Opowiem wam historię. Będzie to historia właściwie miłosna. Opowieść o poznawaniu najbliższej sobie osoby. O poznawaniu siebie i swoich potrzeb. O dochodzeniu do tego, że są alternatywne modele życia wobec tych powszechnie obowiązujących. I o tym, że można wybrać życie solo, a nie być do niego zmuszoną.

Żyła raz sobie dziewczyna. Zwyczajna. Taka, z którą łatwo się utożsamić. Wychowała się na komediach romantycznych i „Seksie w wielkim mieście”, w którym nawet zatwardziała singielka Samantha kończy ostatecznie w związku. Nasza bohaterka nie robiła wielkich planów na przyszłość – nie musiała. Po prostu wiedziała, jak będzie wyglądać jej przyszłe życie. Suknia z welonem, chociaż to może zbędny wydatek. Więc może nie mąż a partner. Może dzieci, ale niekoniecznie. Potem nasza bohaterka się zakochała. Z wzajemnością. Więc wszystko szło zgodnie z typowym schematem. I choć niezależność stawała się dla niej coraz bardziej ważna, to poszła w tę miłość. Bo czy wypada uczucie odrzucić? Wszystko było OK, nie żałowała, choć zdecydowanie relacja wymagała czasu i pracy. W końcu padło: zamieszkajmy razem. Zgodziła się. Bo przecież tak się robi, tak wypada – to kolejny etap związku. W dodatku tak jest niby taniej. Jednak szybko zauważyła, że wspólne mieszkanie to wiele kompromisów, sporo zalet, ale też dużo wad. Że zlewają się te dwie osoby w jedno, ciężko w tym wszystkim znaleźć dla siebie przestrzeń. Zwłaszcza kiedy jest się jedynaczką lubiącą swoje własne towarzystwo i spokój. Można jednak zacisnąć zęby i spróbować utemperować swoją niezależną naturę. Można. Czasem przejdzie przez myśl marzenie, że fajnie byłoby pomieszkać samej, ale póki jest dobrze, to się tylko tak niewinnie marzy. No chyba że miłość się w końcu wypali.

A wtedy następuje zachłyśnięcie się wolnością. Coraz większa samoświadomość. Samodzielność. Bycie panią swojego losu. Chodzenie nago po domu i słuchanie ulubionej muzyki. A przede wszystkim usłyszenie własnych myśli, własnych potrzeb. Ale czy to może trwać wiecznie? Zwłaszcza jak znowu poznaje się kogoś wartego uwagi. Jednak tym razem wchodzi się w relację znacznie bardziej ostrożnie, wyznacza swoje granice i ich pilnuje. Szczerze mówi się tej drugiej osobie, czego się oczekuje od życia. Bo się już coraz lepiej to wie. Nie każdy jednak gotów jest zaakceptować taką wizję niby życia wspólnego, ale nie do końca.

Ludzie przychodzą i odchodzą. Jest z nimi miło, ale okazuje się, że wcale nie chce się ich zatrzymywać na dłużej, wpuszczać głębiej do swojego mieszkania, do swojej codzienności. Coraz bardziej w pojedynkę zagospodarowanej. I wtedy: eureka! Przecież tak właśnie wygląda układanie sobie życia! Dla każdego to ułożenie może przecież znaczyć coś innego. Choć zazwyczaj uważamy, że oznacza związek, a najlepiej ślub, dzieci i bycie razem do grobowej deski – jak się uda. Taki przynajmniej wciąż jest ideał. Ale czy nie czas, by te schematy zburzyć? Poszerzyć? Spojrzeć na nie krytycznie i zobaczyć, że wcale nie pasują one każdemu? I że życie w pojedynkę może być naprawdę udane, chciane, wybrane? Nie oznaczać stereotypowej samotności?

No bo ta nasza bohaterka singielka, czyli ja, wcale samotna nie jest. Mam rodzinę i przyjaciół, którzy dostarczają bliskości i bezpieczeństwa, o których dbam i więzi z którymi pielęgnuję. Czasami umawiam się z kimś na seks, miewam romanse, praktykuję samomiłość. W podróże wyruszam z przyjaciółmi albo solo – spróbujcie tego ostatniego niezależnie od statusu związku! Taka podróż super robi na głowę i daje przestrzeń na poznawanie nowych ludzi. Z kim do restauracji, do kina? Z bliskimi albo znowu solo. W kinie to czasem nawet lepiej. A w restauracji? Wcale nie trzeba się wtedy ratować się scrollowaniem telefonu. Serio, można poobserwować ludzi albo jeszcze lepiej – wyciszyć się, potrenować uważność, popracować nad wyostrzeniem zmysłów, odczuwać przyjemność z jedzenia całą swoją osobą.

Więc mogę powiedzieć, że spróbowałam życia w parze, spróbowałam w pojedynkę i wybieram to ostatnie. Najlepiej do mnie pasuje. I mam dość jasną wizję przyszłości, w której raczej niewiele się zmieni. Czy dopuszczam jakąś dłuższą relację? Jeśli to byłby ktoś warty zachodu, wypracowalibyśmy jakieś niezbyt ograniczające zasady, może jakieś living apart together, to kto wie. Nie mam zamiaru się jednak teraz na tym skupiać, snuć takich scenariuszy, bo ten odpowiedni mam w ręku. I choć wychowałam się na filmach z happy endem na ślubnym kobiercu, choć otacza mnie wiele par, to już dziś wiem, że to nie jest moje. Cieszę się szczerze, kiedy znajomi tworzą szczęśliwe związki, chętnie pytam, jak im się układa, bo ciekawią mnie inne modele życia, ale sama do takiego nie tęsknię. I dziś już bez większych emocji tłumaczę, na czym polega mój życiowy wybór, kiedy mnie ktoś o to zapyta.

Muszę też przyznać, że ten mój wybór nie był od razu taki oczywisty, dochodzenie do niego nazwałabym procesem, który wciąż trwa. Proces ten wiąże się z uważnym przypatrywaniem się sobie, swoim potrzebom i odpowiadaniem na nie. To budowanie samoświadomości. Bez wątpienia jako jedynaczka, jak i osoba lubiąca siebie, spędzanie czasu we własnym towarzystwie, mam zdecydowane predyspozycje do egzystowania w pojedynkę. Nie mówię jednak, że życie w ten sposób jest łatwe. Przydaje się twardy tyłek i sporo samozaparcia, by układać swoją codzienność jednak trochę inaczej niż większość, choć singielek i singli, nawet jeśli chwilowych, to przybywa i na życiu w pojedynkę nie ciąży już tak wielkie piętno jak jeszcze niedawno. Przez kilka lat jednak tłumaczyłam najbliższej rodzinie, żeby mi nie życzyli podczas świąt czy innych uroczystości męża i dzieci. W końcu zrozumieli i to uszanowali. Zorientowali się, że faktycznie jestem z samą sobą szczęśliwa.

Nie chcę również byście pomyśleli, że chcę tutaj promować na siłę idę singielstwa. Pragnę raczej pokazać, że życie w pojedynkę może być naprawdę w porządku, a przede wszystkim podkreślić, że istnieją różne style życia, które także dają masę szczęścia. Jest XXI wiek, pora, abyśmy zrozumieli, że są single i singielki, pary, związki otwarte, relacje poliamoryczne. Ważne, by iść szczerze za głosem swojego serca i potrzeb, na nic się nie oglądając, dostosowując układ do uczuć, a nie zamykać uczucia na siłę w społecznie akceptowalnych konwencjach.

Chcę też zaznaczyć, że tak, jak można wymienić wiele zalet bycia w związku, tak i można wymienić zalety singielstwa. Dla niektórych życie w pojedynkę to oczywiście wygodnictwo, unikanie związkowych problemów, egoistyczne skupianie się na sobie. Ale czy bycia z kimś i opierania się na nim też nie można o to oskarżyć? Poza tym ostatnio furorę w sieci zrobiły badania, według których singielki są szczęśliwsze niż kobiety w związkach, odczuwają mniej stresu, nie są przeciążone obowiązkami, mają czas dla siebie i na swoje. Nie mówiąc już o stresie, jakiego przysparzają rozstania czy kłopoty w związku, podział obowiązków i tak dalej. Tak tylko wspominam, bo każdy ma swoje życiowe preferencje.

Warto jednak również pamiętać, że przez kult związków i strach przed teoretyczną samotnością wiele osób tkwi w nieudanych relacjach, byle nie być samej lub samemu. Lub na siłę szukamy partnerki lub partnera. Czujemy się gorzej, ponieważ nikogo przy swoim boku nie mamy. A w życiu różnie się układa, nie zawsze da się znaleźć odpowiednią osobę, a przynajmniej nie od razu. Dobrze więc wiedzieć, że to nie koniec świata, że to nie świadczy o naszej wartości i czekając na miłość, korzystać z zalet życia w pojedynkę, bo być może jeszcze kiedyś przyjdzie nam za tym zatęsknić. Poświęćmy czas singlowania, by robić sobie przyjemności, eksperymentować, poznawać siebie lepiej, wyznaczać swoje granice i postarajmy się z samymi sobą zaprzyjaźnić.

Naprawdę warto dbać o tę najważniejszą relację – z samą czy samym sobą! Bo jesteśmy sobie najbliżsi. Bo lubiąc siebie, będzie nam po prostu dobrze, czy to w pojedynkę, czy w jakimkolwiek związku. Bo nasze szczęście zależy przede wszystkim od nas samych. A o odpowiadający nam najbardziej model życia, jaki by on nie był – warto walczyć. Wiem coś o tym.