Język kształtuje rzeczywistość, może ją zmieniać, na pewno ją odzwierciedla. Słowa, których używamy, mówią wszystko o nas, naszych przekonaniach, doświadczeniach, kulturze, w której wzrastaliśmy. Żyjesz tak, jak to sobie opowiesz. Masz taki świat, jak go sobie opiszesz. Istnieje tylko to, co jest nazwane. Nie masz nazwy – nie istniejesz. I w drugą stronę: nie istniejesz, nie ma potrzeby tworzenia słowa, które by cię nazwało. Dlatego wielokrotnie rozumiałam oburzenie, że te wszystkie profesorki, doktorki i naukowczynie brzmią nienaturalnie. Tak, brzmią nienaturalnie. Mają prawo. Przez setki lat przecież odmawiano kobietom wstępu na uczelnie wyższe, ignorowano ich potencjał intelektualny, blokowano kariery akademickie i naukowe. Nie używano słowa „profesorka”, bo kobieta nie miała prawa zdobywać tytułów naukowych – tylko dlatego, że była kobietą.

Dlaczego przedszkolaka nie dziwi naukowczyni, a nastolatka już zaskakuje?

MIT (Massachusetts Institute of Technology), najbardziej prestiżowa uczelnia technologiczna na świecie, zaczęła przyjmować kobiety w 1882 r. Podobnie zresztą jak wiele innych uczelni na całym świecie. Niecałe 140 lat temu, zaledwie, świat akademicki otworzył się na kobiety. Inna sprawa, że trzeba było kolejnych stu lat, aby liczby studiujących mężczyzn i studiujących kobiet wyrównały się, bo wcześniej studentki stanowiły niewielki odsetek wszystkich studiujących osób. Dziś to studentek jest więcej, to kobiety częściej zdobywają wyższe wykształcenie. Mimo to wciąż rzadziej wybierają kierunki technologiczne czy przedmioty ścisłe. Bo wydaje im się, że nie powinny? Bo tego uczą nas w szkołach. „(…) po dekadach badań z cyklu narysuj naukowca, w których przytłaczająca większość dzieci rysowała mężczyzn, niedawną metaanalizę tych badań fetowano w mediach jako dowód na to, że nareszcie stajemy się mniej seksistowscy” – pisze Caroline Criado Perez w znakomitej książce „Niewidzialne kobiety. Jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn”. „Podczas gdy w latach 60. XX w. tylko 1 proc. dzieci rysowało naukowczynie, dziś czyni to 28 proc.”. To chyba dobrze? Dobrze, dopóki nie przyjrzymy się tym badaniom bliżej. „Na początku edukacji szkolnej dzieci rysują mniej więcej tyle samo naukowców płci męskiej co żeńskiej; dziewczynki i chłopcy robią to podobnie” – kontynuuje Caroline Criado Perez. „U siedmio- i ośmioletnich dzieci naukowcy płci męskiej już znacznie przewyższają liczebnie naukowców płci żeńskiej. 14-latki rysują czterokrotnie więcej naukowców niż naukowczyń. Zatem, choć rysuje się więcej naukowców płci żeńskiej, wzrost ten zawdzięczamy w dużej mierze młodszym dzieciom, którym system oświaty nie zdążył jeszcze wpoić stereotypów płciowych”. W skrócie: naukowczyni nie będzie nas dziwić, dopóki nie pójdziemy do szkoły, w której nam wmówią, że dziewczyny są słabe z matematyki.

Niewidzialne kobiety nauki, czyli historie skasowane

Powszechne przekonanie, że kobiety nie nadają się do przedmiotów ścisłych, wzmacnia deficyt przykładów na to, że jednak nadają się. Przykładów nie ma? Przykłady zawsze były, tylko konsekwentnie jest ignorowano, usuwano. Zasługi kobiet dla nauki przejmowali mężczyźni i dopiero od jakiegoś czasu sukcesywnie odzyskujemy słynne naukowczynie, odkręcamy przekłamane historie. A trochę ich jest. To Nettie Stevens odkryła, że płeć determinują chromosomy – w podręcznikach wciąż można przeczytać, że autorem tego odkrycia jest Thomas Hunt Morgan. To Cecilia Payne-Gaposchkin odkryła, że Słońce składa się głównie z wodoru (absolutny przełom w astronomii), a nadal to odkrycie przypisuje się przełożonemu Gaposchkin, oczywiście mężczyźnie. Elizebeth Smith Friedman, pierwsza dama współczesnej kryptografii, przysłużyła się zwycięstwu aliantów w II wojnie światowej w takim samym stopniu jak jej mąż, z którym dekodowała zaszyfrowane komunikaty nazistów, ale cały splendor spadł na małżonka, a o niej z należytą uwagą mówi się dopiero od niedawna. Ofiarą dyskryminacji ze względu na płeć pozostaje też Rosalind Franklin, której praca doprowadziła Jamesa Watsona i Francisa Cricka do odkrycia DNA, za co panowie zgarnęli Nagrodę Nobla. Sukcesy miewają wielu ojców, ale te naukowe często mają po prostu jedną matkę.

Co nam robi brak idolek?

Kasowanie kobiet z historii nauki zniechęca kolejne pokolenia dziewczyn do edukacji czy robienia karier akurat w tym obszarze. Nie wiedzą, że komuś przed nimi się udało – nie wierzą, że można. Brakuje im idolek, wzorów do naśladowania. Dziś wpływa to na przykład na zainteresowanie młodych kobiet karierą w branży high tech – jak możemy przeczytać w raporcie „Potencjał kobiet dla branży technologicznej” przygotowanym wspólnie przez Fundację Edukacyjną Perspektywy i markę Siemens. „Po przepytaniu tysiąca maturzystek, dlaczego jedne z nich poszły na studia techniczne, a inne nie oraz zbadaniu co je różni, gdzie jest ten czynnik krytyczny, okazało się, że te dziewczyny, które wybrały kierunki techniczne, pięć razy częściej napotkały w swoim otoczeniu wzór kobiety inżyniera. One po prostu wiedziały, że mogą iść tą ścieżką. Miały inspirację, role model. Jeżeli nie widzisz wokół siebie takiego wzorca, to trudno jest sobie wyobrazić siebie w przyszłości w jakiejś roli” – wyjaśnia Marlena Piotrowska z Fundacji Edukacyjnej Perspektywy. „Dlatego też wierzymy, że kluczowe jest dla zmiany postrzegania kobiet w branży technologicznej pokazywanie przykładów kobiet dobrze wykształconych i spełniających się zawodowo. W ramach jednego z naszych programów  „IT for SHE", który organizujemy we współpracy z firmami high tech, studentki kierunków informatycznych jeżdżą po małych miejscowościach, gdzie uczennice szkół podstawowych mogą je zobaczyć, przekonać się, że są w tym kraju kobiety, które znają się na nowych technologiach, ciekawie o nich opowiadają i odnoszą sukcesy. Oczywiście nie wykluczamy chłopców, bo to bardzo ważne, aby cała społeczność poznała nasze wolontariuszki i mogła się inspirować ich przykładem. Do tej pory w zajęciach uczestniczyły już tysiące dzieciaków ze wsi i małych miasteczek” – mówi Marlena Piotrowska.

Nie ma przyszłości bez informatyczek

Fundacja Edukacyjna Perspektywy jest również odpowiedzialna za coroczną kampanię „Dziewczyny na politechniki!”, która zachęca licealistki do podejmowania studiów na uczelniach technicznych – z coraz większym powodzeniem. Pytam Marlenę Piotrowską, koordynatorkę akcji, czy naprawdę potrzebujemy jeszcze zachęcać dziewczyny i przekonywać je, że studia na politechnikach są również dla nich. „Akcja Dziewczyny na politechniki! jest wspólnym projektem Konferencji Rektorów Polskich Uczelni Technicznych i Fundacji Edukacyjnej Perspektywy. Jej celem jest zachęcenie uczennic szkół ponadpodstawowych do podejmowania studiów inżynierskich, zwłaszcza na kierunkach stricte technicznych – tych najbardziej potrzebnych, przyszłościowych i intratnych, otwierających wiele możliwości na międzynarodowym rynku pracy. Na takich studiach kobiet jest wciąż za mało, mimo że część z nich - ta, która osiąga dobre wyniki z przedmiotów ścisłych i ma wszechstronne zainteresowania, mogłaby tam właśnie najpełniej rozwinąć swoje skrzydła.Dziewczyny wciąż chętniej wybierają studia humanizujące, uznawane za bardziej kobiece, niekoniecznie zapewniające dobrą pozycję na rynku pracy, niekoniecznie też kluczowe dla rozwoju państwa i budowania gospodarki opartej na wiedzy” – wyjaśnia Marlena Piotrowska. „Wynika to z jednej strony z ogólnej tendencji młodych ludzi do odchodzenia od uznawanych za wymagające studiów technicznych (jest to zjawisko obserwowane na całym świecie), z braku rzetelnej informacji o potrzebach gospodarki i rynku pracy oraz z braku dobrego systemu poradnictwa zawodowego na poziomie szkół ponadpodstawowych. Nie pomaga tu też funkcjonujący wciąż w społeczeństwie przestarzały wizerunek nauk technicznych jako tych niezwykle trudnych, żmudnych i brudnych, wymagających często tężyzny fizycznej i ponadprzeciętnej odporności psychicznej. Z drugiej strony w społeczeństwie wciąż pokutuje stereotypowy podział zawodów na męskie i żeńskie. Jak pokazują wyniki badania przeprowadzonego przez Fundację Edukacyjną Perspektywy, kobiety na uczelniach technicznych to dalej pewne novum. Zwłaszcza na wydziałach stricte inżynierskich. Bardzo mało kobiet decyduje się na karierę naukową w naukach technicznych, a już naprawdę nieliczne trafiają do władz takich uczelni”. Kto na tym traci? Wszyscy. Kobiety odbierają sobie szansę zdobycia zawodów, w których możliwość rozwoju łączy się z misyjnością i finansami. Mówiąc wprost: to z dyplomem uczelni technicznej można zmieniać świat na lepszy i jeszcze nieźle przy tym zarobić.

Akcja „Dziewczyny na politechniki!” działa już od 15 lat. Co zmieniło się w tym czasie? Czy nowe pokolenie nastolatek bardziej wierzy w swój potencjał w branży technologicznej? „Mamy coraz więcej przykładów kobiet, które wybierają techniczną bądź ścisłą ścieżkę kariery. To zachęca i inspiruje” – potwierdza Marlena Piotrowska. „Dodatkowo, co oczywiste, w ogromnym tempie zmienia się rynek pracy, który oparty jest obecnie o nowe technologie i ten trend na pewno się nie zmieni. Już teraz niedobór specjalistów w tym obszarze w skali Europy i świata jest ogromny, a ta luka będzie się stale powiększać. Kobiety stanowią niewykorzystany potencjał. Dlatego, również z przyczyn ekonomicznych, są wspierane do włączania się w branże jeszcze do niedawna uważane za męskie. W ostatnich latach obserwujemy wysyp programów, inicjatyw, których celem jest zachęcanie kobiet do rozwoju w obszarze nowych technologii. Ten trend działa co najmniej dwutorowo. Po pierwsze – pomaga podjąć decyzję i wytrwać w branży kobietom, które być może nie zdecydowałby się na to bez takiego wsparcia. Po drugie – stanowią przekaz dla społeczeństwa, dla kobiet, mężczyzn, nauczycieli, rodziców, twórców polityk publicznych, że kobiety na męskich stanowiskach są pożądane. Sprawiają, że obraz kobiety inżyniera, kobiety informatyczki, kobiety projektującej i budującej roboty staje się powoli czymś naturalnym”. Bo powinien być.