuć się tam swobodnie?

Tak, jak najbardziej – miałam głębokie poczucie, że jakikolwiek przejaw dyskryminacji na tle orientacji seksualnej byłby niedopuszczalny i surowo karany.  

Po studiach wróciłaś do Polski. Które z Twoich oczekiwań wobec powrotu się sprawdziły, a które zweryfikowała rzeczywistość? 

Moje pobudki były bardzo osobiste – chciałam przyjechać, żeby uczestniczyć w tworzeniu kultury, co wydawało mi się prostsze i bardziej autentyczne w Polsce niż w krajach, w których mieszkałam. Dodatkowo moja dziewczyna mieszka w Warszawie, co na pewno wpłynęło na tę decyzję. Szczerze mówiąc, nie miałam żadnych oczekiwań. Warszawa pozwala mi się rozwijać artystycznie i zawodowo, bez stresu towarzyszącego emigracji. Najbardziej brakuje mi różnorodności kulturowej i większej otwartości na inność, ale wierzę, że to tylko kwestia czasu.  

Miejsca, w których mieszkałaś, są znacznie bardziej rozwinięte, jeśli chodzi o tolerancję wobec osób LGBTQ. Jak się odnajdujesz w obecnej napiętej sytuacji w Polsce?

Muszę przyznać, że jestem w bardzo uprzywilejowanej pozycji. Kiedy zaczęłam się spotykać z kobietami, byłam w Australii, otoczona przyjaciółmi LGBTQ, całkowicie wolna w byciu sobą. Moja rodzina i przyjaciele akceptują mnie w pełni. I ja także akceptuję siebie całkowicie – powiem więcej, kocham siebie jako nieheteronormatywną kobietę i jestem wdzięczna, że dzięki temu poznałam cudowną społeczność. Nie ma takiego działania, które mogłoby wpłynąć na to, żebym poczuła, że jest coś złego w tym, że jestem sobą. Dlatego patrzę na działania polskiego rządu z ogromnym smutkiem, ale niedotknięta ich nienawistną kampanią. Wiem, że osoby nieheteronormatywne mogą być wolne, szczęśliwe i akceptowane przez swoje społeczności – widziałam to na własne oczy – i wierzę głęboko, że tak będzie w Polsce. Od zawsze byłam zaangażowana w aktywizm, ale faktycznie, sytuacja w Polsce zmotywowała mnie do kolejnych działań, począwszy od protestów przed Pałacem Prezydenckim, na osobistych rozmowach i dzieleniu się swoim doświadczeniem skończywszy. Wierzę głęboko, że widzialność jest ważna i ratuje życia. Chcę, żeby młode osoby LGBTQ wiedziały, że mogą być szczęśliwe dokładnie takie, jakie są.  

Jaka lekcja jest jeszcze przed nami?

Przede wszystkim taka, że różnorodność nie jest zagrożeniem, nie prowadzi do rozpuszczenia tożsamości narodowej, wręcz przeciwnie – wzmacnia poczucie wspólnoty i daje powody do dumy. Na poziomie personalnym to po prostu widzenie w każdym człowieku człowieka, niezależnie od jego pochodzenia, koloru skóry czy orientacji seksualnej. Warto dodać, że dyskryminacja jest problemem bardzo obecnym także w krajach Zachodu – nie chciałabym stworzyć wrażenia, że Zachód jest rajem pozbawionym konfliktów – ale różnorodność jest dużo bardziej akceptowana, także dzięki walce przeprowadzonej przez naszych poprzedników.  

Jakiej rady udzieliłabyś nastolatkom LGBTQ z Polski, myślącym o wyjeździe za granicę? 

Daj sobie czas i przestrzeń, aby eksplorować swoją seksualność, a potem zapisz się do grupy LGBTQ na uniwersytecie – poznasz nowych przyjaciół i poczujesz się u siebie.   

Co Polacy LGBTQ żyjący za granicą mogą zrobić, aby poprawić sytuację w Polsce? 

Wierzę, że bycie sobą w widoczny sposób to radykalny akt. A więc – dzielić się swoją historią. Mówić otwarcie o własnej orientacji seksualnej, jeśli jest to dla nich bezpieczne. Do tego aktywizować się, chodzić na protesty, pisać listy do polityków, wspierać organizacje charytatywne, w które wierzą (jest mnóstwo ludzi, którzy oddają aktywizmowi swoje życie, i warto ich w tym wspierać).  

Jakie masz nadzieje na przyszłość?

Równość małżeńska dla par jednopłciowych. Bezpieczeństwo dla osób nieheteronormatywnych. A prywatnie: napisanie i zrealizowanie scenariusza o miłości dwóch kobiet.  

 

Wojciech Christopher Nowak @wojciechchristophernowak

Wojciech ma 19 lat i pochodzi z Poznania. Od roku mieszka w Nowym Jorku, pracuje tam jako stylista i fotograf. 
 

Wojciech Christopher Nowak, fot. archiwum prywatne


Arek Zagata: Skąd pomysł, żeby wyjechać?

Wojciech Christopher Nowak: Odkąd pamiętam, ciągnęło mnie za granicę. Przez całe liceum wyjeżdżałem na tygodnie mody na własną rękę i za każdym razem wracałem ze świetną publikacją i z bogatszym portfolio. Od zawsze czuję, że moja praca za granicą spotyka się z większym i lepszym odbiorem, co jest niesłychanie motywujące. Po skończeniu liceum poznałem mojego partnera i już w wakacje padł pomysł przeprowadzki do Nowego Jorku. To jest jego dom i po części stał się też moim! Większa część mojej rodziny bardzo mnie wspiera, przyjaciele również. Mama zdecydowanie tęskni najbardziej, ale jest ze mnie niezwykle dumna!

Co Cię zaskoczyło po przeprowadzce?

Najbardziej zaskoczył mnie pęd miasta, po tygodniu takiego życia spędziłem kilka dni w łóżku. Niesamowite jest to, że każdy wie, czego chce, i stara się to osiągnąć. Zaskoczyło mnie to, że ludzie są otwarci i pomocni, a moje pochodzenie nigdy nie przeszkodziło mi w otrzymaniu zlecenia czy pracy, powiedziałbym nawet, że zwykle jest to atut. Myślę, że jestem od urodzenia otwarty i tolerancyjny. Raz poczułem się delikatnie przytłoczony, a może onieśmielony stylem bycia osób o czarnym kolorze skóry – byłem wówczas tylko w ich towarzystwie, podczas kolacji. Była to pierwsza taka sytuacja w moim życiu, ale pod koniec wieczoru czułem się już zupełnie swobodnie. 

Czy po przeprowadzce zacząłeś inaczej się zachowywać, ubierać, szukać nowych sposobów na wyrażenie siebie?

Mam wrażenie, że mój styl zmienia się z dnia na dzień. Staram się być lepszy i rozwijać się każdego dnia. Nowy Jork nauczył mnie bycia odważniejszym, bardziej minimalistycznym i eleganckim.

Czy coś zbiło Cię z tropu, jeśli chodzi o sytuację osób LGBTQ w Nowym Jorku?

Raczej nie. Myślę, że każdy doświadczył kiedyś nietolerancji, niezależnie od tego, gdzie mieszka. Bardziej potwierdziło się moje przekonanie, że ludzie są tam otwarci i tolerancyjni. Doświadczyłem tego chociażby poprzez zainteresowaniem moim stylem, komplementowanie moich (czasem odważnych) stylizacji. Czuję się tutaj cudownie wolny, co bardzo pozytywnie wpływa na moją kreatywność i spełnienie w pracy!

W kwestii tolerancji wobec osób nieheteronormatywnych w Polsce panuje zupełnie inny klimat niż w Nowym Jorku. Jak się odnajdujesz w tej sytuacji?

Szczerze, jest mi bardzo przykro, gdy widzę, co się dzieje w naszym kraju. Kiedy zobaczyłem wynik ostatnich wyborów, od razu pomyślałem sobie: „Uciekam stąd, kiedy tylko otworzą granice”. Teraz jestem w Stambule i za kilka dni wracam do Nowego Jorku. Nieraz czułem się źle, ale się nie poddawałem. Staram się angażować, pokazuję chociażby na swoim Instagramie, że warto być otwartym i tolerancyjnym. Dla mnie jest to naturalne, ale rozumiem, że wiele osób musi się tego po prostu nauczyć. Muszą – ponieważ to jest obowiązek – być tolerancyjne wobec każdego. Cieszę się, kiedy widzę, że ludzie z branży mody, szczególnie z zagranicy, wspierają naszą społeczność. Moi znajomi również starają się być aktywni i działać, a to dla mnie wiele znaczy!

Jakiej lekcji brakuje Polakom, którą zrozumieli Amerykanie?

Moim zdaniem nam, Polakom, brakuje idei akceptacji i tolerowania różnorodności. W społeczeństwie amerykańskim panuje wolność. Możesz być kimkolwiek chcesz, bez odbierania praw innym, nawet jeśli ich ideały są przeciwne do twoich. Amerykanie także zmagają się z problemem współistnienia z mniejszościami, ale wydaje mi się, że dzięki wsparciu rodzin i społeczności lokalnych walka o prawa mniejszości przynosi efekty.

Jakiej rady udzieliłbyś nastolatkom LGBTQ z Polski, myślącym o wyjeździe za granicę?

Nie bój się! Jeżeli tego pragniesz, to prędzej czy później to zrobisz! Im wcześniej, tym szybciej poczujesz ulgę i będzie ci się lepiej żyło, ale pamiętaj: zawsze szanuj lokalną kulturę i wspieraj innych!

Co można zrobić, aby poprawić sytuację osób LGBTQ w Polsce?

Myślę, że Polacy za granicą mają obowiązek szerzyć świadomość tego, co ich dotyczy. Ja osobiście robię to poprzez media społecznościowe oraz rozmawiając o zmaganiach LGBTQ w Polsce z moimi zagranicznymi przyjaciółmi. 

Jakie masz nadzieje na przyszłość?

Mam nadzieję, że polskie rodziny i społeczności będą się starały jeszcze bardziej wspierać swoje dzieci i znajomych, aby wspólnie walczyć o prawo do wolnego i bezpiecznego życia dla wszystkich Polaków.

 

Jakub Kowalczyk @jacoobkowalczyk

Ma 22 lata, urodził się i wychował w Warszawie. Spędził rok w Brazylii, od ponad roku mieszka w Paryżu. Studiuje historię sztuki na Sorbonie, oprócz tego pracuje dorywczo jako barista, czasem barman. 
 

Jakub Kowalczyk, fot. archiwum prywatne


Dlaczego wyjechałeś?

Chciałem to zrobić już od gimnazjum, bo czułem, że nie pasuję do polskich realiów. Zawsze mnie gdzieś ciągnęło. Gdy wracaliśmy ze szkolnych wycieczek zagranicznych, nie cieszyłem się, że jadę do domu, przeciwnie – było mi smutno. Rodzice raczej pozytywnie zareagowali na moją przeprowadzkę do Paryża. Dla kolegów wyjazd na stałe (a nie tylko na studia) był abstrakcją. 

Co Cię zaskoczyło w Paryżu po przeprowadzce? 

Wybrałem Paryż, ale to pytanie mogłoby dotyczyć mojego wyjazdu do Brazylii. Tam naprawdę zrozumiałem, czym są różnorodność i tolerancja. Przede wszystkim poczułem wtedy wolność (pojechałem sam) i pozwoliłem sobie na trochę luzu. Wtedy też odkryłem – albo może raczej potwierdziłem, po prostu trudno było mi się przyznać – że jestem biseksualny. Nie tylko ten fakt zmienił moją percepcję kultury, ale przede wszystkim to, że znalazłem się w społeczności, w której mogłem o tym swobodnie pogadać. Do Paryża pojechałem już wzbogacony o te doświadczenia i samo miasto nie wpłynęło już na mnie tak znacząco. Sytuacja LGBTQ w Paryżu jest bardzo komfortowa. To normalne, że jesteś gejem albo bi, to nic wielkiego. 

Jak się odnajdujesz w sytuacji nagonki na osoby LGBTQ w Polsce?

Sytuacja jest naprawdę fatalna. Czuję, że im bardziej będziemy promowali miłość i tolerancję w Polsce, tym silniejsze będą głosy antagonistyczne. My mówimy: miłość i tolerancja, a oni (przynajmniej w moim odczuciu) przekręcają to na „ideologię” i dodają do tego różne pejoratywne zabarwienia. Co roku od pięciu lat chodzę na marsze równości. Miewam myśli, aby się zaktywizować, ale czuję, że im bardziej staramy się promować pozytywy, tym bardziej problem narasta. 

Jakiej lekcji mogliby nas nauczyć Francuzi? 

Myślę, że społeczeństwo francuskie nie nauczyło się żadnej lekcji, raczej dojrzało do tego, że osoby nieheteronormatywne są również normalne. Nie można też trochę porównywać tych dwóch krajów, ponieważ we Francji po prostestach z ]1968 roku ruch konserwatywny utracił na znaczeniu. Mam wrażenie, że dla Polaków takie pojęcia jak „patriotyzm” czy „naród” znaczą coś innego niż dla Francuzów. Jeżeli różnie rozumiemy podstawy, to różnica na poziomie pojmowania LGBTQ będzie jeszcze potężniejsza. 

Jakie masz nadzieje na przyszłość? 

Mam nadzieję, że ludzie którzy uważają, że „LGBTQ” jest czymś nienormalnym, w końcu zrozumieją, że te osoby niczym nie różnią się od reszty społeczeństwa. Wisłocka też była kiedyś wyzywana od wiedźm i czarownic, ale z czasem i postępem edukacji społeczeństwo nabierało świadomości i przestawało ją negatywnie oceniać. Mam nadzieję, że tak samo będzie z tematem LGBTQ. Nie od razu Rzym zbudowano. Owszem, powstają strefy wolne od LGBT, ale od moich znajomych w Polsce (którzy nie są w żaden sposób związani z LGBT) słyszę wyłącznie negatywne opinie na temat tych stref. To żart, który stał się smutną prawdą. 

 

Agata Wojcicka @aga_agata

Ma 21 lat, pochodzi z Warszawy, studiuje administrację w biznesie w Madrycie.
 

Agata Wojcicka, fot. archiwum prywatne


Skąd pomysł, żeby wyjechać?
Już na początku liceum wiedziałam, że chcę wyjechać na studia za granicę. Było to trochę związane z tym, że zagraniczne uczelnie są lepsze, ale też trochę z tym, że większość moich znajomych też myślała o wyjeździe. Ale przede wszystkim, chciałam doświadczyć czegoś nowego i poznać obcą kulturę.

Co Cię zaskoczyło po przeprowadzce?
Hiszpania to przepiękny kraj, a mieszkanie w Madrycie to czysta przyjemność. Piękna pogoda, ludzie zawsze uśmiechnięci, a klimat panujący w mieście jest nie do porównania. Po prostu „życie jak w Madrycie”! To, co mnie jednak najbardziej zaskoczyło, to jak bardzo ten kraj jest różnorodny i akceptujący i jak szybko się odnalazłam w takim otoczeniu. Mimo, że większość Hiszpanów nie mówi w obcym języku, to i tak są niezmiernie otwarci na obcokrajowców. Musiałam szybko podłapać hiszpańskie wyrażenia, żeby się dogadać, choćby w stylu „un café por favor”. Ale właśnie to  było dla mnie super, bo sprawiało, że szybko się zaaklimatyzowałam i przystosowałam do nowej kultury. W odróżnieniu od życia w Polsce poczułam, że mogę być bardziej swobodna w wyrażaniu siebie – chociażby poprzez ubiór. Hiszpanie ogólnie lubią eksperymentować z różnymi stylami i to się udziela. Czujesz, że możesz wciąż szukać swojego „ja’ i nikt nie będzie cię za to oceniał. Domyślam się, że podobnie jest z kulturą LGBTQ+, która oprócz bardziej przyjaznego odbioru, ma też swoje prawa w Hiszpanii, swoją dzielnice, coroczne parady równości. Osobiście nie spotkałam się, ani nie słyszałam, o agresywnych sytuacjach wobec osób LGBTQ. 

Jakie są Twoje przemyślenia w związku z nagonką na osoby LGBTQ w Polsce?

To co się dzieje aktualnie w Polsce jest przerażające i szczerze mnie smuci to, że w XXI wieku mniejszość LGBTQ musi ubiegać się o tolerancję większości i wciąż walczyć o podstawowe prawa. Kiedy opowiadam moim znajomym z Hiszpanii o wydarzeniach w Polsce, czuję wstyd. Tyle jest teraz niepotrzebnej nienawiści i agresji – i zdaję sobie sprawę z tego, że gejom czy lesbijkom z Polski jest teraz wyjątkowo ciężko. 

Czego Polacy mogliby się nauczyć od Hiszpanów?

Zdecydowaną różnicą między Polską a Hiszpanią jest to, że społeczeństwo hiszpańskie jest otwarte i przyjazne. Nawet jako obcokrajowiec mieszkający w Hiszpanii nie czujesz się w żaden sposób obcy albo niechciany, niezależnie od swojej „inności”. W moim przypadku, lubię czasami pobawić się ubiorem, założyć coś rzucającego się w oczy, jakąś neonową kurtkę albo wzorzyste buty. W Polsce wiele razy spotkałam się z krzywymi spojrzeniami, czułam się wytykana palcami i komentowana. Natomiast w Hiszpanii jest to kompletnie normalne. Każdy może być sobą i większość nie ma z tym problemu. Tego jeszcze w Polsce brakuje. Poza tym, wydaje mi się, że społeczeństwo Hiszpanii przyzwyczaiło się do społeczności LGBTQ+. Legalne związki i adopcje przez pary jednopłciowe, prawa chroniące przed mową nienawiści i dyskryminacją w miejscu pracy, ochrona prawna osób transpłciowych w części regionów (w tym w Katalonii) – walka o równe prawa dla osób nieheteronormatywnych toczy się w Hiszpanii od dawna, lecz zmiany prawne wdrażano tu stosunkowo niedawno. Społeczeństwo zaczęło się przyzwyczajać do nich, ale teraz (szczególnie w dużych miastach) stały się one nową rzeczywistością, w której osoby LGBT znalazły swoje miejsce i akceptację w społeczeństwie. Teraz dzielnice LGBTQ w Hiszpanii to norma, nikt nie ma z tą społecznością problemu. Myślę, że kraje, w których ochrona prawna osób nieheteronormatywnych wciąż nie istnieje powinny zainteresować się historią legalizacji związków partnerskich i małżeństw w krajach Europy Zachodniej – na przykład Hiszpanii. Warto przeanalizować sytuację u naszych sąsiadów i spróbować ją odnieść do polskich realiów. Zwłaszcza, że przystosowanie się i normalizacja osób LGBTQ w społeczeństwie wcale nie oznacza gigantycznych zmian dla reszty. Na stworzeniu przestrzeni, w której mniejszości mogą czuć się komfortowo nikt nie ucierpi. Chyba wszystkim nam powinno zależeć, żeby ludzie wokół byli szczęśliwi, prawda?

Co Twoim zdaniem Polacy żyjący za granicą mogą zrobić aby poprawić sytuację LGBTQ w Polsce?

Patrząc na aktualną sytuację w Polsce, poradziłabym tym nastolatkom abyście wyjechali gdzieś, gdzie możecie być sobą i gdzie was akceptują. Jest na świecie tyle miejsc gdzie różnorodność jest normą i tyle ludzi otwartych na inność i zmiany – naprawdę warto zaryzykować i spróbować. 

Mieszkasz za granicą. Co możesz zrobić, żeby poprawić sytuację LGBTQ w Polsce?

Nie poddawać się i głośno poruszać ten temat, w miarę możliwości nagłaśniać sprawę na skalę międzynarodową. Szczególnie, że ostatnimi czasy opinia publiczna znacznie uwrażliwiła się na kwestie związane z równością i różnorodnością – tak jak w przypadku ruchu Black Lives Matter

Jakie masz nadzieje na przyszłość?

Mam nadzieję, że Polska się kiedyś otworzy i zaakceptuje różnorodność.