Myślę, że polska mentalność narzuca nam bycie skromną, niewychylającą się i ciężko pracującą osobą. A stawianie siebie na pierwszym miejscu wiele osób postrzega jako buńczuczne. Tak było, gdy byłam dzieckiem i wszyscy wokół powtarzali mi, że „dziewczynka powinna być skromna”. Pewność siebie nie była w cenie jeszcze jakiś czas temu, na szczęście moje pokolenie jest bardziej wyrozumiałe, a milenialsi postrzegają siebie jako priorytet w wielu kwestiach. Jednak wciąż wiele osób zmaga się z niską samooceną, stale porównując się do innych. Nie jestem fanką mentoringowych haseł i coachingowych sloganów, dlatego oddaję Wam do lektury coś w rodzaju krótkiej notatki z pamiętnika. Żadnych porad, tylko osobisty tekst, który kilka lat temu sama chciałabym przeczytać. Być może zainspiruje Was do tego, żeby spojrzeć na siebie bardziej łaskawym okiem. Albo żeby przestać patrzeć na innych. To już połowa sukcesu. 

Moja samoocena kiedyś była lustrzanym odbiciem tego, co myślą o mnie rodzice, przyjaciele, moi partnerzy i współpracownicy. W ogóle nie myślałam o sobie jako o niezależnej od nikogo jednostce. Dopiero gdy w pewnym momencie odbiłam się od ściany – w moim życiu miało miejsce wydarzenie, według którego (idąc drogą mojego rozumowania) moja wartość jako człowieka była – delikatnie mówiąc – niewielka. Była to opinia jednej osoby, ale jak się domyślacie, w tamtym momencie ważnej dla mnie. Wtedy nastąpił punkt zwrotny. Oczywiście nie od razu wszystko się zmieniło, bo budowanie samooceny i szacunku do samego siebie to proces. Każdy przechodzi go inaczej, ale to zawsze trwa. Postanowiłam sobie w pewnym momencie, że nie jestem w stanie dłużej uzależniać opinii na swój temat od innych osób, bo po prostu się wykończę. Zawsze podziwiałam pewne siebie kobiety. Okazało się, że gdy postawiłam siebie na pierwszym miejscu, stałam się jedną z nich. Tak, to takie proste i nie ma w tym większej filozofii (oczywiście teoretycznie, bo w praktyce ten proces to wzloty i upadki). Nie powiem Wam, jak to zrobić, bo każdy z nas jest inny i nie ma jednego ustalonego na to wzoru. Powiem Wam tylko, że to dobre doświadczenie – polubić siebie.

To, że stawiam siebie na pierwszym miejscu oznacza po prostu, że o siebie dbam. Troszczę się o siebie, stawiam sobie wyzwania, jestem wymagająca, ale nie biczuję się, gdy czegoś nie uda mi się zrobić, bo jestem tylko człowiekiem. Co się zmieniło, odkąd zaczęłam tak funkcjonować? Mam spokojną głowę. Przewartościowałam trochę swoje życie i w końcu dowiedziałam się, czego tak naprawdę chcę –  także od relacji, które tworzę z innymi ludźmi. Jeszcze jedno. Potrzebowałam prawie 24 lat, aby zrozumieć pewną rzecz, ale cieszę się, że w końcu na podstawie własnych doświadczeń to zrozumiałam. Postanowiłam o siebie zadbać, bo nikt inny nie zrobi tego lepiej. Tylko ja wiem, czego naprawdę potrzebuję i co mnie uszczęśliwia. Codziennie odkrywam to z pomocą bliskich mi osób i to jest ekstra. Wbrew temu, co twierdzą normy społeczne i ckliwe komedie romantyczne, mężczyzna nie jest na pierwszym miejscu, aby o mnie zadbać i się mną zaopiekować. Na pierwszym miejscu zawsze jestem ja.