Katarzyna Dąbrowska: Jak zdefiniowałabyś równość?
Monika Perdjon: Połączyłabym ją z asertywnością. Z myśleniem: ja jestem OK i ty też jesteś OK. Oczywiście różnimy się na wielu poziomach – płci i jej postrzegania, statusu społecznego, wykształcenia, upodobań, ale każdy z nas jest człowiekiem i ma prawo zaspokajania swoich potrzeb dopóty, dopóki nie krzywdzi innych. Jeśli rozumiem i akceptuję siebie – swoje uczucia, myśli, motywacje, to zrozumiem też drugiego człowieka.

Chcesz powiedzieć, że do równości potrzebna jest samoakceptacja?
Tak, to pewne uproszczenie, ale tak.

To dlaczego tak trudno nam zaakceptować inność?
Niestety, wynosimy to z domu. Przede wszystkim od najmłodszych lat jesteśmy porównywani do innych: „Zosia już umie czytać, a ty nie”. „Tomek gra w piłkę, a ty tylko siedzisz przed komputerem”. Nie przypisujemy wartości człowiekowi takiemu, jaki jest. Przyklejamy ludziom plakietki. Wartościowanie, porównywanie nie sprzyja równości. Jeśli kategoryzujemy ludzi, nie potrafimy ich potem traktować na równi.

Czy równość w społeczeństwie to utopia?
Niestety tak, ale możemy i powinniśmy do niej dążyć.

W jaki sposób?
Na początek propagując życzliwość i przekonanie, że każdy zasługuje na szacunek.


Ostatnia kampania Centrum Praw Kobiet odbyła się pod hasłem: „Równość zaczyna się w domu”. O co chodziło w tej akcji?
Statystyki pokazują, że kobiety przeznaczają miesięcznie średnio 160 godzin na prace domowe, co daje ok. 5 godzin dziennie. Z tych samych badań wynika, że tylko 4 proc. mężczyzn sprząta w domu, a 2 proc. robi pranie. Chcieliśmy się przyjrzeć zwyczajnej rodzinie i skłonić kobiety i mężczyzn, by z kolei oni przyjrzeli się swojemu związkowi i zastanowili, jak on ma wyglądać.

To zastanawiające. Kobiety przejmują coraz częściej przestrzeń publiczną, przebijają szklane sufity, a w domach wciąż wyznają „tradycyjny” podział obowiązków? Dlaczego tak się dzieje?
Obserwuję to często w gabinecie: my, kobiety, jesteśmy w stosunku do siebie bardzo krytyczne i wymagające. Wymagamy od siebie, byśmy wszystko robiły same, bez pomocy innych i w dodatku perfekcyjnie. Z tyłu głowy wciąż mamy myśl, że nikt inny nie zrobi tego tak dobrze jak my. To utrudnia równy podział obowiązków. Chcemy zachęcić kobiety, żeby sobie odpuściły i nauczyły się prosić o pomoc.

Czyli problem jest w nas?
Wychowaliśmy się w kulturze, w której jedyną osobą utrzymującą dom był mężczyzna. Świat się zmienił, kobiety ruszyły do przodu, ale wciąż nie potrafią „oddać” tego, co dotychczas trzymały pod swoimi skrzydłami – opieki nad domem i dziećmi. Przez to w tej chwili większość kobiet pracuje w istocie na dwóch etatach, zawodowo i w domu.

Na start kampanii wybrałyście Dzień Matki. To też symboliczne, prawda?
Tak. Ale z moich obserwacji wynika, że kobiety wciąż za mało angażują dzieci w pomoc w domu. A przecież warto uczyć je od najmłodszych lat, że w rodzinie mamy wspólne obowiązki. Dziewczynki nadal więcej czasu spędzają z mamami i siłą rzeczy pomagają im częściej, powielając stereotypy. A to od rodziców zależy, jak ich dzieci w dorosłym życiu będą widziały swoje role w rodzinie i społeczeństwie. Jeśli w domu ojciec nie ma problemu z tym, aby wziąć mop i umyć podłogę, to syn też nie będzie go miał w przyszłości. Zresztą równość w sferze publicznej także zaczyna się w domu. Weźmy prosty przykład rodzeństwa, brata i siostry. Oboje od małego są traktowani tak samo, razem odrabiają lekcje, oboje muszą posprzątać pokój, pomóc przy obiedzie. Kiedy wyjdą z domu, dziewczynka będzie widziała, że ma takie samo prawo jak chłopcy do ciekawej pracy, do takich samych zarobków, będzie miała poczucie, że nic jej nie ogranicza. Raczej nigdy nie pomyśli, że nie może pójść na studia podyplomowe, bo kto ugotuje obiad w niedzielę. A ten chłopiec jako dorosły mężczyzna nigdy nie pomyśli, że ma więcej praw od kobiet.

A jeśli para umawia się, że ona gotuje i sprząta, a on, dajmy na to, pilnuje rachunków, to czy to jest OK, jeśli oboje się na to zgadzają?
Nie rozpatrywałabym tego w kategorii: OK czy nie OK. Według teorii systemowej każda rodzina jest systemem, funkcjonuje według zasad, które sobie wypracowuje. Jeśli jej członkom jest dobrze, to nic nam do tego. Wierzę też, że kobieta może być spełniona i szczęśliwa, gdy sama decyduje, że nie pracuje, zostaje w domu i wychowuje dzieci. Nie ma obowiązku robienia kariery. Trzeba mieć jednak świadomość, że to nie jest bezpieczne rozwiązanie. Jeżeli tylko jedna osoba przynosi do domu pieniądze, to może się pojawić pokusa, że ona też decyduje, na co te pieniądze zostaną wydane. Za nierównością finansową idzie nierówność decydowania.

Większość kobiet, która trafia do CPK z powodu przemocy czy to fizycznej, czy emocjonalnej, jest w pełni uzależniona finansowo od swojego partnera. To duży problem. Kolejny – to że jeśli zarabianie na rodzinę spoczywa tylko na jednej ze stron, to może to być dla niej obciążające, jest narażona na stres, depresję, inne choroby typu zawał, wylew. Jeśli jako rodzina podejmujemy decyzję, że tylko jedna osoba będzie aktywna zawodowo, to dla tej rodziny jest to decyzja ryzykowna.

Czym jest więc równość w rodzinie?
Przede wszystkim nie mówmy, że mężczyźni mają „pomagać” w domu. Bo jeśli razem tworzymy dom, to jesteśmy za niego wspólnie odpowiedzialni, a nie że jedno „pomaga” drugiemu. Dla mnie równość polega na tym, że się dogadujemy. Bez pretensji, przerzucania się oskarżeniami, siadamy i umawiamy się, jak nasz dom będzie funkcjonował. Jakie wartości i potrzeby ma każde z nas, jak możemy je zaspokajać, a potem szanujemy te ustalenia. Wówczas żadna strona nie poczuje się poszkodowana.

Centrum Praw Kobiet działa w Polsce już od 25 lat. Czy sytuacja kobiet jest lepsza?
Problemów wciąż jest wiele, ale na pewno dużo zmieniło się na lepsze. Kobiety są coraz bardziej świadome, nie boją się już terapii, przemoc przestaje być tematem tabu. Jako społeczeństwo stajemy się wyczuleni na przemoc emocjonalną, a nie tylko fizyczną. Klaps nie jest już metodą wychowawczą.

W jakich obszarach my, kobiety, mamy nadal dużo do zrobienia?
Wciąż jeszcze nie potrafimy siebie doceniać. Zawsze mnie zaskakuje, kiedy wchodzi do gabinetu piękna, dobrze ubrana, wykształcona dziewczyna, a w czasie rozmowy wychodzi z niej kruche przestraszone dziecko. Mówi, że nie da rady, nie potrafi. Musimy uwierzyć w siebie! A wtedy łatwiej przejmiemy kontrolę nad życiem.


Ten artykuł możesz również odsłuchać!