List od naszej czytelniczki:

Mam problem z samoakceptacją. Codziennie słyszę od narzeczonego, że jestem piękna, mam ładne ciało i sama też to dostrzegam, tylko że przychodzą takie kryzysowe chwile, że wracają do mnie wszystkie złe emocje związane z moim wyglądem... I wtedy jedyne, co widzę, to za grube uda i brzuch, źle zbudowane biodra, sylwetka, której przez to nie da się określić... Mówię, że biodra są źle zbudowane, ponieważ dopiero lekarz umiał mi powiedzieć, o co w nich chodzi. Mam tak zwane wiolinowe biodra, a ma to związek z ułożeniem kości udowych w miednicy: na wysokości środka bioder jest wgłębienie, a potem znowu rozszerzenie na uda. Do teraz nie jestem w stanie tego u siebie zaakceptować i staram się jak najbardziej to zakrywać. Noszenie legginsów czy obcisłe sukienki nie wchodzą w grę. Na dodatek, odkąd pamiętam, mój tata krytykował wszystko, co zrobiłam, oraz to, jak wyglądam. Często był okrutny, mówił na przykład: „Ale z ciebie tłuk”, „Ty nigdy do niczego nie dojdziesz”, „Jesteś na to za głupia”, „I kto cię niby będzie chciał z takim wyglądem?”. Oj, wiele tego było... Chociaż to się działo lata temu, dalej mam to w głowie i przy każdej porażce słyszę słowa ojca, i wtedy też pojawia się myśl, że chyba miał rację.

Na list odpowiada Kasia Kucewicz, psycholożka i psychoterapeutka:

Zacznę od tego, że samo określenie „wiolinowe biodra” jest piękne, szlachetne i pełne wdzięku. I warto dokładnie tak samo spojrzeć na unikatowy wygląd swoich bioder. Jest to coś wyjątkowego i prawdopodobnie urokliwego – dla partnera, ale mogłoby się stać takie i dla Czytelniczki, gdyby z większą akceptacją spojrzała na swoje kształty. Każda z nas ma w swoim ciele element, który odbiega od wyśrubowanego ideału. To czyni nas wyjątkowymi i to też pokazuje, że nie jesteśmy wymodelowane z jednej formy, a nasze ciało podobne jest do ciała naszej mamy, babci, prababci, czyli jest nośnikiem unikatowej historii rodowej lub naszych przeżyć. Czasami zapominamy, ze właśnie te wyróżniające części ciała stanowią o tym, że jesteśmy jedyne w swoim rodzaju.

Zdecydowanie pierwsze, co przychodzi mi na myśl po przeczytaniu listu naszej Czytelniczki, to zachęta, by spojrzała na swoje biodra oczami swojego partnera – czyli z miłością. Jeśli mamy taką część ciała, której nie lubimy, to warto poćwiczyć naukę akceptacji i na przykład wieczorem stanąć przed lustrem z balsamem w dłoni i czule balsamować właśnie tę nielubianą część, myśląc o niej ciepło i przekornie: „Tak, akceptuję was, takie jesteście (biodra), jesteście w porządku, uczę się was kochać”.

Dziewczyny często robią sobie ogromną krzywdę, surowo oceniając swoje ciało, karząc je, ośmieszając siebie, wyzywając się od najgorszych. Wiele z nas traktuje swoje ciało okrutnie – jak przedmiot, który trzeba szlifować i ciągle udoskonalać, by nie straciło na wartości. Budujemy na nim swoją samoocenę, swoje samopoczucie i wiarę we własne możliwości. To niestety ślepa uliczka. Koncentrując tyle uwagi na mankamentach, tracimy zapał do życia, zahamowujemy się, pożera nas wstyd. Nie wyciągamy ręki po marzenia, jesteśmy skrępowane, przekonane, że taki ktoś jak my nie zasługuje na wszystko, co najlepsze. Te kobiety, które nie znoszą swojego ciała, zwykle też nie znoszą w ogóle samych siebie. Są wobec siebie niczym surowy, drastyczny żandarm, który ciągle wytyka, że coś jest nie tak. Warto zadać sobie pytanie: czy gdybym miała przyjaciółkę stale krytykującą moje biodra, to chciałabym się z nią dalej kolegować, czy jednak niekoniecznie? Jako terapeutka bardzo często powtarzam dziewczynom, że same dla siebie powinny być najlepszymi przyjaciółkami, powinny traktować siebie z szacunkiem, a nie jak najgorszego wroga. I zwracać się do siebie samych tak, jak zwracają się do swoich najlepszych przyjaciółek. Traktowanie siebie w porządku jest bowiem podstawą stabilności psychicznej i poczucia zadowolenia z siebie! „W porządku” to oczywiście nie znaczy, że mamy siebie rozpieszczać ciasteczkami z kremem i wydawać fortunę na medycynę estetyczną. Oznacza to, że wobec różnych swoich niedociągnięć jesteśmy wyluzowane, skupiamy się natomiast na tym, co jest w nas ładne, sexy, co naprawdę jest w nas pociągające. Bez sensu iść przez życie i koncentrować się na swoich defektach – wiele osób tak robi, przez co żyją w smutku i niezadowoleniu, które rzutują i na karierę, i na związki. Ale na szczęście można zmienić perspektywę i zamiast na niedociągnięciach skupiać się na swoich mocnych stronach, na tym, co jest w nas naprawdę wyjątkowe, nietuzinkowe. Weźmy za przykład modę i ubrania: znacznie lepiej się wygląda, jeśli się przyjmie perspektywę podkreślania swoich zalet, a nie tylko smętnego zakrywania niedoskonałości!

Wracając jednak do tematu krytycyzmu. Nasza Czytelniczka w swojej wiadomości nawiązuje do surowej postawy swojego taty, który nie szczędził jej przykrych uwag. Niestety, często u podłoża podłego traktowania siebie tkwią zapamiętane z dzieciństwa uwagi, jakie słali pod naszym adresem rodzice. Jeśli (podobnie jak autorka listu) słyszeliśmy od nich kąśliwe komunikaty, które doprowadzały nas do łez, to na pewno jako dorosłe kobiety tak samo ostro będziemy się do siebie zwracać, tak samo bezlitośnie będziemy siebie oceniać. Zupełnie tak jakbyśmy wchłonęły tamte nieprzyjazne zdania i jakby stałe się one naszym wewnętrznym głosem. Masakra! Na szczęście można coś z tym zrobić. I wcale nie jest to bardzo trudne, wymaga jednak treningu. Za każdym razem gdy „uraczymy” siebie złośliwością, przypomnijmy sobie, czyj styl przyjęłyśmy. Kto teraz przez nas przemówił? Autorka listu na przykład stale mówi do siebie głosem swojego taty. Z jednej strony wie, że to, jak ją traktował, było przykre, ale z drugiej wobec siebie postępuje zupełnie tak samo. Tak robi niestety większość z nas. Kiedy jednak uświadomimy sobie, że oszczerstwa wobec siebie to nic innego jak powielanie tego głosu, często zmieniamy narrację. Przestajemy być dla siebie surowymi rodzicami, a zaczynamy być uprzejme, ciepłe i w porządku wobec siebie. Takie, jakie przecież doskonale umiemy być dla swoich przyjaciółek, partnerów, koleżanek ze szkoły czy z pracy!
Głęboko wierzę w to, że jeśli nasza Czytelniczka popatrzy na swoje biodra jak na swoją unikatową, niezwykłą część ciała, nadającą jej wyjątkowości, to natychmiast poczuje się lepiej. Do tego gdy o pozostałych częściach swego ciała będzie myślała dobrze i z szacunkiem, z sympatią i zachwytem – to jej samoocena poszybuje. A jakby jeszcze się udało zamienić okrutny głos uwewnętrznionego taty na spokojną, własną narrację – kompleksy przejdą do historii!

Chcesz podzielić się z nami swoją historią? Zapytać o coś psychologa, seksuologa czy innego eksperta? Potrzebujesz pomocy w rozwiązaniu problemu? Napisz do nas na naszą skrzynkę tutaj.