Jako dziecko wychowywane w głębokim PRL-u nawykłam do unifikacji. Wszyscy chodziliśmy do szkoły w takich samych mundurkach i tenisówkach (bo tylko jeden ich rodzaj był w sprzedaży). W naszych domach stały też identyczne komplety mebli i takie same wersalki. Jadaliśmy takie same parówki i ciastka. Będąc u kogoś, byliśmy jednocześnie jakby u siebie. 

Pojechałam na wakacje do kuzynki mieszkającej w Anklam w NRD. Jeździłyśmy na hulajnogach i jadłyśmy lody. Zabrała mnie też na basen. I tam, w szatni, przeżyłam coś w rodzaju objawienia. Wszystkie zgromadzone w niej kobiety były… gołe i nic sobie z tego nie robiły. Przebierały się, wchodziły pod prysznic, rozmawiały i śmiały się. Pomarszczona 70-latka z pulchną 40-latką zaśmiewały się do rozpuku. Młoda mama z brzuchem jeszcze „niewróconym do formy” i niemowlakiem na ręku wolną dłonią próbowała zdjąć czepek z długich włosów. Nastolatki bez wstydu siedziały na ławeczce i o czymś tam sobie gadały. Tylko my dwie kąpałyśmy się w kostiumach pod prysznicami bez zasłonek. Walczyły we mnie zawstydzenie i ciekawość, aby patrzeć. Zwyciężyło to drugie, bo nigdy wcześniej ‒ i nigdy później ‒ nie widziałam w jednym miejscu tak wielu tak różnych kobiecych ciał. Starych, młodych, szczupłych i pulchnych, wysportowanych i wiotkich, jasnoskórych i opalonych do bólu. Niewydepilowanych. A najbardziej wtedy szokował mnie fakt, że dla tych kobiet to nic ciekawego – te inne ciała, inne proporcje. Mam wrażenie, że pod naszymi prysznicami kilka dekad później spojrzenia byłyby oceniające. I teraz pytanie: dlaczego? Myślę, że nawet nie z tego powodu, że jesteśmy jakoś specjalnie nietolerancyjni. Po prostu jesteśmy nieopatrzeni z różnorodnością. Innymi ciałami, innymi kolorami skóry, kalectwem, niepełnosprawnością, defektami. Dziś mówi się na to ładnie i fachowo: brak reprezentacji. Na czym on polega? Na tym, że gdziekolwiek spojrzysz, widzisz tylko jeden wzór urody, czyli nogi do szyi i talię dziewczynki, a cała reszta – usta, piersi, włosy, rzęsy – jest wydatna. 

Zacznijmy od reprezentacji

Wiele, wiele lat później po moich wakacjach w NRD, gdy pracowałam już w superfajnym magazynie „Glamour”, postanowiłyśmy zrobić sesję zdjęciową „Modelka kontra prawdziwe dziewczyny”. Zaprosiłyśmy do studia znaną wtedy modelkę (metr osiemdziesiąt, szczupłą, proporcjonalną i piękną) i cztery śliczne ochotniczki. Każda z naszych czterech bohaterek była zgrabną, absolutnie normatywną ekstradziewczyną. Ale ustawione przy modelce, wszystkie wydały się karliczkami albo grubaskami. Czego oczekiwać, skoro jej nogi kończyły się na wysokości ich talii albo bioder? Naszym problemem jest nie tylko punkt widzenia, lecz także punkt odniesienia. Jeśli porównujemy się cały czas do ciała idealnego lub za takie uznanego, mamy problem. I w dodatku, jak zauważa w swoich otwierających oczy podcastach Marta Niedźwiecka, nawet zdjęcia tych dziewczyn, które z racji swojej atrakcyjności trafiają na okładki, i tak są jeszcze poprawiane. Dopóki środek estetycznej skali będzie przeniesiony na jej koniec, nie będzie równowagi, tylko ‒ sorry za wyrażenie ‒ burdel. Jeśli wszystkie będziemy się porównywać z ważącą 50 kg 180–centymetrową laską, nawet te absolutnie normatywne dziewczyny będę myślały o sobie: „Jestem gruba”. Co będą uważały te z nadwagą, aż boję się pomyśleć. Wiecie, co jest najbardziej irytujące? To, że kanony piękna tak naprawdę nie istnieją. Zostały wymyślone. A dla nas są niczym kościelne prawdy wiary. 

Kanony piękna – narzędzia wpływu? 

Zauważcie, że o kanonach piękna często mówi się „obowiązujące”, a nie „zalecane” czy „proponowane”. Jakże to urocze samoobnażenie. To nie są kanony, które możesz zaakceptować lub nie, tylko coś, co obowiązuje. Ha! W zamyśle, jeśli chcemy być poprawni, powinnyśmy się im dzielnie podporządkować. A chcemy? 

Kanony, wiadomo, rzecz ważna. W sztuce, literaturze, muzyce. W wyborach dotyczących ciuchów, stylu życia. Zawsze za ich wdrażanie, a więc w pewnym sensie i narzucanie, odpowiadali ludzie, którzy mieli więcej wiedzy i… władzy. No cóż. Kto inny uznałby w średniowieczu, że to właśnie nadwaga jako symbol zamożności jest piękna, jeśli nie otyli biskupi i opici możnowładcy? Ładne było to, co blisko bogactwa. Wyobraźcie sobie, że we włoskim manieryzmie obowiązującym rycerzy kanonem piękna było przywiązywanie sobie długich na pół metra czubków butów do kolan przed wyjazdem na wojnę (jeśli spadli z konia, to już mogiła), a damy goliły czoła do połowy czaszki (oh, Gott) i nakładały na to tzw. głowy cukry, czyli szpiczaste metrowe czapy z powiewającą woalką. Każdego dnia po przebudzeniu dziękuję losowi, że nie urodziłam się w manieryzmie. Kto wymyślił te kanony? Nie wiem, czy miał kasę, ale fantazję – niewątpliwie. 

Współczesny kanon urody, w przeciwieństwie do tych historycznych, premiuje szczupłość. Dlaczego? Bo po pierwsze, to zdrowsze (nie dyskutuję), a po drugie, projektanci uważają, że na szczupłych lepiej wyglądają ciuchy. A za ciuchami co stoi? Biznes, czyli pieniądze. No, naprawdę, nie trzeba być Sherlockiem… 

Zmiany, zmiany 

Dziś jesteśmy już odważniejsi i potrafimy wyrazić własną opinię na temat absurdów. Zaczynamy się buntować przeciwko czemuś, coś jest narzucone. Na pokazach wciąż paradują szczupłe modelki, bo na nich wciąż lepiej leżą ubrania. OK, argument branży mody. Wiemy już, że to nie jest OK, więc podnoszą się głosy (zwłaszcza że badania mówią, iż ponad połowa polskich nastolatek ocenia się bezwzględnie źle). Na pokazach pojawiają się więc modelki plus size. Ale to reakcja na akcję. Dwubiegunowość. Są chude, więc niech będą i grubsze? Nie, nie o to chodzi. Dopóki na wybiegach nie zobaczymy modelek chudych, grubych i tych pomiędzy ‒ przeciętnych. Długo- i krótkonogich. Z afro i łysych. Wytatuowanych i z bliznami. Starych i młodych.  

Te zmiany zachodzą. Fajnie jest je obserwować choćby w reklamach znanych marek odzieżowych, w kampaniach Sephory. To cieszy. Bo pokazuje to, co wiadomo od zawsze – że dla wszystkich starczy miejsca. Ale, ale… Nie zapominajmy, że mamy jeszcze bardziej drastyczne, bo oddolne (tworzone nie przez projektantów czy koncerny, lecz przez influencerki) kanony instapiękna. A w nich tylko jeden obowiązujący kształt brwi, ust i pośladków. Można dyskutować nad ludzką potrzebą robienia tego samego co inni. Skoro tak chwalimy indywidualizm, dlaczego po ulicach maszerują postaci niczym klony, które wyszły spod ręki jednego fryzjera i jednego chirurga? Wtapiając się w tłum identycznych blondów i jednowymiarowych biustów, jesteśmy bezpieczniejsze, bo nie poddajemy się jednostkowej ocenie. Ocena dotyczy wszystkich. Ocena dotyczy kanonu właśnie. Masowość jest jednak bardzo relaksująca.

Beauty polem manifestu?

Z założenia branża beauty jest branżą różnorodności. Wydaje się, że na tej półce zmieści się wszystko. I rzeczywiście przynajmniej w teorii tak jest. Kosmetyki eko moszczą się wygodnie obok zabiegów medycyny estetycznej, sztuczne rzęsy – obok kremów kręconych we własnym domu, hybrydowe paznokcie – obok olejowania włosów. I z każdej z tych rzeczy możesz korzystać wedle uznania. Możesz być ortodoksyjną ekoweganką, ale nikt nie zabroni ci pójść na hybrydę do salonu – chyba że twój krytyk wewnętrzny. To jest fajne. Zresztą marki doskonale się do tego dopasowują, np. pielęgnacyjny gigant Sephora wprowadza właśnie wiele zmian, w tym tzw. zielone półki, na których zgromadzono kosmetyki mające odpowiednie certyfikaty.   

Kanony lekko się chwieją, bo dzisiejszy świat poniekąd wymusza na nas potrzebę indywidualności. I to nie tylko takiej, że ty lubisz czerwoną szminkę, a ja stawiam wyłącznie na szlachetny beż i nude. W kanonie nowego piękna pojawiają się osoby wyraziste, odbiegające od norm, do których przyzwyczailiśmy się, myśląc o urodzie. Na visualach reklamowych występują dziewczyny z przerwami między zębami i bielactwem (to ostatnie to ukłon w stronę Kasi Smutniak). Nie dziwią już albinoski i rudowłose mulatki. Oswajanie skrajności nadaje im nowy wymiar, nie dziwności, tylko akceptacji tego, że właśnie różnorodność jest piękna i pożądana. To zresztą naturalny etap na drodze do tak upragnionej ostatnio samoakceptacji. To samo dotyczy mężczyzn – przy knajpianych stolikach siedzą wypomadowani biznesmeni i dandysi obok brodatych drwali i ziomów w czapkach. Nadal operujemy kalkami, ale przynajmniej jest ich więcej niż kiedyś, więc łatwiej odnaleźć swoją. Reprezentacja!