Chciałabym porozmawiać o różnorodności w związkach i odchodzeniu od heteronormatywnego modelu „2+”. Krzysztof Bosak, który w ostatnim czasie wyrósł na autorytet wśród grupy wiekowej 25+, kilka tygodni temu na swoim Twitterze napisał: „Zawieranie małżeństwa z intencją pozostawania bezdzietnym jest sprzeczne z celem małżeństwa i jako postawa zła nie powinna być żadnym punktem odniesienia przy dyskusji o prawie i porządku społecznym”. Teraz zastanawiam się, jak bardzo Polacy A.D. 2020 są otwarci na inne modele związków niż tradycyjny?

Warto zacząć od ważnych danych: o ile poglądy pana Bosaka mogą mieć poparcie wśród młodych mężczyzn, o tyle zdecydowanie nie mają go wśród młodych kobiet (wynika to z badania przeprowadzonego przez IPSOS), więc panowie podzielający ten styl myślenia muszą znaleźć partnerki do zrealizowania takich „dzietnych” relacji. I wydaje mi się, że mają z tym obecnie spore problemy, gdyż polskie kobiety idą w zupełnie inną stronę, jeśli chodzi o wartości w relacjach, samostanowienie i, przede wszystkim, o wizję swojego życia, niż oczekiwaliby tego od nich owi mężczyźni. W kwestiach światopoglądowych związanych z tematami małżeństwa i posiadania dzieci kobiety w Polsce nie mają prawicowych poglądów. 

Z czego wynika ten relacyjny konserwatyzm u mężczyzn?

Być może jest to rodzaj lęku przed zmieniającymi się czasami i tęsknotą za starym porządkiem, w którym kobieta jest zależna od mężczyzny. Kontrolowanie kogoś daje poczucie bezpieczeństwa, choć oczywiście nie sprzyja wolności i równości, zwłaszcza jeśli jedna strona ma większą kontrolę, choćby ekonomiczną, niż druga. Natomiast kobiety ewidentnie nie chcą już podlegać mężczyznom.

A czy nie jest tak tylko w dużych miastach i środowiskach ludzi wykształconych?

Ale w tych dużych miastach mieszkają właśnie dziewczyny, które wyjechały za wykształceniem i pracą z małych miejscowości czy wsi! To exodus, który jest dobrze widoczny na poziomie socjologicznym – stąd biorą się chociażby pomysły na programy telewizyjne, w których mężczyźni z małych miejscowości poszukują żon. Panowie stali się osobami, które reklamują się jako potencjalni partnerzy, prezentują swoje wdzięki i umiejętności – to istotna zmiana w porównaniu z czasami, kiedy to kobiety prezentowały się jako potencjalne kandydatki na żony, szukały kawalerów. Dziś mężczyźni muszą zabiegać o względy kobiet. Część z nich nie może przyjąć tego do wiadomości i tworzą się społeczności, np. inceli, którzy uważają, że coś im się należy ze względu na to, że są mężczyznami, bo przecież zawsze tak było. Zdecydowanie coś się zmienia. I zmienia się raczej w kierunku większego poczucia kobiet, że i bez relacji z mężczyzną ich życie jest wartościowe, że coś znaczą, że sobie poradzą i że bardzo często takie życie jest dużo lepsze niż inne. Dodam jeszcze, że jak pokazują badania, żonaci mężczyźni żyją dłużej niż mężczyźni nieżonaci, a u kobiet relacja długości życia i związku w ostatnich dekadach zanika. To daje do myślenia na temat tego, komu tak naprawdę służy współczesne małżeństwo. 

Czy można w tym kontekście mówić o powolnym zmierzchu instytucji małżeństwa?

Małżeństwo jest tak silnym symbolem, że jeszcze bardzo długo w naszej kulturze będzie stanowiło wartość. Wciąż jest traktowane jako publiczna deklaracja ważności związku. Część osób nie czuje się bezpiecznie w sytuacji, kiedy bardzo dla nich ważna, długa relacja nie jest zalegalizowana. Możemy natomiast zaobserwować, że dla innej grupy ludzi powoli znika  zależność między koniecznością zawarcia małżeństwa a udowodnieniem partnerowi, że jest się faktycznie do niego przywiązanym i zaangażowanym w związek. Dlatego obserwujemy – i to we wszystkich krajach Europy, także w Polsce – że coraz więcej dzieci wychowywanych jest w niezalegalizowanych związkach. 

Jaki jest tego główny powód?

To bardzo indywidualna kwestia i przyczyn podjęcia takiej decyzji może być całe mnóstwo. Dla wielu ślub jest bardzo ważnym wydarzeniem, jednak wiąże się ze znaczącymi kosztami finansowymi, więc rezygnacja z niego może nastąpić z powodów czysto ekonomicznych. Niektóre osoby nie wezmą ślubu w ramach sprzeciwu wobec prawnej dyskryminacji homoseksualnych bliskich i przyjaciół. Będą też tacy, którzy powiedzą, że jest to pusty rytuał, w myśl zasady, że jeśli mamy być ze sobą, to tylko dlatego, że na poziomie psychologicznym i emocjonalnym łączy nas coś prawdziwego. Dla nich świstek papieru nie świadczy o miłości, za to może być utrudnieniem w sytuacji, gdy para postanowi się rozejść.

Cały czas mówimy o tradycyjnych związkach.

Nie do końca zgodzę się z tym, że wiemy, co znaczy tradycyjny związek, bo w ramach tradycyjnego związku modele życia ludzi są różnorodne. Są konserwatywni światopoglądowo mężczyźni, którzy albo wspierają rozwój swoich partnerek, albo nie stawiają mu przeszkód, co można zobaczyć chociażby w serialu „Mrs. America” (HBO), w którym główna bohaterka Phyllis Schlafly to konserwatywna amerykańska aktywistka polityczna, która walczy przeciwko wprowadzeniu do konstytucji poprawki o równouprawnieniu kobiet. Mimo że funkcjonowała w bardzo tradycyjnym małżeństwie, miała szereg przywilejów, z których korzystała i które pozwoliły jej na życie o wiele bardziej wyzwolone niż to, które prowadziły wówczas kobiety o liberalnych poglądach. Tak więc czynniki ekonomiczne, pozycja w społeczeństwie, rozbudowane sieci społeczne, własne cechy, takie jak pewność siebie, asertywność czy aktywna postawa, mogą mieć znacznie większe znaczenie dla możliwości działania człowieka niż model związku. A dodatkowo to, czy partner jest godny zaufania i czy jest przyzwoitym człowiekiem, mówi więcej o związku i możliwościach, jakie on daje, niż to, czy związek jest tradycyjny, czy nowoczesny. Czasami w tradycyjnym związku, w którym partnerzy się szanują, będzie większe równouprawnienie, wolność i zaufanie, a w konsekwencji szczęście, niż w związkach pozornie nowoczesnych.

Gdyby wszyscy ludzie patrzyli na swój związek i inne relacje wyłącznie pod kątem wartości, społeczność LGBTQ nie musiałaby walczyć o swoje prawa, a inni nie musieliby się kryć z relacjami, które według otoczenia odbiegają od potocznie rozumianej „normalności”. 

Jeśli ktoś myśli o związkach przez pryzmat tego, czy są w nich jeden penis i jedna pochwa, to powiedziałabym, że ta osoba ma przede wszystkim małą wyobraźnię i nie zwraca uwagi na to, co najważniejsze. Jeżeli odpowiemy sobie na pytanie, czy dana relacja sprawia, że żyje nam się lepiej, że się rozwijamy, że wspomagamy się nawzajem w osiąganiu swoich celów zawodowych, artystycznych, osobistych, że jeśli chcemy mieć dzieci, to tworzymy dla nich razem bezpieczne i ciepłe środowisko, to zobaczymy, że to, w jakim modelu się związek realizuje, ile osób w nim uczestniczy oraz jakie narządy płciowe wchodzą w nim w interakcje (i czy w ogóle wchodzą), nie ma żadnego znaczenia. 

Więc dlaczego duża grupa ludzi boi się tej różnorodności w związkach i nie jest otwarta chociażby na poliamorię?

To wybór między poczuciem bezpieczeństwa a przygodą – eksploracją możliwości, z którą wiąże się również akceptacja niepewności. Dla dużej części ludzi związki monogamiczne są jedyną bezpieczną przystanią, którą sobie wyobrażają. Próbując na siłę być w poliamorycznym związku, bo akurat wyobraziliśmy sobie, że to nas jakoś rozwinie, możemy szalenie cierpieć z powodu bycia niewybranymi i niejedynymi. Jednak trzeba też pamiętać, że każdy związek, od poliamorycznego przez swingujący czy w inny sposób otwarty po klasyczną monogamię, jest oparty na pewnych zasadach oraz ograniczeniach, których musimy mieć świadomość. Bez względu na model związku jakaś część nas dopasowuje się do niego i zmienia. Motywacja i miłość rozumiana jako działanie na rzecz dobra drugiej osoby są potrzebne w każdej relacji.

Czy tylko związki i relacje, niezależnie od tego, czy myślimy o monogamiach, czy o poliamoriach, dają nam absolutne szczęście i spełnienie? Wierzę, że samotność z wyboru, w którą zwykle nie dowierza otoczenie, też może być emocjonalnie dobra. 

Badania pokazują, że kobiety, które były przez całe swoje życie same, mają lepsze zdrowie niż kobiety, które żyły w nieudanych związkach partnerskich. Musimy jednak pamiętać, że nie możemy mówić o tym, że dla danej osoby lepsze będzie albo życie w związku, albo poza nim. Możemy co najwyżej założyć, że dla danej osoby w danym punkcie jej życia, z tymi doświadczeniami, które ma, lepszy będzie przez jakiś czas związek lub życie w pojedynkę. Są ludzie, którzy po 40 latach szczęśliwego życia z kimś nagle przeżywają jakąś traumę. To może być zdrada albo śmierć ukochanej osoby. I odkrywają, że bycie tzw. singlem (co nie implikuje samotności, bo często te osoby mają wielu bliskich znajomych i przyjaciół) jest niezwykle satysfakcjonującą i uwalniającą formą życia. Są osoby, które czuły się dobrze same ze sobą, ale trafiły w końcu na osobę, która im odpowiada i dla której są gotowe do pewnych poświęceń i kompromisów oraz do utrzymania tego związku, bo daje on im więcej, niż zabiera. Ale co będzie z tymi samymi osobami za pięć, 10 lub 15 lat, nie jesteśmy już w stanie powiedzieć, zwłaszcza że psychologowie osobowości stwierdzili, iż powiedzenie „ludzie się nie zmieniają” jest niezgodne z prawdą. Wystarczy kilkanaście lat, by nasze cechy osobowości, uznawane niegdyś za względnie trwałe, się zmieniły. Sama znam osoby, które były uznawane za największych rasistów, seksistów i homofobów, a stały się otwarte pod każdym z tych trzech względów. Gdybyśmy się nie zmieniali, życie byłoby szalenie ponure, rozwój byłby pustym słowem, a terapie nie miałyby sensu!