Freud, Kinsey, Masters i Johnson (Virginia Johnson, kobieta!). I długo, długo nikt. Choć Zbigniew Lew-Starowicz pisze w jednym ze swoich artykułów, że od lat 80. XX w. jesteśmy świadkami bardzo dynamicznego rozwoju badań nad seksualnością kobiet i mężczyzn, to jednak wciąż wiele pozostaje do zbadania. Teorie Freuda czy Kinseya wrosły w popkulturę. O ile Kinsey kierował się mniej bądź bardziej wiarygodnymi, ale jednak wynikami badań, o tyle Freud wymyślał naprawdę szkodliwe tezy. Jak ta, że orgazm przeżywany dzięki stymulacji łechtaczki jest niedojrzały. Albo ta, że kobiety są zazdrosne o penisy…

Seksizm w… seksuologii

Zwłaszcza kobieca seksualność nieszczególnie interesowała badaczy intymności. Patriarchat zawsze widział nas jako gorsze, wybrakowane, bo bez penisów, skomplikowane, nieczyste, odstraszające. W końcu skądś wzięła się idea vagina dentata – zębatej, krwiożerczej waginy. Co więcej, jeśli coś w naszych ciałach nie odpowiadało mężczyznom, mieli na to prostą radę – ciąć! Wspomniana łechtaczka była dla nich narządem nielogicznym, niezrozumiałym i podejrzewanym o to, że pocierana własnoręcznie przez kobiety może stanowić zagrożenie dla męskiej przyjemności. Łechtaczki więc wycinano, i to na niby światłych europejskich dworach w okresie kultu rozumu.

Potrzeba było setek lat, by nad łechtaczką pochylono się z należną jej uwagą. Narząd zbadano dokładnie rezonansem magnetycznym dopiero w 1998 r.! I okazało się, że nie jest to tylko dwu- czy trzycentymetrowy guziczek, czyli to, co widzimy z zewnątrz. Łechtaczka ma kilkanaście centymetrów i jest sporym narządem wewnątrz ciała uznawanego za kobiece. Za tymi badaniami stała urolożka dr Helen O’Connell. To dzięki Australijce dowiedziałyśmy i dowiedzieliśmy się, jak genialnym narządem jest przez wieki lekceważona łechtaczka, jak bardzo jest unerwiona, duża i jak kluczową odgrywa rolę w seksie, a zwłaszcza w przeżywaniu orgazmów.

Helen O’Connell kontynuuje swoje badania nad clitoris, wykorzystując najnowsze zdobycze technologii. W 2010 r. udało się jej po raz pierwszy wykonać obraz 3D stymulowanej łechtaczki i pokazać jej ponad 15 tys. zakończeń nerwowych! Łechtaczki 3D od kilku lat są stałym elementem zajęć z edukacji seksualnej we francuskich szkołach. Sama O’Connell pojawiła się niedawno w filmie „Łechtaczka, piękna nieznajoma” (co za wymowny tytuł). Opowiada w nim, jak w latach 80., podczas studiów medycznych, odkryła, że w podręcznikach do anatomii nie ma opisu łechtaczki! Za to był cały rozdział o penisie i różnych detalach męskiej seksualności związanej z tym obszarem. Od tej pory O’Connell robi wszystko, by wypełnić lukę – mimo to wciąż nie jest tak wielką gwiazdą seksuologii jak Freud czy Kinsey.

Podniecenie proste nie jest. I dobrze

Kobiecą seksualnością nie zajmowano się w ogóle, a jak już ktoś się zajął, to i tak widział w niej głównie liczne analogie do męskiej seksualności. Celebryci seksuologii William Masters i Virginia Johnson opracowali linearny schemat reakcji seksualnych. I byli bardzo zadowoleni z siebie. Prosty i użyteczny model był chętnie wykorzystywany przez seksuologów i seksuolożki (w końcu XX w. wciąż nieliczne). Niestety o kobiecej seksualności mówił niewiele prawdy. I tu wkracza Rosemary Basson, która zaproponowała model cyrkularny reakcji seksualnych. Według tego modelu dla większości z nas najważniejsze w seksie są satysfakcja (nie mylić z orgazmem), pożądanie i motywacja. Basson nie była pierwszą seksuolożką, która doszła do takich wniosków, ale to jednak ona w 2000 r. stworzyła prosty diagram obrazujący schemat cyrkularny. Dzięki jej pracy choć trochę udało się zawalczyć z mitem, że kobiety są oziębłe, że brak spontanicznego podniecenia u kobiet to dysfunkcja, zaburzenie popędu.

Masters & Johnson – seksualność w blasku fleszy

Trzeba jednak oddać gwiazdom seksuologii, których pracę i życie uwieczniono w serialu „Masters of Sex”, że zrobili coś dobrego dla kobiecej seksualności. To Masters i Johnson ostatecznie obalili mit o wyższości orgazmu pochwowego nad łechtaczkowym. Warto zaznaczyć, że w ogóle od niedawna we współczesnej seksuologii mówi się, że orgazm jest jeden, tyko osiąga się go różnymi drogami. Inna sprawa, że mimo takich śmiałych teorii i zmian w podejściu do seksualności, wciąż stosunki partnerskie, waginalne były premiowane. A William i Virginia pisali w swoich pracach przecież, że zarówno w trakcie współżycia, jak i seksu solo reakcje fizjologiczne są takie same.

Duet badaczy podkreślał, że złożoność kobiecej seksualności to jej atut, że kobiety są zdolne do orgazmów wielokrotnych, a masturbacja to świetny sposób, by orgazm przeżyć. Nic dziwnego, że ich teorie spotkały się z aprobatą środowisk feministycznych. Generalnie działalność Mastersa i Johnson była istotnym ogniwem rewolucji seksualnej i przemian obyczajowych w amerykańskim społeczeństwie od lat 60. do 80. XX wieku.

Prace pary amerykańskich badaczy w latach 1966-2000 stanowiły podstawę normy medycznej w seksuologii, choć głosy krytyczne wobec Mastersa i Johnson pojawiały się już w latach 80. Mówiono chociażby, że grupa badanych przez nich osób nie była reprezentatywna, że promowali heteroseksualny model współżycia czy wszystkie dysfunkcje seksualne traktowali jako problem i to wymagający leczenia.

Raporty z archiwum Kinseya

Przed Mastersem i Johnson badaniem ludzkiej seksualności zajął się biolog Alfred Kinsey. Także gwiazda. W oparciu o jego życiorys powstał film „Kinsey”(2004). Był pierwszym, który przeprowadził badania empiryczne w zakresie ludzkiej seksualności. To on i jego współpracowniczki oraz współpracownicy stwierdzili, że masturbacja jest zjawiskiem powszechnym – masturbuje się 92 proc. mężczyzn i 62 proc. kobiet.

Raport Kinseya z 1948 r. o męskiej seksualności spotkał się z ogromnym uznaniem, a biolog mógł liczyć na fundusze na dalsze badania. Jednak już raport o kobiecej seksualności z 1953 r., pokazujący, że kobiety nie są wcale oziębłe, wierne i święte, wywołał powszechne oburzenie w amerykańskim społeczeństwie. W 1948 r. powstała też słynna sześcio- tudzież ośmiostopniowa skala, wynikająca z przekonania, że podział na osoby hetero- i homoseksualne jest zbyt prosty. Wtedy przełomowa, dziś jest jednak zbyt prosta i niewystarczająca, ponieważ orientacja seksualna każdego człowieka jest unikatowa, może się zmieniać, trudno ją zamknąć w sztywnych ramach.

„Skala Kinseya to był taki zalążek dla całego spektrum kryjącego się za LGBT+. Ale dziś rozumiemy też, że preferencje nie są dane raz na zawsze. Proste skale mogą być pomocne, sprzyjają oswajaniu naszej seksualności, tożsamości seksualnej, jednak seksualność jest bardziej złożona i nie da się jej upchnąć w schemacie, w tabelce” – podkreśla Patrycja Wonatowska z Instytutu Pozytywnej Seksualności.

Czarne plamy na mapie seksualności

Kinsey wraz z zespołem przeprowadził ponad 10 tys. wywiadów z dorosłymi osobami na temat ich życia seksualnego (5300 mężczyzn i 5940 kobiet). Z kolei Masters i Johnson jako pierwsi zbadali zachowania seksualne w laboratorium, opierając się na 10 tys. cykli reakcji seksualnych, badanych elektrodami i przyrządami medycznymi instalowanymi w narządach. Helen O’Connell sięgnęła po rezonans magnetyczny. Wydaje się, że technologia nam sprzyja, że badań nad seksualnością powinno być coraz więcej. Nie ma. Częściej ciekawych odkryć dotyczących seksualności dokonują projektanci gadżetów erotycznych, próbując stworzyć gadżet idealny...

„Wciąż mało wiemy o ludzkiej seksualności” – przyznaje seksuolożka Patrycja Wonatowska. „W zasadzie przerażające jest, że od niedawna znamy budowę fantastycznego organu, który zawsze był obecny w ludzkim ciele, czyli łechtaczki. Bez wątpienia na ten stan rzeczy wpływ miało to, że głównie mężczyźni zajmowali się badaniem seksualności i skupiali się na męskim punkcie widzenia. Oni też ze swoimi spostrzeżeniami mieli siłę przebicia. Weźmy taką Helenę Rubinstein, dziś kojarzącą się z kosmetykami. Przecież w jej salonach odbywały się pierwsze sesje masaży narządów intymnych! A o tym się nie mówi. Sfera kobiecej seksualności bardzo, bardzo długo owiana była tajemnicą. Na badanie kobiecej seksualności nie daje się kasy. Ale dziś bierzemy sprawy w swoje ręce”.

Patrycja Wonatowska podkreśla, że także polityka kraju ma wpływ na to, jakie badania są prowadzone, na co dostaje się granty. U nas seksualność jest obecnie na cenzurowanym. „Spójrzmy na to, co dzieje się w mediach społecznościowych, które są niby postępowymi narzędziami. Ich algorytmy banują nas za użycie słów „seks” czy „okres”, za pokazanie nagiego kobiecego sutka. Dlatego jestem sobie w stanie wyobrazić wiele fantastycznych badań na przykład nad tym, jak reagują poszczególne ośrodki w naszym mózgu podczas masturbacji, ale zdaję sobie sprawę, że tego typu projekt badawczy spotkałby się z oporem, bo przecież nie mamy leku na raka, a tu ktoś chce się pochylać nad tym, co daje nam masturbacja…” – puentuje Patrycja Wonatowska.