Nie jesteśmy dla siebie dobre. Dla siebie samych i dla siebie nawzajem. Z danych Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że aż 90 proc. młodych Polek nie jest zadowolonych ze swojego wyglądu. To znaczy, że z dziesięciu dziewczyn, które minęłaś dziś na ulicy, tylko jedna myśli dobrze o swoim ciele, akceptuje je, może nawet lubi. 60 proc. młodych Polek uważa, że inne kobiety życzą im źle. Choć w ostatnich paru latach sporo powiedziano o sile kobiecej solidarności i korzyściach płynących z bezinteresownego siostrzeństwa, większość kobiet wciąż żyje w poczuciu, że największym zagrożeniem są dla nich inne kobiety. Aktorka Sarah Paulson kilka lat temu, tuż po premierze filmu Ocean’s 8, gdzie osiem głównych ról obsadzono kobietami, żaliła się, że w wywiadach pytano ją o atmosferę na planie, sugerując, że nie mogło być dobrze. Osiem kobiet w jednym miejscu? Musiały się kłócić, obgadywać, intrygować, podkładać sobie nogi, prawda? Żyjemy w kulturze, która nastawia kobiety przeciwko sobie, która atakuje obrazami toksycznych kobiecych relacji, jakby żadne inne nie były możliwe. Są. A pozytywny stosunek do innych kobiet przekłada się na pozytywny stosunek do samej siebie. Czytaj: jeśli krytykujesz inne kobiety za to, jak wyglądają, ile ważą, co noszą, jak żyją, z kim chodzą do łóżka, to nigdy nie zaakceptujesz siebie, swojego wyglądu i swojego stylu życia.

Ten artykuł możesz również odsłuchać!

Ciałopozytywność bez wywyższania się

Po kolei. Dlaczego aż tyle młodych krytycznie ocenia to, jak wygląda? „Jesteśmy wychowywane w poczuciu, że wygląd ma duże znaczenie w życiu kobiet. Prowadząc badania o Polkach „Świat kobiet”, przekonałam się, że uroda jest dla kobiet kluczowa – mówiła w rozmowie z Glamour psycholożka społeczna i badaczka Marta Majchrzak.– Ścieżkę życia, którą podążamy, wyznacza to, czy i na ile jesteśmy postrzegane jako atrakcyjne. Nasz los od tego zależy. Dlatego tak trudno o wychowanie w pełnej akceptacji. Wychowanie to jedno, bo proces socjalizacji nie ogranicza się do rodziny. Rówieśnicy mają znaczenie, media mają znaczenie. Dziś sytuacja się zmienia, a na okładkach magazynów pojawiają się twarze i ciała bez takiego retuszu jak kiedyś. Z drugiej strony działają takie panie jak Ewa Chodakowska, które sprawiają, że kobietom trudno jest w pełni wyzbyć się kompleksów, bo zawsze można mieć jeszcze wyżej podniesioną pupę. Człowiek faktycznie czuje się lepiej, gdy zaczyna się ruszać. Gdy patrzy na siebie w lustrze i podoba mu się to, co widzi. Ale życie podporządkowane wyłącznie temu, żeby lepiej wyglądać, jest smutnym i pustym życiem”. A co z ciałopozytywnością? Paradoksalnie ruch body positive tylko częściowo uleczył stosunek kobiet do ich ciał. Źle rozumiana ciałopozytywność może kobiety poróżnić. Bo te które deklarowały, że są ciałopozytywne, jednocześnie zaznaczały swoją wyższość nad tymi, które rzekomo nie są, bo za dużo ćwiczą, bo się odchudzają, bo za bardzo się malują, bo cokolwiek. „Ciałopozytywność jest OK, jeśli nie służy zaznaczeniu swojej wyższości nad innymi kobietami – mówiła w tej samej rozmowie Marta Majchrzak. Jeśli nie wykorzystujemy jej po to, żeby pokazać tym kobietom, które gonią za wyglądem mieszczącym się w kanonie, że my jesteśmy bardziej świadome, na wyższym poziomie rozwoju, lepsze od nich. Sposobem na wyzwolenie się z opresji wyglądu jest siostrzeństwo. Zbiorowe pokazanie środkowego palca społecznym wzorcom. Taka sytuacja, w której kobiety mówią sobie: ja jestem fajna i ty jesteś fajna”.

Siostrzeństwo gwarancją lepszej przyszłości

Niby wszystkie wiedzą, że ideały nie istnieją, ale gdy przychodzi do rozmowy o kobiecym ciele, ideał się nagle objawia. Istnieje, jeden, jedyny słuszny. I w tym wyścigu, by spełnić kulturowe oczekiwania wobec wyglądu, kobiety pozwalają się wpędzać w kompleksy albo wpędzają w kompleksy inne kobiety. Nie chodzi o to, aby przyjaźnić się z każdą kobietą, którą się spotyka. Nie chodzi nawet o to, żeby każdą lubić. Chodzi o elementarną życzliwość wobec przedstawicielek tej samej płci. „Bez dobrej relacji z innymi kobietami nie jesteśmy w stanie w pełni nawet siebie widzieć, a co dopiero akceptować. Według badań 60 procent młodych Polek uważa, że inne kobiety życzą im źle. To nie znaczy, że tych 60 procent żyje w paranoi, iż powinny zacząć przyjmować leki. Te kobiety mają złe doświadczenia z innymi kobietami, ponieważ żyjemy w społeczeństwie, w którym kobiety są nastawiane przeciwko sobie. Im dłużej żyję i im więcej badań robię, tym bardziej widzę, jak prostackie są te mechanizmy, ale też wiadomo, że prostacki mechanizm to skuteczny mechanizm – tłumaczy Marta Majchrzak. –A brak siostrzeństwa i negatywne reagowanie na inne kobiety to informacja o tym, w jakim obszarze nie akceptujemy siebie. Jestem przekonana, że możemy być dla siebie wybawczyniami. Mówię o tym, żeby spojrzeć na inne kobiety jak na kogoś, kto boryka się dokładnie z tymi samymi problemami, mimo że może robi to w inny sposób, pochodzi z innej rodziny, ma inne doświadczenia, inaczej wygląda. Na bazowym poziomie jesteśmy zupełnie takie same. A gdy jesteśmy bardziej akceptujące w stosunku do innych kobiet, łatwiej nam zaakceptować siebie. I w drugą stronę – gdy akceptuję siebie, jest mi łatwiej być życzliwą dla innych kobiet. To też jest oczywiście praca, ale wykonujemy ją nie tylko dla siebie, lecz także dla przyszłych generacji kobiet. Taka sztafeta pokoleń. Jeśli zostawimy przyszłemu pokoleniu lepsze relacje między kobietami, to ono kolejnemu przekaże jeszcze lepsze. I nawet jeżeli świat się skończy za 30 lat, to przynajmniej znajdziemy w sobie nawzajem wsparcie, kiedy wszystko będzie płonąć”.