Angelika Kucińska: Popkulturowe fenomeny typu „Black Mirror” czy „Westworld” pokazują, że mroczne wizje przyszłości bardzo nas kręcą.

Marta Niedźwiecka: I zawsze kręciły. Gra „Cyberpunk” pojawiła się w Polsce w połowie lat 90. i wtedy rokiem wyimaginowanej apokalipsy był rok 2020. Trafili! Jedną z najsłynniejszych dystopii jest „1984” Orwella, książka wydana w 1949 r. Po kryzysach cywilizacyjnych, którymi były wojny światowe, ludzie zaczęli interesować się tworzeniem scenariuszy na „po katastrofie”. Wyobraźnię twórców bardzo nakręcała np. wizja wojny nuklearnej, czyli taka anihilacja ludzkości, która nie trwa latami, a odbywa się nagle, bo ktoś wcisnął przycisk i połowa świata przestaje istnieć. Odbiorcy lubili te opowieści, bo były ekscytujące, ale też oswajały grozę. Pierwszym ważnym przykładem dystopijnego materiału o końcu świata było słuchowisko radiowe Orsona Wellsa „Wojna światów”, w trakcie którego Wells odgrywał inwazję kosmitów. To było tak sugestywne, że ludzie w panice wybiegali w domów. Temat końca świata oswajamy przecież na różne sposoby od bardzo dawna, w każdej epoce wymyślaliśmy jakieś ponure scenariusze. A dziś, w świecie na krawędzi, apokalipsa to w zasadzie temat obowiązkowy. Rozwój technologii nas przeraża, kryzys klimatyczny też, potrzebujemy bezpiecznej przestrzeni, w której można ten lęk oswoić.

Wcześniej dystopia była reakcją na utopię. Obie koncepcje funkcjonowały w kulturze w zasadzie równolegle. A teraz jest tylko dystopia. Bo miło już nie będzie?

Utopia pojawiła się najpierw w traktacie filozoficznym Thomasa Morusa, który opisywał wyspę o idealnym ustroju, o tej właśnie nazwie. Od tamtej pory używamy utopii jako określenia dla świata, który jest doskonale skonstruowany. Utopia w traktacie Morusa była wyspą szczęśliwości, ponieważ wszystko tam dobrze działało. Władcy rządzili w oświecony sposób, lud pracował, nad tym wszystkim unosiła się jutrzenka nauki i rozwoju technologicznego, a jagnię mogło leżeć przy ruczaju obok lwa i szumiały nad nimi drzewa. Utopia to kraina, w której cała mądrość ludzkości została użyta do zbudowania idealnego świata. W XVII w. takie marzenie miało jeszcze ręce i nogi, ale potem sprawa się rypła. Okazało się, że wcale nie jest tak, że im więcej wiemy, tym lepszy świat budujemy. Przeciwnie: im więcej wiemy i im jesteśmy potężniejsi, tym gorszy świat nam wychodzi. Dlatego dziś utopia może funkcjonować w kreskówce dla dzieci i też nie mam pewności, czy dzieci się nabiorą. Duzi za to na pewno nie uwierzą już w utopię, bo udowodniliśmy sobie, że potrafimy wszystko zepsuć, więc idealny świat jest nieosiągalny. 

I snujemy opowieści o tym mrocznym i nieidealnym, żeby się go mniej bać?

Dystopijna popkultura oswaja lęki, ale też nas nakręca. Pamiętasz strach przed pluskwą milenijną? W noc sylwestrową 2000 r. na całym świecie miały wysiąść wszystkie komputery. Zawsze schyłek wieków podkręca lęki i owocuje fantazjami. W średniowieczu były to przepowiednie o końcu świata, których już miało być kilka. Zaś w erze technologii o końcu komputerów. Od dwutysięcznego roku gwałtowny postęp technologiczny zintensyfikował nasze zainteresowanie dystopią, bo zdajemy sobie sprawę z zagrożeń, jakie nam niesie rozwój. „Black Mirror” jest takim przykładem historii, w której to, co się już dzieje w realnym świecie albo jest potencjalnie możliwe, jest domyślane do absurdalnego końca. Aby np. pokazać, jak wygląda świat, w którym żona może zamówić klon zmarłego męża i trzymać go na strychu. Całe to oswajanie lęków nie jest nowe, tylko że kilkaset lat temu miało służyć nawróceniu i zmianie postaw na lepsze.  

Właśnie, opowiadamy sobie te historie ku przestrodze? 

Kiedyś tak. Nawet „Terminator” jest jeszcze trochę opowieścią ku przestrodze, bo jest o tym, że człowiek wymyśla maszyny, które go kiedyś pokonają. Dziś coraz mniej wierzymy, że jesteśmy naprawialni, więc dominuje czarnowidztwo. Coraz mniej jest historii o tym, że możemy jeszcze coś ze sobą zrobić, zapobiec apokalipsie. Apokalipsa już się dzieje, siedzimy w środku i jedyne co możemy, to redukować swój lęk poznawczy i emocjonalny. 

Przegadajmy kilka głównych wątków przewijających się przez popkulturę o apokalipsie. Dla mnie wizja świata, w której technologia jest tak rozwinięta, że człowiek nic nie musi, jest marzeniem o tym, że rzeczy robią się same. Smart domy, samochody, które nie potrzebują kierowców, algorytmy łączące ludzi w idealne związki, nad którymi nie trzeba pracować. Życie bez wysiłku. Też to widzisz?

Tak, dla mnie to jest opowieść o bezradności. Ludzkość się tak rozleniwia, że nie jest w stanie przeciwdziałać zagrożeniom. Jeśli wszystko robi za ciebie technologia, to ty już bez Google’a drogi nie znajdziesz, a bez Siri nie zamówisz jedzenia. Jesteś tak niedołężny życiowo, że bez specjalnych zabiegów przybysz z kosmosu może cię wywieźć w pudełku, żeby badać, jak ewolucja może działać do tyłu. 

Drugi wątek. W ogóle nie nowy, ale niezmiennie działa na wyobraźnię. Mówię oczywiście o buncie maszyn.

Technologia, którą tworzymy, obraca się przeciwko nam. Uważam, że paradoksalnie jest to jeden z ciekawszych tropów w dystopii, bo faktycznie tworzymy technologię bezrefleksyjnie. Człowiek jako istota niezwykle ułomna i uprzedzona powinien rozumieć, że technologia, którą tworzy, też będzie naznaczona jego ułomnościami. Nie widzę tego wątku jako dosłownego buntu maszyn, androidów z „Blade Runnera” czy maszyn z „Terminatora”. Bardziej myślę o technologii, która będzie zagrażająca i będzie eliminować ludzi jak Chiński System Oceny Obywateli, czyli technologia zaprzęgnięta do tego, oceniać prowadzenie się obywateli Państwa Środka. Punkty za niebuntowanie się, punkty za płacenie rachunków. To jest scenariusz jak z „Black Mirror”, a dzieje się naprawdę i już teraz. 

Trzeci wątek to przedłużanie sobie życia. O tym jest chociażby „Altered Carbon”. Dlaczego człowiek chce być nieśmiertelny? Przecież to udręka.

Oczywiście, że udręka, ale to wiedzą ludzie, którzy używają rozumu. Reszta chce być jak bogowie – piękna, nieśmiertelna. To jest opowieść o granicy możliwości. Ludzkość zawsze fantazjowała o nieśmiertelności i wiecznej młodości. Bogowie na Olimpie pili ambrozję, dzięki której byli wiecznie młodzi i nieśmiertelni. Mogli wiecznie cieszyć się rozkoszami cudownego stylu życia. Człowiek też by chciał, bo zapomina, że nieskończone cieszenie się jest torturą. Poza tym ten przywilej nie będzie dotyczył wszystkich. We wspomnianym „Altered Carbon” jedynie wąska grupa może przedłużyć sobie życie. A chce je przedłużyć, bo ma władzę, której nie chce oddać. Ich mentalny upadek jest nieunikniony, bo nie cofną się przed niczym, żeby dostać to, co chcą. Dobrze widać, że ta fantazja o wiecznej szczęśliwości była możliwa na Olimpie albo na wyspie Utopie, ale nie w naszym ułomnym społeczeństwie. Boimy się końca, więc wymyślamy historie, w których końca nie ma, w których nie umieramy, pozostajemy w kwiecie wieku. Ta fantazja jest niebezpieczna, bo realizuje się w rozwoju technologii, która pomaga przejąć kontrolę nad procesami biologicznymi. Są już takie projekty w USA, które mają wzmacniać ludzkie ciało przez wszczepianie w nie implantów czy przez wymianę organów. Wymieniasz podzespoły i nie doświadczasz naturalnych procesów biologicznych jak starzenie się. To kolejny wątek, który wybrzmiewa w popkulturze i jednocześnie dzieje się w realu. Możemy fantazjować, do czego doprowadzi. Np. do powstania kasty ludzi, których będzie stać na to, żeby się nie starzeć, podczas gdy reszta będzie chorować i umierać.

Powiedziałyśmy o dystopijnych wizjach z technologią w roli głównej. Nie powiedziałyśmy o jednej bardzo ważnej dystopii, która nie jest o technologii. Może dlatego, że dziś „Opowieści Podręcznej” nikt nie traktuje jako dystopii.

Bo wszyscy widzą, że to realne. Tendencjom progresywnym, liberalizującym zawsze odpowiada kontrreakcja, zwrot w stronę fundamentalizmu i ortodoksji. Na prawach mniejszości i kobiet to się robi niemal bezboleśnie, bo kogo obchodzą mniejszości i kobiety. Książka „Opowieść Podręcznej” Margaret Atwood ukazała się w Polsce na początku lat 90. Pamiętam, że wtedy ta historia była niewyobrażalna. Czytałam to i myślałam „Ale ta Atwood to wymyśliła!”. Ale ona tego nie wymyśliła, jest bardzo mądrą kobietą i dostrzegając pewne potencjalności w dziejach naszej kultury zapytała, co by było, gdyby te procesy mogły rozwinąć się bez przeszkód. I z tego powstał Gilead. Zwróć uwagę, że w ostatnich latach nie powstawały znane filmy i książki o świecie po wybuchu nuklearnym, tak jak to miało miejsce w czasach zimnej wojny. Jednak za chwilę znowu zaczną powstawać, bo parę państw zaczyna się zbroić i mają w poważaniu instytucje, które mają regulować korzystanie z potencjału nuklearnego. W Pakistanie doktryna wojenna zezwala oficerom skorzystać z broni nuklearnej na polu bitwy, nie są do tego potrzebne uchwały, rada państwa i prezydent ze specjalną teczką, który wędruje korytarzami do bunkra. Iran zwiększył swój potencjał nuklearny. Korea Północna jest dawno poza zasięgiem jakiejkolwiek kontroli. Państwa zbroją się, bo zbroją się ich sąsiedzi, więc oni chcą utrzymać równowagę sił. Poczekajmy i zobaczymy wysyp opowieści o świecie po wybuchu nuklearnym. 

Jest jakiś seks w tych mrocznych wizjach przyszłości?

Jest, taki, jaki potrafimy sobie wymyślić. Czyli albo dostajemy opowieść o epickiej samotności jednostki, która zakochuje się w androidzie, byleby się zakochać. Albo dostajemy opowieści o cyberseksie w różnych formach. O seksie z androidami, o seksie z wykorzystaniem technologicznych końcówek, które podkręcają wrażenia. Mamy też opowieści o wszystkich patologiach świata, o wykorzystywaniu ludzi do seksu, niezależnie do tego, czy się na niego zgadzają. W tych historiach istnieją klasy ludzi tak potężnych, że mogą używać innych do swoich celów. Ciekawą dystopią jest „Westworld”. Serial o tematycznym parku rozrywki, taki wewnętrznym świecie skonstruowanym po to, by człowiek mógł dać upust swoim morderczym, przemocowym instynktom. Może zabijać, może gwałcić, może wszystko, czego nie wolno normalnie. 

Sam mrok.

Bo z utopią, jak już powiedziałyśmy, jest dziś kiepsko. Chociaż warto powiedzieć o wątku, w którym dystopia spotyka się z utopią. Tu przykładem jest „Avatar”. Film o tym, że gdzieś istnieje idealny świat, ale wkracza dystopia w postaci złych, ludzi i go niszczy. „Avatar” jest epicką opowieścią o zwykłości zła, które w nas mieszka. Gdzie nie poleziemy, to wszystko zniszczymy. Jak wirus.

Czyli z naszej rozmowy płynie taki wniosek, że najgorszym wynalazkiem w historii świata jest człowiek.

Absolutnie. Nawet gdy się pojawia taka Ripley z „Obcego”, to wiemy, że to jest bardziej ostatnia sprawiedliwa niż wiarygodna reprezentantka ludzkości. Ludzkość nie jest jak Ripley.