Pocieszę cię: nawet jeśli zdarzy ci się wyrzucić słoik do zwykłego kosza, nie przyjedzie po ciebie ekopolicja. Ekologia nie sprowadza się też do nieużywania plastikowych słomek. To coś dużo bardziej obszernego – myślenie o zasobach, kierowanie się na co dzień zdrowym rozsądkiem, optymalizacja wyborów. Nie wszystko spoczywa na twoich barkach i od jednego plastikowego kubka system się nie zawali. Nie można przerzucać całej odpowiedzialności na biednego konsumenta, należy za to wprowadzać rozwiązania systemowe, tak byśmy dokonywali wyborów portfelem. I to naprawdę powinno wystarczyć. A ekologicznych nawyków możemy się powoli (i popełniając błędy) nauczyć.

Pomyśleć, że niektórzy (np. ja) wychowali się w czasach, kiedy puste butelki zostawiało się pod drzwiami, aby rano znaleźć je napełnione mlekiem (ideał recyklingu?). Kiedy do sklepu zasuwało się z dzierganymi na szydełku siatami, a pierwsze plastikowe torby z logo Boss lub Aldi nosiło się dumnie zamiast torebki. W tamtym świecie puszki po piwie nie wymagały złomowania, bo lądowały jako upragniona części kolekcji na meblościankach w pokojach nastolatków, a do picia mieliśmy kompot i herbatę. Nie było plastiku, nie było dylematów. Ale zamiast wzdychać, że kiedyś to były czasy, a teraz ich nie ma, trzeba próbować wybrnąć z kryzysowej sytuacji. Wygodne życie przyniosło ze sobą wiele radości. Miło jest posiedzieć w klimatyzowanym pomieszczeniu, gdy na zewnątrz upał, polecieć na wakacje, kupić kawkę i snuć się z nią po mieście. Za te wygody trzeba zapłacić minimalną przyzwoitością – segregować odpady, sprzątać po sobie. Ale i to niektórym przychodzi z trudnością. W jakie pułapki wpadamy najczęściej?

Tzw. żyćko, czyli o czym zapominamy, a czego nam się zwyczajnie nie chce

Spróbuj usiąść i się zastanowić, kiedy ostatnio chciałaś zrobić coś jak należy, ale ups, nie wyszło. Ja za każdym razem, jadąc do sklepu, zapominałam wielorazowych siatek. I co z tego, że mam ich pokaźną kolekcję, kiedy zawsze wychodziłam z supermarketu z owocami pakowanymi w plastiki i z wyrzutami sumienia jak stąd do Madagaskaru. Oczywiście obiecywałam sobie, że to ostatni raz. W końcu wpadłam na sprytny pomysł i spakowałam wielorazowe torby do samochodu, żeby zawsze tam były. Ile zajęło mi rozwiązanie problemu? Wstyd, ale rok.

Zakupy to generalnie wyzwanie. Jeśli w tych przez Internet zaznaczymy w formularzu, że nie chcemy, aby wybrane przez nas produkty zostały zapakowane w siatki plastikowe, tylko w papierowe, dostajemy zakupy w papierze, ale w środku np. mięso w foliowych reklamóweczkach. Nie bądźmy upierdliwi, jak inaczej przewieźć kurczaka. Z kolei gdy już pójdziemy do miejscowego sklepu z własnym pojemnikiem i poprosimy ekspedientkę o ukrojenie nam kilku plasterków sera, możliwe, że dostaniemy je do pojemnika, ale… przełożone folią spożywczą. No dobra, nie czepiajmy się drobiazgów. Weźmy na warsztat kupowanie jedzenia w jednorazowych pojemnikach (jogurty, kefiry, pomidorki koktajlowe, masło klarowane). Co ambitniejsi ekologicznie sadzą zioła w kubkach po kawie, z pudełeczek po jogurtach robią tacki na biżuterię, a ze słoików – świeczniki na Halloween. Tylko ile można ich naprodukować? Poza tym ich wartość estetyczna jest wątpliwa, a zamiast zaśmiecać planetę, zagracasz nimi własny dom. Jak to się ma do minimalizmu?

Nie kombinujmy, pozostańmy przy sprawdzonej segregacji śmieci. I tu znowu pułapka. Jak je racjonalnie pomieścić? Nie wspomnę już o gromadzeniu własnego kompostu na balkonie (to sport ekstremalny), ale w niewielu małych kuchniach znajdzie się miejsce na pięć różnych pojemników. Zresztą żyjemy w czasach zakupów online i nieustannych pielgrzymek kurierów z kolejnymi paczkami pod nasze drzwi – z ręką na sercu przyznaj się, ile kartonów potrafisz wyprodukować w tydzień. Inna rzecz, że parę zawsze warto mieć pod ręką, przydadzą się pod transparenty na protest. O ile kosze na odpady mieszane i odpady bio dobrze trzymać w kuchni pod zlewem, o tyle trzy pozostałe frakcje można umieścić w jakimś zamkniętym miejscu (skrzynia w kuchni, szafa w przedpokoju). Wystarczy wstawić do nich trzy duże torby z Ikei (łatwo się je wynosi) i tam wrzucać konkretne odpady.

A ile razy zdarzyło ci się wyrzucić baterię do zmieszanych albo wylądował tam przeterminowany ibuprofen? One też powinny trafić we właściwe miejsca, ale czasami koszt przechowywania jest większy, leżą na widoku, aż w końcu przy kolejnych porządkach nie wytrzymujemy i wrzucamy do zwykłych śmieci. A co z kwiatami, które zdążyły uschnąć, zanim przyszły z nami do domu? Ponura doniczka z półmartwym storczykiem czy mandarynką to podwójny powód do smutku. Bo drzewko nie żyje, bo my jesteśmy beznadziejne, że nie utrzymałyśmy go przy życiu. Daj spokój, kwiaty są frymuśne jak ludzie na kacu. Potrzebują a to wilgotno, a to ciemno, a to, żeby nie było przeciągu. Ale wyrzucić kwiecie zwłoki – jakoś głupio. Są strony na Facebooku, gdzie można oddać takie rośliny tym, którzy uwielbiają je ratować. Albo wystawić w miejscu, z  którego raczej ktoś je zabierze, jak wystawka w śmietniku.

Lista naszych grzeszków zapewne jest dłuższa. Korzystasz z programów ekologicznych w pralce i zmywarce? Pewnie nie, bo są dłuższe. Wrzucasz do zmywarki szklankę po wypiciu wody i łyżeczkę po jednorazowym zamieszaniu herbaty? Mnie się, niestety, zdarza. Wyłączasz na noc listwę z prądu? A ona też ciągnie prąd. Oświetlenie energooszczędne? Teraz szczęśliwie zapewnia już niezłą jakość światła, ale kiedyś było ono tak prosektoryjne, że nie siedziałabym przy takim, choćbym miała być ostatnią nieekologiczną osobą na świecie.

Kuchnia – czy widzisz siebie jedzącą resztki?

Widzicie same, jak to brzmi! Ci, którzy są dobrzy w te klocki (koniecznie zajrzyjcie na @jagna.niedzielska), to naprawdę mistrzowie, potrafią z obierek wyczarować bulion do risotto. Ale co ze zwykłymi konsumentami? Świeże i jędrne zawsze wygra w sklepie z tym pomarszczonym i wczorajszym. Nie ma mocnych. Dotyczy to zwłaszcza warzyw i owoców, bo po nich ewidentnie widać wiek. Po pakowanych wędlinach, mięsie, gotowych daniach już nie, bo konserwanty nieźle sobie z tym radzą. Kupowanie ekojedzenia to kolejna przestrzeń najeżona minami. Rzadko możemy mieć pewność, czy to, co kupujemy, jest naprawdę eko. I nie zyskamy jej, dopóki same tego nie wyhodujemy. Warto jednak zawsze kupować tyle, ile możemy zjeść, bo najbardziej eko jest niewyrzucanie jedzenia. Do tego, niestety, potrzeba wielkiej logistycznej przenikliwości. Jeśli nie mamy możliwości utylizowania żywności w formie, w jakiej robiło się to kiedyś na wsiach, może kupujmy mniej? Kiedyś zwierzaki dojadały po ludziach wszystko, bo taki był zwyczaj. Nie było resztek. Dziś domowe słodziaki mają własne jedzenie w osobnych puszkach i pudełeczkach, które też ostatecznie lądują w śmieciach, zwiększając liczbę globalnych odpadów.

Kolejny punkt to woda. Wszyscy mamy ekologiczne bidony i butelki (ja nawet kilkanaście). Tylko znowu pytanie, czy za każdym razem, gdy wychodzę z domu, zabieram go ze sobą. Fakt, nie zabieram, bo nie wychodzę (od roku). A kiedy  wychodziłam, np. na rower, piłam smutno i bez satysfakcji swoją ciepłą kranówkę z bidonu, marząc o zimnej wodzie perlage ze szklanej butelki. Cóż, wyrobienie dobrych dla świata nawyków wymaga od nas nieco pokory.

Co teraz myślisz o całym tym instagramowo uroczym ekoświecie? Drewniane sztućce i talerzyki ze skrobi, którą można spałaszować. Fajnie, ale ja na przykład po zjedzeniu posiłku nie mam ochoty dojadać talerzem (niestety, wolę ciastko), a kiedy wkładam do ust drewniany widelec, wyobraźnia natychmiast przenosi mnie do gabinetu laryngologa, a ja słyszę: „Dziecko, powiedz: aaaa”. Noszenie przy sobie metalowej lub bambusowej słomki? Do zrobienia. Ale trzeba pamiętać, aby je dobrze myć, bo dżin z tonikiem sączony po sojowym latte może mieć nieciekawy smak…

Mroki łazienki: czy higiena może być wielorazowa?

Wchodzimy do łazienki i od razu widać, że tu też łatwo wdepnąć na minę. Nawet całkiem dosłownie. Jakie macie doświadczenia z pieluchami wielorazowymi, czyli czymś, co trzeba ostatecznie prać? Czapki z głów przed tymi, którzy ich używają. Wielorazowe tampony i podpaski? Takie produkty są już w sprzedaży, podobnie jak majtki menstruacyjne. Póki co ten problem nas przerasta. Dosłownie, bo zużyte środki higieniczne to ogromna część globalnej góry śmieci. Tylko jak porzucić tę wygodę? W domu można używać pieluch wielorazowych, a wychodząc z małym dzieckiem na spacer, zakładać jednak owego i cudownego, i przerażającego pampersa? W przypadku menstruacji całkiem dobre notowania mają kubeczki menstruacyjne. Wydają się sensowe i higieniczne. Na pewno są bezpieczne.

Kolejny punkt na liście: kosmetyki. Czy kupujesz tylko takie w opakowaniach typu refill, do ponownego napełnienia? Gdy kończysz krem, do którego pojemnika wyrzucasz słoik? Do kosza w łazience, prawda? A jak u ciebie z wacikami? Wielorazowe, mięciutkie są całkiem przyjemne, tylko skoro po każdym użyciu należałoby je dokładnie wyprać, to czy ostatecznie nie jest to zawracanie głowy i Wisły kijem? Prawdopodobnie zużyjemy więcej wody. Może myć buzię gąbką i spłukiwać ją po użyciu? Àpropos gąbek – wiem, że najwięksi ekotwardziele mają własne, wydziergane na szydełku z konopnej włóczki. Uważacie je za bardziej higieniczne od zwykłych gąbek? Ja nie. Są dosyć paskudne, ale ktoś je lubi. Bakterie. Może po prostu warto wydłużyć cykl życia tej zwykłej: używać jej tak długo, jak się da, nie wymieniać co tydzień, a na koniec dać jej jeszcze szansę wykazać się np. przy myciu podłóg?

Przystanek wanna. Uwiera ekologów i tych, którzy myją się wyłącznie pod prysznicem. Choć jeśli wziąć pod uwagę, że dla tych, którzy w wannie leżą godzinami, taki seans to jednocześnie wodna psychoterapia, relaks, wyciszenie i zamiennik prozacu, to może ostatecznie te koszty nie są znowu takie duże. Poza tym jest jeszcze coś takiego jak (spokojnie, ochłońcie, nim mnie osądzicie) kąpiel w jednej wodzie. Dzieci tak robią. A żyjący w jednej rodzinie dorośli też mają zaprzyjaźnione mikrobiomy i bakterie, więc czemu nie? Zużycie wody – mniejsze niż suma kąpieli pod prysznicem każdego z domowników.

Finał: jak nie zwariować

Jeśli na horyzoncie pojawia się nowy moralny obowiązek (a takim jest od jakiegoś czasu życie eko), musimy go jakoś przerobić. Część osób idzie w denializm (negację: „nikomu nic do moich  śmieci”). Inni popadają w nadprogramowy aktywizm i zamieniają się w ekofreaków. Niektórzy dołączają do tego jeszcze ewangelizację i nawracanie innych. To wszystko mechanizmy psychologiczne pozwalające zasymilować zagadnienie. Gdy szał minie, będziemy mogli na spokojnie odkryć swoje ekoprzyzwyczajenia. Nikomu nie udaje się żyć w stu procentach ekologicznie, może oprócz mnichów. Wirujemy w wielkiej machinie konsumpcji i wyrzutów sumienia. Niezłym pomysłem będzie zatem metoda małych kroków. Myślmy o planecie, ale nie biczujmy się, gdy czasem zdarzy nam się zapomnieć. Wystarczy, że na początek zmienisz jedną rzecz dziennie i będziesz z siebie zadowolona. Zwłaszcza o tym drugim koniecznie pamiętaj!