Co właściwie ma patriarchat do seksu? Całkiem sporo. W świecie, w którym liczą się męska przyjemność z seksu i dominacja, a kobiet nie uznaje się za równorzędne partnerki, nie ma mowy o obopólnej satysfakcji i równości w łóżku. Mit o oziębłych kobietach to także wytwór patriarchalnej rzeczywistości, w której bardzo długo starano się tłumić kobiecą seksualność i nie poświęcano jej tyle uwagi, co męskiej (czego echa pobrzmiewają do dziś). Bo kto by się przejmował kobiecą przyjemnością, kiedy we wszystkich innych dziedzinach życia nasza płeć też była marginalizowana. Wręcz bano się kobiecych żądz. Seksualnie wyzwolone kobiety czy te ośmielające się mieć swoje zdanie były posądzane o czary i kończyły na stosie. I wcale nie stała za tym inkwizycja, tylko świeckie trybunały, które skazywały kobiety na śmierć w męczarniach. Zwłaszcza jeśli to mężczyzna doniósł na nieszczęśnicę. Mógł się w ten sposób łatwo pozbyć niekochanej żony czy niewygodnej kochanki. A ona – zanim strawiły ją płomienie – musiała przejść przez przesłuchanie, podczas którego pytano ją na przykład o to, jak wygląda seks z diabłem. Bo uważano, że kobiety – słabsze od mężczyzn na ciele i umyśle – bez wątpienia oddawały się piekielnym stosunkom. Pisze o tym choćby Mona Chollet w eseju „Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet”.

Nierządnice na stos i pod nóż

Kobieca seksualność fascynowała mężczyzn i jednocześnie ich przerażała. Wspomnijmy choćby mit traktujący o waginie uzbrojonej w zęby i zdolnej do amputowania męskich członków. To oczywiście wytwór wyobraźni. Faktem natomiast jest to, że lekarze gorliwie amputowali kobietom łechtaczki i inne części żeńskich narządów płciowych, by owe kobiety nie mogły się masturbować, sprawiać sobie same rozkoszy, jako że to wiązało się ze stratą dla mężczyzn – o tym z kolei więcej przeczytacie w książce Diane Ducret „Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji”. Bo kobiety przecież były tylko po to, aby rodzić dzieci i zadowalać mężczyzn. „Zaciśnij zęby i spełniaj małżeński obowiązek” – z tym podejściem niestety można się spotkać jeszcze dziś. Warto wiedzieć, że seks, na który nie ma zgody − lub zgoda jest wymuszona − to gwałt. Ale do tego przejdziemy za chwilę. Odnosząc się jeszcze do nie tak zamierzchłej przeszłości, trzeba wspomnieć, że także wymaganie jedynie od kobiet, aby do ślubu nie uprawiały seksu, było przejawem stosowania podwójnych standardów i ewidentnych nierówności w traktowaniu płci.

Żyjąc w kulturze gwałtu

Choć czasy się zmieniły i często akceptuje się fakt, że kobieta uprawia seks bez ślubu, to męskie i kobiece zachowania seksualne wciąż nie są oceniane tak samo. Wciąż tkwimy w strukturach patriarchalnych, czego dowodem są takie zjawiska jak slut-shaming i kultura gwałtu. Ta ostatnia oznacza społeczne przyzwolenie na stosowanie przemocy seksualnej wobec kobiet. I nie chodzi tu jedynie o ataki na kobiety ze strony obcych mężczyzn – zagrożeniem są także znajomi, a nawet bliskie osoby. Według raportu Fundacji STER 87% Polek doświadczyło jakiejś formy przemocy seksualnej, a 37% uczestniczyło w aktywności seksualnej wbrew swojej woli. Można więc mówić o powszechności zjawiska. Poza tym kobiece ciała są uprzedmiotowiane i seksualizowane na co dzień; żyjąc w kulturze konsumpcjonizmu, przyzwyczailiśmy się na przykład do tego, że zdjęcie dziewczyny w bikini sprzedaje blachodachówkę.

Problem pojawia się wtedy, gdy my, kobiety, chcemy odzyskać władzę nad naszą cielesnością i seksualnością, odkrywać swój potencjał erotyczny na własnych zasadach. Wówczas jesteśmy nazywane dziwkami, a mężczyźni czują, że tracą nad nami władzę. Teorie feministyczne głoszą, że w gwałcie chodzi nie tylko o zaspokojenie potrzeby seksualnej, lecz także o dominację, manifestację siły. Formą gwałtu jest też wymuszanie seksu bez prezerwatywy – bo mężczyźnie jest niewygodnie – lub ściąganie jej w trakcie stosunku bez zgody i wiedzy kobiety. Oczywiście niechciana ciąża jest już głównie naszym problemem. I same jesteśmy sobie winne, bo „po co nogi rozkładałyśmy”. Nikt nie zwraca się w ten sposób do mężczyzn. Gwałcicieli się usprawiedliwia. Stosuje się victim blaming – obwinianie ofiar, polegające na doszukiwaniu się winy w zgwałconej – czy nie miała za krótkiej spódnicy, zbyt kuszącej bielizny, czy nie zachowywała się wyzywająco? Po co chodziła po nocy? Po co piła alkohol? Tymczasem nie gwałcą spódnica czy alkohol, ale gwałciciel. Nie powinno być tak, że to my mamy się pilnować na każdym kroku, uważać, by ktoś nas nie zgwałcił, żyć z duszą na ramieniu. To mężczyźni powinni być uczeni, że nie mają prawa do kobiecego ciała, że nie mogą gwałcić. Czas na surowe kary i sprawne procesy bez poniżania ofiar dopominających się o sprawiedliwość.

Wszystkie jesteśmy dziwkami

Slut-shaming znacząco przyczynia się do budowania kultury gwałtu i nierówności. Próbuje się zawstydzać kobiety ich seksualnością, surowo się je ocenia. Za nasze prawdziwe lub domniemane zachowania seksualne możemy zostać nazwane dziwkami, puszczalskimi, zdzirami, szmatami. Mamy się szanować, ale jeżeli odmawiamy seksu, to okazujemy się cnotkami niewydymkami. Zawsze jest źle. Kiedy próbujemy się rozwijać w sferze seksualnej, zerwać ze wstydem, cieszyć się swoją cielesnością i seksualnością, podnosi się larum. Jeśli to mężczyźni wykorzystują nasze ciało, seksualizują nas – jest OK. Nie jest im na rękę, że chcemy odzyskać kontrolę na tej płaszczyźnie. Chcieliby, abyśmy bały się określenia „dziwka”, abyśmy miały w głowie autocenzora i same się pilnowały, broniąc tym samym patriarchalnych schematów. W efekcie wstydzimy się swojego ciała, słowo „cipka” nie przechodzi nam przez gardło, nie masturbujemy się, nie uprawiamy seksu na pierwszej randce, choć mamy na to ochotę, bo co ktoś sobie o nas pomyśli, bo wyjdziemy na puszczalskie. Z oczywistą szkodą dla siebie tłumimy nasze potrzeby i pragnienia, mamy złą relację z samymi sobą, trudności z samoakceptacją. Odbija się to nie tylko na naszej przyjemności − wpływa także na doświadczenia osób, z którymi chodzimy do łóżka. Bo podwójne standardy seksualne szkodzą nam wszystkim.

Przepaść między żeńskimi a męskimi orgazmami

Dorastanie w opresji, nasiąkanie negatywnymi przekazami dotyczącymi kobiecej cielesności i seksualności powodują, że mamy seksualne zahamowania, wstydzimy się swoich ciał, surowo się oceniamy. Nie czujemy satysfakcji z seksu, nie upominamy się o nasze seksualne potrzeby, nie mówimy o fantazjach. A jeśli chcemy coś w tej materii zmienić, kosztuje nas to bardzo dużo pracy.

Prześledźmy ten proces krok po kroku. Już jako dziewczynki jesteśmy uczone, by trzymać kolana razem, nie odsłaniać zanadto ciała, bo możemy zwracać uwagę mężczyzn – od małego widzi się w nas kusicielki, zaszczepia się w nas poczucie winy. A kiedy chłopcy łapią nas za warkocze czy strzelają nam ze staników, to uczy się nas bierności zamiast bronienia własnych granic i mówi się nam, że to takie końskie zaloty, że to wyraz tego, iż oni po prostu nas lubią. I tak rodzą się podwójne standardy – chłopcy czują, że mogą przekraczać nasze granice, a my uczymy się zaciskania zębów, choć ich zachowanie nam przeszkadza. Nic dziwnego, że potem jest nam trudno powiedzieć „nie” w łóżku, odmówić czegoś mężczyźnie, bo jesteśmy przyzwyczajone do tego, aby się na wszystko godzić. No i nie chcemy wyjść na „święte”, pamiętając też, żeby nie wyjść na „dziwki”. Więc stosujemy autocenzurę.

Zaniżamy liczbę naszych partnerów czy partnerek seksualnych, nie wiemy, na ile przyznawać się do swojego doświadczenia seksualnego. Nie rozmawiamy swobodnie i szczerze o seksie. Być może trudność sprawia nam odsłanianie nagości, uprawianie seksu oralnego, bo czujemy się brudne i grzeszne, mamy z tyłu głowy, że nasze ciała to powód do wstydu, a nie do dumy. Bo nie myślimy o naszej przyjemności, ale o tym, że jako kobiety zawsze powinnyśmy wyglądać jak z obrazka i pachnieć kwiatkami dla cudzej uciechy. I najlepiej, żebyśmy miały orgazm równocześnie z partnerem i jak w filmach wiły się w spazmach podczas seksu penetracyjnego.

Tymczasem badania pokazują wyraźnie, że do osiągnięcia orgazmu w większości potrzebujemy stymulacji łechtaczki. Durex przeprowadził niedawno badanie w Holandii i Belgii – okazało się, że tylko 20% kobiet szczytuje podczas penetracji waginalnej, choć co trzeci mężczyzna sądzi, iż to najlepszy sposób na kobiecy orgazm. Poza tym 75% kobiet nie ma orgazmu podczas seksu partnerskiego, gdy tymczasem tylko 28% mężczyzn twierdzi, że nie zawsze wtedy szczytuje. Ta przepaść to efekt nierówności, patriarchalnej rzeczywistości, w której kobieca seksualność jest na cenzurowanym, oraz kultury, która gloryfikuje nie do końca realny obraz seksu. W szkołach nie mamy rzetelnej, równościowej edukacji seksualnej, nie eksplorujemy naszych ciał na własną rękę, nie jesteśmy do tego zachęcane – a to najlepszy sposób, aby na spokojnie, na naszych własnych zasadach, bez obawy przed cudzą oceną poznać swoją drogę na szczyt, zdobyć informacje o swoich seksualnych „tak” i „nie”, a co za tym idzie − mieć podstawy do szczerej rozmowy o seksie z partnerem czy partnerką.

Powinnyśmy mówić zarówno wtedy, kiedy w seksie coś nam się podoba, jak i wtedy, gdy coś nie działa, coś nam nie odpowiada. Tymczasem często udajemy orgazm, oszukujemy, że nam dobrze, bo czujemy presję, że musimy dojść. Mężczyźni często o to dopytują – i oni czują przymus, by być świetnymi, sprawnymi w łóżku kochankami – bo to dla nich miara męskości. A prawda jest taka, że presja oddala kobiety od orgazmu, zaś bycie osobą dobrą w łóżku oznacza, że nie zgadujemy, tylko pytamy o to, co druga osoba lubi, co na nią działa, poświęcamy jej uwagę, zamiast skupiać się tylko na sobie i podbudowywaniu swojego ego.

Kobiety wiedzą, co robią

Kobiecym orgazmom sprzyja także wyluzowanie się, bycie tu i teraz, skoncentrowanie się wyłącznie na przyjemności. To jednak wymaga uwolnienia się od strachu przed oceną i nie tylko. Bo jak mamy być w seksie tu i teraz, skupiać się na doznaniach, kiedy z tyłu głowy mamy strach przed niechcianą ciążą – bardzo realny w obliczu niedostatecznej wiedzy o antykoncepcji, utrudnionego dostępu do tabletek dzień po i aborcji, jakby wciąż uważano, że nie jesteśmy w stanie same decydować o naszej dzietności, o naszym ciele, zdrowiu i życiu.

Jak zatem walczyć o równość w seksie? Bez wątpienia wspólnie. To zadanie dla kobiet i mężczyzn – bo wszyscy na tym zyskamy. Przede wszystkim warto walczyć ze slut-shamingiem – ocenianiem cudzych zachowań seksualnych. W XXI wieku wypadałoby wreszcie uznać, że różnimy się od siebie, mamy różne preferencje seksualne, każdy ma swoje „mniam i fuj” i nic nam do tego – nie wtrącajmy się w cudze życie łóżkowe, jeśli chcemy, by inni nie wtrącali się do naszego. Kolejna sprawa to walka z kulturą gwałtu – odpowiednio surowe karanie osób stojących za przemocą seksualną, wspieranie jej ofiar, a także wychowywanie dzieci niezależnie od płci w szacunku do cudzych granic, w tym tych cielesnych, i uczenie ich o seksualności, seksie konsensualnym i komunikacji. Pytanie o zgodę na zachowania seksualne obowiązuje i chłopaków, i dziewczyny. Trzeba także umieć przyjmować odmowę. Rozmawiać o preferencjach seksualnych i antykoncepcji – obowiązek zabezpieczania się przed niechcianą ciążą i infekcjami przenoszonymi drogą płciową nie dotyczy tylko kobiet. Zachęcajmy w równym stopniu chłopców i dziewczynki do samomiłości, uczmy, że ich ciała są dobre, że są źródłem frajdy, a nie wstydu. W ten sposób dokończymy rewolucję seksualną, zadbamy o to, aby seks stał się satysfakcjonujący, był źródłem radości − a nie kompleksów, poświęcania się, powodem do zaciskania zębów. Seks jest jedną z podstawowych ludzkich potrzeb, wpływa na inne dziedziny naszego życia, trzeba więc w nim dążyć do równości. To nie tylko kwestia przyjemności, lecz także zdrowia i życia.

Ten artykuł możesz również odsłuchać.