„Wiedźma” czy „czarownica” to z założenia obelgi. Można je usłyszeć nawet w polskim sejmie. Mają oznaczać, że jesteś brzydka i stara (i mądra, ale tego nie mówi się otwarcie), że nikt cię nie zechce i wszyscy się ciebie boją. A gdy się czegoś boisz – ośmiesz to! Bajkowe baby-jagi mają haczykowaty nos i krogulcze paznokcie. A, no i zapomniałam o gigantycznej brodawie, z której wyrasta włos. Wiedźmy w baśniach i podaniach mogą być piękne jak macocha Królewny Śnieżki, ale to zawsze samo zło. Rzucają zaklęcia, spółkują z diabłem lub własnym kotem, używają dziecięcej krwi (lub – co gorsza – własnej menstruacyjnej) do rzucania miłosnych zaklęć. Przepowiadają przyszłość jak u Szekspira. Co je łączy? Widzą, myślą i mają coś do powiedzenia. Są niepokorne. A takich kobiet świat (mężczyzn) zawsze się bał.

Może to ich… urok?

Nie będę zanudzać was historią, bo na temat polowania na czarownice napisano tomy. Postaram się maksymalnie streścić. Dawno temu światem rządzili mężczyźni i Kościół (a jeszcze lepiej: mężczyźni w Kościele). Religia z grubsza pomagała zapanować nad ludźmi. Wyznaczała też społeczne miejsce kobiety – wdzięcznej, cichej i pokornej. Stworzonej do rodzenia, gotowania i sprawiania, by domowe ognisko lśniło nieskalanym blaskiem. A do tego dochodziła jeszcze jedna zasada: kobieta, świata ozdoba, powinna się nie odzywać i najlepiej, aby nie miała własnego zdania. Tyle że pojawiły się kobiety, którym to nijak nie pasowało. Uczyły się czytać, zbierały rośliny, potrafiły pomóc w kłopotach zdrowotnych ludziom i zwierzętom. Obserwowały rytm natury, jeździły konno i dochodziły do wniosku, że mężczyźni w wielu rzeczach tylko im przeszkadzają. Często były to kobiety starsze, doświadczone przez życie (jak podają źródła: „wdowy po czterdziestce”). Nosiły męskie stroje, nie miały dzieci, za to własną duchowość, o seksualności nie wspominając. „Wiedźmy były tak naprawdę mądrymi zielarkami, wróżbitkami, seksualnie oświeconymi istotami, które nie zostały okaleczone przez chrześcijańską pobożność i zakazy” – pisze Kristen J. Sollee w książce "Polowanie na wiedźmy. Kronika kobiet niepodporządkowanych". Takie kobiety budziły grozę, bo mogły zachwiać patriarchalno-sakralną budowlą osadzoną na zmurszałej skale przesądów i ciemnoty. To wiedźmy (bo wiedziały) zagrażały społeczeństwu (męskiemu oczywiście), w przeciwieństwie do niewiast (które nie wiedziały). Należało się ich bać, można było je wyeliminować. Jak? Błagam, to banalnie proste.

Wszystko, co złe, to przecież wina rzuconego uroku. Wystarczyło oskarżyć wybraną kobietę, zmanipulować świadków, a przyznanie się do winy wymusić torturami. Nie da się zliczyć, ile kobiet (historycy wahają się między 50 a 200 tys.!) spłonęło na stosach lub utonęło podczas „próby wody” w procesach o czary. Dla niewtajemniczonych: próba wody wyglądała tak, że kobietę oskarżoną o czary podtapiano, wrzucano do wody z przywiązanym ciężarem. Jeśli wypłynęła wiedźma jak nic, jeśli nie wypłynęła niewinna. Rozumiecie śmiertelnie niebezpieczny brak logiki w tej strategii? A co kwalifikowało się, żeby kobietę podejrzewać o konszachty z diabłem? Wystarczyło, że komuś skwaśniało mleko, urodziło się dziecko z zezem albo padł koń. Np. w Irlandii, gdy do porodu przychodziła leworęczna akuszerka (wiadomo, wiedźmi znak), odsyłano ją. Jeśli potem z dzieckiem cokolwiek było nie w porządku, nie wahano się, aby oskarżyć ją o mściwe rzucenie uroku. A najsłynniejsze na świecie miasto czarownic? Co takiego wydarzyło się w Salem, że w procesie o czary skazano kilkanaście kobiet, paru mężczyzn i… dwa psy? Kilka rozhisteryzowanych nastolatek oskarżyło miejscowe kobiety o rzucenie uroków, bo po kontakcie z nimi źle się poczuły, zaczęły gorączkować i wymiotować. No cóż. Dziś wiemy, że to objawy wirusa albo grypy żołądkowej.

Czary mylone z wiedzą

Wiedźmy były mądre, bo od zawsze żyły blisko natury. Kobiety zainteresowane rytmem przyrody, leczniczymi właściwościami ziół, choć bytowały na marginesie społeczeństw, często poza wsią, w leśnych chatach, były fenomenem. Z jednej strony się ich bano, z drugiej dość chętnie korzystano z ich pomocy w przypadku kłopotów zdrowotnych. Były zielarkami, nastawiaczkami kości, pierwszymi społecznymi medyczkami i weterynarkami. Także wróżbitkami. Ufano, że pomogą też w sprawach sercowych. Ludzka skłonność do wierzenia, że przyszłość można wyczytać z gwiazd, a cudzą miłość kupić za pomocą dosypania ziół do wina, w zasadzie trwa do dzisiaj. Opakowany wprawdzie w racjonalne przekonania, ale nadal ten element magii jest w naszym życiu obecny. I jeszcze jedno: dawne wiedźmy niewątpliwie miały większy niż inni ludzie kontakt z naturą, więc umiały „czytać” nie tylko z gwiazd, lecz także z przyrody. To nie znaczy, że potrafiły wywołać deszcz. One po prostu wiedziały, kiedy to nastąpi – po licznych obserwacjach przyrody wokół (tak jak i my wiemy, że po rozgwieżdżonej nocy wstanie słoneczny dzień, a płaskie nitkowate chmury zwiastują szybką zmianę pogody). Wiedza to nie czary! 

Nikt się nie rodzi świętą ani czarownicą. Na to trzeba zapracować  

Kolejną z rzeczy, które zupełnie odróżniały czarownice, wiedźmy, znachorki, szeptuchy od żon i panienek, była świadomość własnej seksualności. Znały kobiece ciało, jego rytm i przypadłości. Wiedziały dobrze, co zrobić, aby nie zajść w ciążę lub pozbyć się jej za pomocą prostych zielarskich sposobów. Potrafiły uleczyć nadmierne krwawienia i zaradzić na zbyt dużą liczbę poronień. Były jednocześnie akuszerkami, ale i pozbawionymi wstydu edukatorkami seksualnymi, bo o ciele wiedziały więcej niż inni. A były to czasy bez edukacji seksualnej, dla kobiet zaś – bez jakiejkolwiek edukacji. 

Czy czarownice mogły być święte? Doktryny Kościoła nie zawsze potrafiły rozpoznać „wroga” wśród swoich. Świętość od herezji czasami dzieliło naprawdę niewiele, a czasami zupełnie nic. Choćby święta Katarzyna z Sieny. Wierzyła gorąco, że poślubi Chrystusa. Opowiadała wokoło, że objawił się jej we śnie i wręczył fragment swojego napletka jako pierścionek zaręczynowy. Halo? Brzmi to co najmniej bluźnierczo. A Dziewica Orleańska, Joanna d’Arc, która ostatecznie skończyła na stosie? I w jej świętości widziano wiedźmowatość przejawiającą się choćby tym, że nigdy nie zgodziła się zdjąć męskich ciuchów. Dziś badacze tłumaczą to tym, że była zapewne jedną z pierwszych niebinarnych osób w historii, które miały odwagę i znalazły sposób, aby wyjść poza schemat. „Według pewnych średniowiecznych uczonych Joanna w ogóle nie poprzedzała feminizmu, lecz została za życia wytypowana jako model progresywnej kobiecości przez feministyczną pisarkę Christine de Pisan” – pisze w swojej książce Kristen J. Sollee.

Wiedźmy: wstęp do feminizmu 

Co znaczy „wyjść poza schemat”? Kobiety przez wieki nie zarabiały, nie utrzymywały domu pod względem finansowym. Już „pozbycie” się męskiej opieki wystarczyło, by dopatrywać się w tym nienaturalnego porządku. W genialnej książce "Kobiety z Vardo" Kiran Millwood Hargrave pokazała sprawę w soczewce. W tej historii, osnutej na prawdziwych wydarzeniach z XVII w., na małej norweskiej wyspie kilkadziesiąt kobiet zostaje samych, gdy sztorm zabiera wszystkich mężczyzn z osady. Muszą sobie radzić. Przejmują pomału męskie zadania – łowią, zabijają renifery, remontują chaty. Na miejsce zostaje wysłany słynny tropiciel czarownic, bo nie można pozwolić, żeby kobiety oddawały się tak gorszącym zajęciom. Zdecydowanie szatan maczał w tym palce, a kobiety pewnie w zmowie z nim wywołały sztorm i spowodowały śmierć swoich mężów. I weź tu dyskutuj. Poziom absurdu jak w polskiej polityce. 

Kobiety należały do mężczyzn. Te, które zostały bez pary (czytaj: nie wyszły za mąż), wypadały poza społeczny nawias. Mogły mieć szczęście i pozostać starymi pannami, szacownymi ciotuchnami przy rodzinie. Te, co szczęścia miały mniej – kurtyzanami. Te zaś, którym nie pasowała żadna z tych ról – czarownicami.Usankcjonowaną kobiecością była ta pod opieką męskości. Pozostałe uznawano za wadliwe.

W tym kontekście wiedźmy to tak naprawdę pierwsze feministki. Nie zgadzały się z zastanym krzywdzącym porządkiem. Były samodzielne i samowystarczalne. Poza tym decydowały o swoim ciele. Często głosiły niepopularne poglądy, nawet gdy wiedziały, że mogą je z tego powodu spotkać prawdziwe nieprzyjemności ze śmiercią włącznie (to już gruby kaliber, trzeba przyznać). To kobiety, które stanęły do dyskusji ze światem mężczyzn. I wcale nie dlatego, że były stare i potargane, a ich ulubiony środek lokomocji stanowiła miotła. Po prostu nie chciały dłużej milczeć, a miały coś do powiedzenia.

Wielki comeback (i jak to wygląda w praktyce) 

Dziś kobiecość ma już zupełnie inną definicję. A nawet kilka. Najważniejsze, że nie musimy dłużej od nikogo zależeć, a wchodzenie w relacje jest kwestią naszego wyboru, uczuć, chęci stworzenia związku lub założenia rodziny. Nikt nie podważa tego, że każdy może wyrażać swoje poglądy (przynajmniej w teorii). W większości miejsc na świecie (o ironio, poza Polską) to kobiety decydują o swoim ciele na podstawie własnych przekonań. A dziedzictwo wiedźmowatości powraca w pełnym spektrum. We współczesnym świecie, pełnym nowych technologii, do głosu dochodzą ziemskie wartości i często są one związane z wielką siłą płci żeńskiej. Zwłaszcza tą płynącą z pierwotnych źródeł – kobiecej mocy, czułości, wiedzy, przenikliwości i intuicji. Z bliskości przyrody i umiejętności życia w zgodzie z nią. Kobiety wracają po swoją siłę i instynkt, spotykając się w swoich wspólnotach i babskich kręgach. Na fali „ery Wodnika” powraca wiara w zielarstwo i leczniczą aromaterapię. A nawet zainteresowanie szamanizmem i pogańskimi pierwotnymi rytuałami, bo oderwani od natury i posadzeni przed smartfonami nie czujemy się w pełni szczęśliwi. Tańczymy więc na festynach, puszczamy wianki, świętujemy letnie przesilenia. „Noc Walpurgi została skonstruowana z licznych warstw kobiecości budzących postrach: matki Ziemi, pogańskiej bogini, świętej oraz krnąbrnej czarownicy” – pisze Sollee w swojej książce. Ciekawym obszarem neowiedźmowatości jest wiara w matriarchalną moc naszej planety. Przy czym matriarchat nie jest tu rozumiany jako odwrotność patriarchatu. Przeciwnie: uczy, że mamy największy potencjał, gdy jesteśmy otwarci i bezbronni. 

Na Instagramie pojawia się coraz więcej kont z gatunku „new witches”, a na półkach księgarni królują poradniki typu "Green Witch" z przepisami na mikstury oraz liczne przewodniki, jak zostać współczesną wiedźmą. Grane są detoksy zgodne z fazami księżyca, lunarne medytacje i kosmetyki dobrane do znaków zodiaku. Festiwale wiedźm, parki rozrywki z czarownicami, kramy z chińską taniochą. Bawimy się w Hogwart, influencerki okadzają maty do jogi białą szałwią na odpędzenie uroków i palą palo santo na kilogramy. Youtube’owe wróżki stawiają tarota, aż furczy. Magia jest dla milenialsów czymś, co zastąpiło religię, bo potrzeba duchowości w ludziach trwa. Ale to, co kiedyś było wiedźmowatością (mądrość, odwaga, niepokorność, niekonwencjonalne myślenie, akceptacja siebie, czułość do świata, czerpanie z mocy przyrody i własnej przyjemności), teraz jest po prostu kobiecością. To stan wolności do decydowania o sobie, a nie kwestia tego, czy nosimy patchworkowe szaty i talizmany. Wszystkie jesteśmy trochę wiedźmami, bo kobiety już wiedzą, o co im chodzi! 

5 książek o wiedźmach, które zrobiły na nas wrażenie!

Listę obowiązkową otwierają wspomnianeKobiety z Vardo Kiran Millwood Hargrave. To nie tylko wyśmienicie napisana i przerażająco prawdziwa opowieść o głupocie siły i władzy w kontrze do kobiecej mądrości. To także subtelna historia zakazanego uczucia. Dobre, aż boli.

fot. materiały prasowe

Cytowane tu Polowanie na wiedźmy. Kronika kobiet niepodporządkowanychKristen J. Sollee to opis przewrotnej podróży autorki przez słynne miejsca na świecie związane z historią procesów czarownic. Dla każdego coś fajnego – słynne czarownice, festyny, parki rozrywki, festiwale i oryginalne słodycze (ech, „jaj czarnoksiężnika” aż chciałoby się spróbować). 

Jeśli jesteś romantyczką, spodobają ci się zapewne postacie do bólu ziemskich czarownic z Baśni o wężowym sercu, czyli wtóre słowo o Jakóbie Szeli Radka Raka. Gdzie nie stąpną, kładą się przed nimi kwiaty i pachną zboża. Są zmysłowe i nie dbają o nic. Wiedzą o świecie wszystko i wszystkich uleczą, a gdy skończy się ich czas, zejdą pod ziemię, aby kiedyś powrócić. Mają w sobie nonszalancki spokój, którym można się cudownie zarazić. 

Ciemno, prawie noc Joanny Bator pełne jest grasujących kociar walczących z kotojadami. To rasowe czarownice–kloszardzice. Dobro spowite łachmanami, pomagające potrzebującym i karzące tych, którzy na to zasługują. Do tego thrillerowskie scenografie górniczego Wałbrzycha. Jest klimacik.

A jeśli chcesz poczytać o czarownicach zaprzyjaźnionemu dziecku, nie ma lepszej pozycji niż Wiedźmy Roalda Dahla. Chłopiec uczy się rozpoznawać czarownice, bo jego babcia się na nich świetnie zna. I dobrze, bo wkrótce spotka jedną z nich.