K-beauty, ajuwerdyjska pielęgnacja, sekrety urody Francuzek i minimalistyczne japońskie rytuały inspirują nas od dawna. Na Instagramie nie brakuje kosmetycznych trendów, które wyzwalają w nas uczucie „muszę to mieć”. Testowanie różnych produktów i gadżetów jest dobre, pod warunkiem, że wiemy, co nam służy i w jakim celu to robimy… Niestety nie zawsze tak jest. Jakie podejście do pielęgnacji mają Polki? Dlaczego dbanie o siebie powinno dotyczyć także naszej głowy i kiedy w końcu wyleczymy się z kompleksów? O to wszystko i o wiele więcej zapytałam Martę Krupińską, która rynek beauty zna od podszewki. Jest dziennikarką, przez wiele lat była szefową działu urody w magazynie "Elle", a jakiś czas temu wydała książkę "Polish beauty. Przewodnik naturalnego piękna dla Polek" – obowiązkową pozycję dla każdej kobiety. 

Dlaczego zdecydowałaś się napisać Polish beauty. Przewodnik naturalnego piękna dla Polek?

Zdecydowałam się napisać tę książkę, dlatego że jako dziennikarka pracująca w branży beauty, coraz częściej stykałam się z lekarzami, kosmetologami i różnymi ekspertami, którzy mówili o negatywnym wpływie popularnej u nas koreańskiej pielęgnacji. Okazało się, że bardzo wiele kobiet w Polsce nie powinno używać koreańskich produktów, ponieważ wywołują u nich reakcje alergiczne. Dlaczego? Przez to, że te kosmetyki są instagramowalne, bąbelkowe, musujące, pachnące, kolorowe i mają dużo innych bajerów. A to niestety oznacza, że są napakowane chemią. I to mnie zaciekawiło. Tak się składa, że jesteśmy podatni na wszystko co zagraniczne. Pojawiło się dużo międzynarodowych trendów, z jednej strony właśnie k-beauty, z drugiej j-beauty (japońska pielęgnacja – przyp. red.) – trochę inna, bo bardziej minimalistyczna. Jeszcze z innej strony aussie beauty, czyli australijska pielęgnacja głównie włosów, ale też samoopalacze, kolejny trend to dbanie o siebie w stylu Francuzek. Nagle pomyślałam, że dlaczego by nie zainicjować trendu na p-beauty, czyli polish beauty. Mamy super marki. 3 lata temu pojechałam do Hong Kongu na targi kosmetyczne na zaproszenie Glov i byłam pod ogromnym wrażeniem polskiej reprezentacji, zwłaszcza jeśli chodzi o kosmetyki naturalne. Było tam mnóstwo polskich marek, m.in. Nacomi i BodyBoom. Przyszło mi wtedy na myśl, że polskie kosmetyki mogłyby być naszym towarem eksportowym, zresztą trochę już nim są.

Punktem wyjścia do napisania tej książki było więc to, że my jako konsumenci ulegamy wszystkiemu co zagraniczne, a jednak głównie służy nam to co lokalne. To jest trochę tak jak z dietą. Mówi się, żeby korzystać z tego, co mamy pod ręką, czyli jeść np. kiszonki. Powinniśmy też skupić się na indywidualnych potrzebach. Dlaczego koreańskie kosmetyki nie zawsze są dla nas dobre? Ponieważ Koreanki mają zupełnie inną skórę, która jest gruba i porowata, a my Słowianki mamy cienką, płytko unaczynioną skórę. Dlatego nasze potrzeby są inne. Nie jestem przeciwniczką k-beauty, wręcz przeciwnie. Chodzi mi tylko o to, żeby wybrać kroki, które są dla nas dobre. To, co warto wziąć sobie do serca, to trzy punkty: złuszczanie, demakijaż i ochrona przeciwsłoneczna – absolutną podstawę, o której powie nam każda ekspertka. Jeśli nie oczyścimy głęboko skóry, żadne, nawet najdroższe kosmetyki nie zadziałają tak, jak powinny.

Bo o co w ogóle chodzi w pielęgnacji? O to, żeby najpierw stworzyć podstawę, czyli dobry preparat do oczyszczania i demakijażu twarzy, peeling dopasowany do potrzeb skóry i kosmetyk z ochroną przeciwsłoneczną oraz produkt nawilżający. Dopiero potem, kiedy mamy już punkt wyjścia, możemy tworzyć kolejne poziomy. Ostatnio bardzo wiele mówi się o tonizacji twarzy, co również jest ważnym aspektem codziennej pielęgnacji, ale musimy pamiętać, żeby dobrać tonik odpowiadający naszemu typowi cery. Bardzo fajną alternatywą są hydrolaty, które ja osobiście pokochałam. Trochę metodą prób i błędów musimy odkryć, co jest dla nas najlepsze.

Mam wrażenie, że mamy już za sobą etap zachwycania się koreańską pielęgnacją, czerpania garściami inspiracji z Australijek w kwestii dbania o siebie i podziwiania nonszalanckich Francuzek. W dużej mierze przyczyniły się do tego media społecznościowe, które co chwilę lansują nowe urodowe trendy. Wydaje mi się, że jesteśmy tym trochę zmęczone.

Zdecydowanie tak. Głównie dlatego, że jesteśmy coraz bardziej świadome. Obecnie panuje trend na lokalność i bycie eko, bliżej natury, co na pewno przyczyniło się do tego, że chętniej sięgamy po polskie marki. Nie bez wpływu pozostaje pandemia koronawirusa, która również zmieniła nasze podejście do konsumpcjonizmu. Kupujemy u polskich marek, bo z jednej strony chcemy je wspierać, z drugiej strony z powodu pragmatycznego podejścia, skróconego czasu dostawy itd. Poza tym skupiamy się również na tym, czego potrzebuje nasza skóra i przykładamy do tego większą wagę. Nie dajemy wciskać sobie kitu i wiemy również, że jeśli coś sprawdza się u koleżanki, to nie znaczy, że zadziała w naszym przypadku. Mamy spersonalizowane podejście do pielęgnacji i to jest również zasługa mediów społecznościowych, forów internetowych, grup na Facebooku, np. Włosing i twarzing. To są ogromne kopalnie wiedzy. Podoba mi się, że dzięki temu mamy miejsce, gdzie prowadzimy dyskusje, wymieniamy się obserwacjami i rekomendacjami.

Kolejnym powodem skłaniania się w stronę pielęgnacyjnego minimalizmu jest to, że jesteśmy przeładowane i przebodźcowane nadmiarem trendów. Od czego zaczyna się minimalizm? Właśnie od tego, że najpierw pozbywamy się niektórych zbędnych rzeczy, a następnie tworzymy bazę produktów i okazuje się, że to nam wystarczy. Zdałyśmy sobie sprawę, że nie potrzebujemy ogromnej ilości kosmetyków.

Jak w takim razie wygląda pielęgnacja po polsku? 

Znakiem rozpoznawczym Polek jest to, że lubimy być zadbane i to jest super. Ale dbamy głównie o to, co widać, a często zapominamy o pielęgnacji, która jest podstawą dobrego makijażu. Dużo inwestujemy w to, jak wyglądamy i lubimy zabiegi, w tym zabiegi medycyny estetycznej i lubimy chodzić do kosmetyczki. Najważniejsze jest to, żeby wszystko robić z umiarem. Tutaj akurat jednej rzeczy na pewno mogłybyśmy nauczyć się od Francuzek. One również kochają zabiegi medycyny estetycznej, ale nigdy nie zmienią swoich znaków rozpoznawczych. To znaczy nie usuną pieprzyka, nie poprawią sobie diastemy – ze wszystkiego potrafią zrobić znak firmowy i przekuć to w atut. My lubimy się do kogoś upodabniać i to jest fajne, że czerpiemy inspiracje, tylko dlaczego tak bardzo chcemy się zmieniać? Jeżeli to wynika z naszych kompleksów, a Polki niestety wciąż mają ich sporo, to powinniśmy zacząć od pracy nad tą kwestią. Nie umiemy przyjmować komplementów, nie prawimy ich sobie nawzajem. Jesteśmy też nauczone skromności, a w ogóle gdy ktoś ci mówi, że ładnie wyglądasz, to na pewno czegoś od ciebie chce. Te wszystkie czynniki składają się na to, że czujemy się ze swoją urodą niepewnie. Dlatego fajnie by było, gdybyśmy nauczyły się przyjmować komplementy i w nie uwierzyły.

Jako Polki jesteśmy zadbane, ogarnięte i to nie jest tylko kwestia tego, jak wyglądamy, a trochę blokują nas te kompleksy, trochę też wychowanie i stereotypy. Manifest książki Polish Beauty to hasło „bądź dla siebie dobra”.

Bardzo podoba mi się Twoje „10 kroków do piękna”, zamykające książkę. Nie są to jednak typowo pielęgnacyjne rytuały, ale proste rady, jak dbać o siebie kompleksowo, nie tylko z zewnątrz. I w sumie bardziej te kroki dotyczą spokoju psychicznego i wyciszenia, zadbania o swoją głowę. Obawiam się niestety, że to jest coś, czego wciąż się uczymy, a czasami nawet bagatelizujemy.

Absolutnie tak. Z jednej strony te kroki mogą wydawać się banalne. Niby każdy wie, że należy dbać o głowę, ale wszyscy o tym zapominają. Niektórzy mogą powiedzieć, że to nic odkrywczego: trzeba spać, jeść zdrowo i uśmiechać się. Ale to jak wyglądamy, jest sumą wielu aspektów i tego, jaki tryb życia prowadzimy. Oczywiście, gdy ma się 20 lat, można mniej spać i prowadzić bardziej rockandrollowy tryb życia. Sama się o tym przekonałam, ale po trzydziestce zorientowałam się, że już mi to po prostu nie służy. To wszystko odbija się zarówno na samopoczuciu, jak i na zdrowiu, i na wyglądzie również. Chodzi o cały wellbeing. My jako Polki bardzo o siebie dbamy, o to co widać. Ale fajnie by było, żebyśmy również zatroszczyły się o to, co wewnątrz: co jest w naszej głowie, w naszym ciele. Zupełnie inaczej jest, gdy myślimy o sobie z czułością – to po prostu widać. Osoby, które się uśmiechają, są bardziej lubiane, ale też uważane za bardziej atrakcyjne. Nic tak nie dodaje uroku i nie odejmuje lat jak szczery, naturalny uśmiech. Kompleksowe dbanie o siebie powinno dawać nam frajdę i nie powinno być obowiązkiem, a chwilą wytchnienia.

Kolejnym bardzo modnym trendem w ostatnim czasie jest domowe spa. Fajnie by było, gdyby każda z nas potrafiła wyłuskać z tego coś dla siebie, bo nie wszystkim przecież sprawia przyjemność masaż rollerem z kwarcu. 

Powiem szczerze, że ja również jestem posiadaczką rollerów i rzadko ich używam. Zdecydowanie bardziej wolę oklepywać twarz, ale oczywiście nie demonizuję gadżetów. Chodzi mi o to, że nie ma sensu podchodzić do tego w sposób: „widziałam to Instagramie, to jest modne, więc też muszę to robić”. Trzeba dobrać te rytuały do siebie, do swoich potrzeb i do swoich upodobań. Ja na przykład zwracam ogromną uwagę na zapachy i nawet najlepszy produkt, jeśli brzydko pachnie, po prostu mi nie pasuje i nie będę go używać.

Korzystajmy z tego, że na rynku jest ogromny wybór produktów i dostęp do wszystkiego, te kosmetyki wcale nie muszą być drogie. Mamy polskie marki, które oferują świetne, proste składy za naprawdę niewielką cenę. Warto nauczyć się czytać składy i wiedzieć, że np. aktywne składniki powinny być wymienione bliżej początku listy. Jest kilka złotych zasad, z którymi warto się zapoznać. Ja na pewno rekomendowałabym przykładać większą wagę właśnie do listy składników, aniżeli do marketingu czy do tego, kto dany produkt polecał na Instagramie. Trzeba jednak w tym wszystkim zachować równowagę. Wiadomo, że kiedy dany produkt bardzo mocno pachnie, to jest to sztuczny zapach. Nie ma np. czegoś takiego jak olejek bananowy. Ale jeżeli kosmetyk z tą sztuczną substancją mi się podoba i co więcej dobrze mi służy, to też bym z niego nie rezygnowała.

Wspomniałaś o marketingu koncernów kosmetycznych. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że rynek kosmetyczny jest ogromny i w grę wchodzą gigantyczne pieniądze. Zauważyłam jednak, że marki muszą bardzo uważać na komunikację, ponieważ klienci natychmiast weryfikują, gdy – mówiąc kolokwialnie – próbuje im się wcisnąć kit. Istnieje kilka brandów, które aspirują do bycia eko i tak się pozycjonują, jednak w rzeczywistości nie mają z tym wiele wspólnego.

To prawda,  w obecnych czasach bardzo szybko to weryfikujemy i nie dajemy się jako klienci nabrać na pewne zabiegi marketingowe. Wiemy, że np. zielony listek na opakowaniu nie gwarantuje ekologicznego pochodzenia, a „wegański” to nie to samo co „naturalny”. Wegańskie kosmetyki mogą mieć w sobie bardzo dużo chemii. Ale wszystko jest kwestią tego, czego szukamy i na co zwracamy uwagę. Im bardziej wchodzi się w ten temat, tym więcej pojawia się niuansów. Mamy zjawisko greenwashingu: bardzo wiele marek chętnie identyfikuje się z byciem eko, ale w większości przypadków coś tam po prostu nie gra. Kiedy ja zaczęłam wchodzić w ten temat, zwłaszcza w kwestię zakazanych składników, to przyprawiło mnie to o dużą frustrację. Dlaczego? Jest bardzo wiele szkół. Niektórzy twierdzą, że nie można używać żadnych pochodnych ropy naftowej, olejów mineralnych, parafiny. Ale to są składniki, które powszechnie występują w kosmetykach. Ja osobiście uważam, że jeśli od czasu do czasu użyjemy kosmetyku z parafiną, to nic się nie stanie. Jeżeli ktoś ma np. atopowe zapalenie skóry, to parafina może być dla niego zbawienna – stworzy mu ochronną okluzję na ciele. Teraz pewnie eko-ortodoskyjne maniaczki zbuntują się i powiedzą, że to bzdura. Chodzi mi po prostu o to, żeby w tym wszystkim zachować swój rozum, bo łatwo można się pogubić.

Na polskim rynku istnieje bardzo dużo rodzimych marek kosmetycznych, które w swojej ofercie mają naprawdę jakościowe produkty, które powstały w małych manufakturach i są zrobione z najwyższej jakości ekologicznych składników. Czy uważasz, że polskie marki kosmetyczne mają szansę zaistnieć na światowym rynku? 

Myślę, że tak i mam taką nadzieję. Wiadomo, że pandemia na pewno pokrzyżowała wiele planów. Wydaje mi się, że w przyszłości polskie marki mają szansę zaistnieć na zagranicznych rynkach. Już 3 lata temu widziałam mnóstwo polskich marek na targach w Hong Kongu i budziły one naprawdę duże zainteresowanie. Nasze brandy nie mają powodów do żadnych kompleksów wobec marek z innych krajów. Mają świetne składy i doskonałych technologów, wszystko jest na wysokim poziomie. Od procesu formulacji, przez proces produkcji, po opakowania, design i marketing. Coraz więcej polskich marek kosmetycznych jest już docenianych za granicą, choćby Glov, Yope, Miya, Alba1913. Mam nadzieję, że wszystko będzie szło w tę stronę, bo wygląda to bardzo obiecująco.