Latem 2020 r. światło dzienne ujrzały wyniki badań Europejskiego Centrum Zapobiegania i Kontroli Chorób, które przeprowadzono w 35 demokratycznych i raczej zamożnych krajach (z PKB na średnim lub wysokim poziomie). Miały one na celu przeanalizowanie sytuacji związanej z koronawirusem przez pierwsze miesiące od wybuchu pandemii. Co się okazało? Że wśród dziesięciu państw, w których najlepiej powstrzymywano rozprzestrzenianie się COVID-19 oraz wystąpiła najmniejsza liczba zgonów znalazły się te, gdzie kluczowe funkcje sprawują kobiety. To m.in. Nowa Zelandia, której premierka, 40-letnia Jacinda Ardern nie zwlekała z zamknięciem granic, szkół oraz narodową kwarantanną, a o tym, dlaczego warto zostać w domu, przekonywała za pomocą swojego ulubionego medium, czyli Facebooka, choćby publikując filmiki z hasłami w stylu: „Zostań w domu, ratuj życie” i odpowiadając na pytania. Propagatorką podobnych praktyk była premierka Finlandii Sanna Marin, która swoje stanowisko objęła (w grudniu 2019 r., czyli tuż przed wybuchem pandemii) w wieku zaledwie 34 lat. Nie zwlekała ona z zakazem przemieszczania się, zakazała też podróży do najbardziej zaludnionych, czyli zarazem najbardziej zagrożonych ryzykiem zakażeń Helsinek. Z kolei premierka Norwegii 59-letnia Erna Solberg postawiła m.in. na ogólnodostępne testy oraz naukowców, którym wręcz oddała władzę i pozwoliła na podejmowanie kluczowych decyzji dotyczących bezpieczeństwa obywateli. Jednocześnie nie ukrywała, że strach oraz tęsknota za bliskimi są jej bliskie, a swoimi przemyśleniami dzieliła się nie tylko z dziennikarzami, ale przede wszystkim bezpośrednio z obywatelami, także tymi najmłodszymi.

Efekty nie są przypadkowe. W wymienionych wyżej krajach skandynawskich oraz w Nowej Zelandii kobiety mogą w polityce tyle samo co mężczyźni, gdyż nie ocenia się ich ze względu na płeć, a po prostu rolę, jaką pełnią. Wynika to z kultury politycznej. „Politykę uprawia się tam dużo bardziej koncyliacyjnie i deliberatywnie, czyli dba się o dążenie do osiągnięcia konsensusu, dużo bardziej konsultuje się projekty ustaw, a koalicje tworzone są w oparciu o wspólnotę interesów” – tłumaczy dr hab. Renata Mieńkowska-Norkiene z Katedry Polityk Unii Europejskiej Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Jej zdaniem polityczki takie jak Ardern, Marin, Solberg, a także premierka Danii Mette Frederiksen, premierka Islandii Katrin Jakobsdóttir czy prezydentka Kersti Kaljulaid oraz premierka Kaja Kallas, które rządzą Estonią, to najlepszy przykład tego, co kobiety wnoszą do polityki. „Znacznie lepiej diagnozują problemy społeczne i mają wiedzę, jak te problemy rozwiązać. Poza tym  znacznie częściej orientują się na konkrety, a nie jak mężczyźni na idee. Nie są również tak mocno zorientowane na rywalizację, walkę i nie polaryzują tak mocno stanowisk”tłumaczy dr hab. Mieńkowska-Norkiene. 

Gdybym mogła być mężczyzną jeden dzień…

W państwach, w których rządzą kobiety, warto zwrócić uwagę nie tylko na ich poparcie, ale również na to, jak są one przedstawiane przez media i odbierane przez opinię publiczną. Cechy typowo kobiece, jak np. opiekuńczość, są ich atrybutem, a nie czymś, co im szkodzi. Polityczki na wysokich stanowiskach lubią pokazywać się na okładkach kobiecych magazynów, opowiadać o swojej rodzinie, macierzyństwie. Nie traktują tego jako czegoś, co im uwłacza. Zupełnie inaczej jest w krajach bardziej konserwatywnych, gdzie ważną rolę odgrywa kościół, czyli m.in. w Grecji, Bułgarii czy w Polsce. Dr hab. Renata Mieńkowska-Norkiene przytacza tutaj bardzo ciekawe wyniki badań sporządzonych przez Eurobarometr i Europejski Instytut ds. Równości Kobiet i Mężczyzn, z których wynika, że w tych państwach zdaniem opinii publicznej kobieta powinna przede wszystkim pielęgnować ognisko domowe, a nie skupiać się na własnym rozwoju i karierze. A co, jeśli chce wejść do polityki? Najlepiej, aby była w stanie upodobnić się do mężczyzny. Czytaj: ma mieć to, co stereotypowo jest uważane za męskie i te cechy eksponować w mediach. 

Kolejna sprawa, to poparcie. Męskie oczywiście. I tutaj ponownie Polska jest świetnym przykładem kraju, gdzie kobiety, które w swojej karierze politycznej zaszły dość wysoko, jak choćby premierki Ewa Kopacz czy Beata Szydło, miały duże poparcie, wręcz namaszczenie ze strony wpływowych polityków. Pierwsza – Donalda Tuska, a druga – Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego kiedy pytam politolożkę Renatę Mieńkowską-Norkiene, czy aktualnie rekordowa w polskiej historii liczba kobiet w Sejmie jest światłem w tunelu, nadzieją, że tych kobiet będzie coraz więcej, wykładowczyni Uniwersytetu Warszawskiego studzi nieco moje emocje i zwraca uwagę na to, ile tych kobiet mamy obecnie w rządzie, kto sprawił, że się tam znalazły i jaką funkcję pełnią – jedyną ministrą jest obecnie Marlena Maląg, stojąca na czele Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Mieńkowska-Norkiene zauważa jednak w tej poselskiej reprezentacji spory potencjał, wymieniając choćby nazwisko Magdaleny Biejat, posłanki Lewicy wywodzącej się z partii Razem. 

„Żeby ludzie oswoili się z widokiem kobiet polityczek, musi ich być po prostu więcej. I to na wszystkich szczeblach władzy”

Jak sama żartuje, Biejat zdecydowała się kandydować do Sejmu, „żeby wreszcie mieć na kogo głosować”. „Ale poważnie mówiąc, mieszkałam w różnych krajach i widzę, jak różni się poziom życia, poziom bezpieczeństwa w Polsce i w reszcie Europy. Ta różnica nie wynika z jakiejś cywilizacyjnej przepaści. To kwestia podejścia – mówi. „Chciałabym, żeby każdy w Polsce miał dostęp do dobrej szkoły, dobrej opieki medycznej, mógł liczyć na dobrą pracę i dostępne mieszkanie. A na takim lokalnym poziomie, żebyśmy żyli w zadbanym otoczeniu, z równymi chodnikami, przestrzenią przystosowaną również dla osób poruszających się na wózkach lub z wózkami, z bezpiecznymi przejściami dla pieszych, z parkami. Jestem przekonana, że jeśli te potrzeby będą zaspokojone, to też ludzie nie będą mieli problemu z płaceniem podatków, które to sfinansują” – dodaje. Jako jedną ze swoich idolek wymienia wspomnianą Jacindę Arden, premierkę Nowej Zelandii, a także amerykańską polityczkę Stacey Abrams. „Wykonała tytaniczną pracę w stanie Georgia na rzecz wykluczonych obywatelek i obywateli, którzy mieli utrudniony dostęp do amerykańskiego systemu wyborczego. Zajęło jej to dziesięć lat, ale udało jej się odzyskać Georgię dla Demokratów w ostatnich wyborach prezydenckich. Bardzo podziwiam jej ogromną, konsekwentną pracę na rzecz osób wykluczonych przez system” – mówi Biejat.

Zdaniem posłanki Lewicy kobiet powinno być więcej w polityce, bo „twardo stąpają po ziemi i rzadziej uciekają w kwieciste mowy i frazesy”, a oprócz tego „automatycznie myślą o tym, jak dane prawo wpłynie na codzienne życie”. Pytam Magdalenę Biejat, jakie cechy, które pomagają jej odnaleźć się w świecie polityki, ceni w sobie najbardziej. „Na pewno upór i determinację w dążeniu do celu. To dzięki nim udało mi się doprowadzić do przyjęcia przez aklamację uchwały upamiętniającej Jolantę Brzeską i lokatorów poszkodowanych przez reprywatyzację. Zresztą z takim samym uporem walczyłam na tym samym posiedzeniu Sejmu o włączenie pod obrady naszej Ustawy Ratunkowej. To ustawa, która znosi kary więzienia dla tych osób, które pomogą kobiecie w przerwaniu ciąży. W obawie przed tymi karami lekarze boją się dziś pomagać kobietom, których zdrowie i życie jest zagrożone, jeśli zmusi się je do donoszenia ciąży. Niestety większość posłów zagłosowała przeciwko mojemu wnioskowi, ale na pewno się nie poddam i wierzę, że w końcu uda nam się tę ustawę uchwalić”.

Magdalena Biejat zdaje sobie sprawę z tego, że w Polsce polityczki ciągle ocenia się nie za ich  a wygląd i wątpi się, czy są dobrymi partnerkami czy matkami, skoro tyle czasu i energii poświęcają na sprawy publiczne. „Żeby ludzie oswoili się z widokiem kobiet polityczek, musi ich być po prostu więcej i to na wszystkich szczeblach władzy. Dlatego powtarzamy wciąż do znudzenia, że potrzebne są parytety i suwak na listach wyborczych, parytety w zarządach spółek skarbu państwa”– podkreśla Biejat. 

Dziadersi muszą odejść 

Problem list wyborczych, a konkretnie miejsc kobiet na tych listach dostrzega także dr hab. Renata Mieńkowska-Norkiene. „O tym, kto ma jakie miejsce na liście, decydują mężczyźni. To powoduje, że sami wspierają innych mężczyzn. Kobiety natomiast powinny co najwyżej wspierać ich w działalności politycznej. Najlepiej zostając w domu” – mówi. Te gorzkie słowa ekspertki znajdują potwierdzenie w rzeczywistości. Jednym z przykładów może być kandydatura Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na prezydenta. Jako kandydatka Koalicji Obywatelskiej początkowo miała być szansą – jak głosiło jej hasło wyborcze – na „pewną przyszłość”. Ale kiedy jej notowania w sondażach leciały na łeb na szyję, została „wymieniona" na Rafała Trzaskowskiego. Jakże smutny był to widok, kiedy ogłaszając swoją decyzję o rezygnacji z dalszego udziału w wyborach, wicemarszałkini występowała zupełnie sama, tłumacząc to potem argumentem, że brak obecności sztabu podczas tego wydarzenia był oczywiście jej decyzją. 

Moja rozmówczyni uważa, że sytuacja kobiet w polskiej polityce nie ulegnie większej zmianie, dopóki przy władzy będzie konserwatywne i antykobiece Prawo i Sprawiedliwość, ale w kluczowej opozycyjnej partii, czyli Platformie Obywatelskiej również musi zmienić się skład, ponieważ członkowie ugrupowania są o wiele bardziej konserwatywni niż ich elektorat. Innym problemem jest z kolei kobieca reprezentacja, na którą ten elektorat mógłby zagłosować. Zdaniem dr hab. Renaty Mieńkowskiej-Norkiene kobiety w polskiej polityce można podzielić na dwie grupy. Młode, mające dużo do powiedzenia, ale dopiero zbierające doświadczenie oraz te starsze, mające już dorosłe dzieci i mogące liczyć na poparcie mężczyzn z ich partii, co siłą rzeczy sprawia, że same zdążyły nabyć cechy dziadersów. Tym mianem określa się dziś przede wszystkim (ale nie tylko) mężczyznę o mocno przestarzałych wyobrażeniach o roli kobiety, przekonanego o swojej nieomylności praktycznie w każdym temacie i niechętnego do jakiejkolwiek polemiki. Ten wyraźny podział i protekcjonalne traktowanie kobiet sprawia, że Polki mają słuszne poczucie braku złotego środka, czyli kogoś wpływowego, a zarazem z potencjałem, kto mógłby godnie reprezentować ich interesy. 

To może ktoś ze środowiska Ogólnopolskiego Strajku Kobiet? Działaczki OSK już pokazały, że następuje właśnie pokoleniowa, mentalna i kulturowa zmiana. Muszą jeszcze tylko przekuć swój gniew, z którym kobiety wychodzą na ulice, w kapitał polityczny. Lewica? Najnowsze wyniki badań CBOS pokazują, że lewicowe sympatie wśród młodych Polek zdecydowanie rosną. Z lewicowymi poglądami utożsamia się aż 40 proc. z nich. Dane te dotyczą 2020 r. i jest to najwyższy wynik w historii oraz skok o ponad 20 punktów procentowych w stosunku do roku ubiegłego.