Tomek Kwiatkowski, Adam Śmiarowski i Bartek Kułaga poznali się w Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie pracowali jako przewodnicy.. Z miłości do Warszawy, miasta, w którym urodzili się i wychowali, założyli konto @warsoholicy, które obecnie obserwuje 12 tys. osób. Czy wiedzieliście, że Mick Jagger podczas wizyty w Warszawie przy okazji trasy koncertowej pokochał polskie pierogi? Do tego stopnia, że nie chciał jeść niczego innego! Grupa The Rolling Stones zatrzymała się wówczas w hotelu Bristol, a pierogi z restauracyjnej karty nazwano na cześć frontmana legendarnego zespołu. Albo czy wiedzieliście, że dzielnica Żoliborz na początku figurowała w dokumentach pod różnymi nazwami (np. jako Fawory czy Polków), a ostateczna nazwa to spolszczone francuskie określenie „joli bord”, czyli „piękny brzeg”? Na profilu @warsoholicy znajdziecie wiele tego typu anegdot, które pozwalają mieszkańcom odkryć Warszawę na nowo, a odwiedzającym poznać ją od tej mniej turystycznej strony. To prawdziwa kopalnia zarówno historycznej, jak i kulturalnej wiedzy, której nie znajdziecie w podręcznikach od historii.

Aleksandra Jóźwiak: Nie znam drugiego takiego konta, które byłoby poświęcone innemu miastu od historycznej strony. Zazwyczaj „miastowe” profile polecają miejsca z jedzeniem i atrakcjami w danym mieście. Jaka jest geneza konta @warsoholicy?

Tomek Kwiatkowski: Razem ze współzałożycielami, czyli z Adamem i Bartkiem, poznaliśmy się w Muzeum Powstania Warszawskiego. Zaczynaliśmy jako wolontariusze, potem zostaliśmy przewodnikami. Oprowadzając grupy z całej Polski, bardzo zajaraliśmy się ich reakcjami, to nam dawało satysfakcję. Nawet nie samo przekazanie wiedzy, ale moment, w którym widzieliśmy, że to na nich wpływa. Zaczęliśmy bardzo mocno kombinować, żeby te wycieczki były jak najciekawsze, oryginalne. Chcieliśmy odejść od stereotypu, że w muzeum jest nudno. Używaliśmy słów, które bardzo mocno odchodzą od encyklopedycznych, to był język, który trafiał do młodzieży. Odbiór tych naszych wycieczek był na tyle pozytywny, że chcieliśmy się w tym jeszcze bardziej rozwinąć. Muzeum Powstania Warszawskiego dawało nam ogromne możliwości, ale ograniczało nas w pewnym sensie tematycznie. Wymyśliliśmy więc spacery tematyczne po Warszawie, które robiliśmy głównie dla znajomych i które kończyły się zazwyczaj piwkiem nad Wisłą. Znajomi często pytali, dlaczego nie działamy szerzej. W końcu rok temu całkiem spontanicznie przyszedł nam do głowy pomysł na założenie profilu @warsoholicy. Wymyśliliśmy taką luźną nazwę, połączenie dwóch światów. Myśleliśmy, że będziemy pisać dla maksymalnie pięciuset osób, nikt nie zakładał, że będzie ich więcej. Kolejną ciekawą rzeczą było to, że ludzie zatrzymują się i czytają tekst, co na Instagramie nie jest normą. Nieco po ponad roku działalności wybiło nam 12 tys. odbiorców, więc wzrosty są bardzo szybkie.

Ogród Saski z widokiem na Grób Nieznanego Żołnierza (fot. archiwum prywatne)


Instagram to raczej przestrzeń, w której prym wiodą fancy kawiarnie, zdjęcia ładnych przedmiotów i stylizacji. W medium nastawionym na obraz trudno przekazać jakąś treść. Jak w tak specyficznej przestrzeni udało Wam się zgromadzić zaangażowaną społeczność, która faktycznie Was czyta i z Wami dyskutuje?

Instagram faktycznie jest serwisem nastawionym na kontent zdjęciowy. A my chcieliśmy postawić głównie na treść i to było wyjście z pewnej formy. Wyjście poza schemat może doprowadzić do czegoś nowego, co będzie pożądane, i tak było w naszym wypadku. Moment, w którym zauważyliśmy, że panuje trend konsumpcji treści czytanej sprawił, że postanowiliśmy to rozwijać. Nasza pierwsza publikacja liczyła trzy zdania, gdzie opisaliśmy, że w jednym z warszawskich kościołów jest kość mamuta i tyle. Teraz piszemy już całe historie, a popularność naszego małego instagramowego pisemka wzrasta. Czegoś takiego po prostu jeszcze nie było. Są profile, które opisują knajpy itd., ale nie ma za wiele takich, które skupiałoby się na mieście, na tym, co nas otacza, na historii – zarówno tej współczesnej, jak i tej, która już zapisała się na kartach. Piszemy o miejscach, które nasi czytelnicy na co dzień mijają, które ich dotyczą i które są im bardzo bliskie. Dlatego np. zawsze bardzo aktywizują się mieszkańcy dzielnicy, o której właśnie piszemy. To zbudowało relację między nami i użytkownikami. Myślę, że to wynika z tego, że na naszym profilu nie ma nachalnej promocji. To jest po prostu historia: tak to wyglądało i proszę, róbcie z tym, co chcecie, to jest dla was.

Na Waszym profilu jest mnóstwo ciekawostek o stolicy – historycznych, architektonicznych i takich z życia wziętych, nawet o warszawskiej elicie. Przybliżacie historię miasta w nietuzinkowy, interesujący sposób, opowiadając np. o tym, że Mick Jagger z The Rolling Stones pokochał pierogi w hotelu Bristol i nie chciał jeść już nic innego podczas pobytu w Polsce. Skąd Wy to wszystko wiecie?

Po pierwsze Warszawa jest bardzo mocno wpisana w pasmo naszych zainteresowań, więc nie wymyśliliśmy sobie nagle od tak, że będziemy o tym po prostu pisać, tylko przez wiele lat o tej Warszawie czytaliśmy. Wiele ciekawostek przewijało się też przez całe nasze życie, w końcu tutaj dorastaliśmy. Ale cały czas też szperamy w jakiś dokumentach, szukamy i czytamy stare gazety, które były niesłychanie dokładne i szczegółowe. Miałaś tam podane, co się wydarzyło, gdzie, kto za tym stał, ile miał lat... Pisano kiedyś: Robert „jakiś tam”, zamieszkały przy ulicy Chełmskiej… itd. Ludzie są również niesłychanie dobrym nośnikiem historii, które my oczywiście potem weryfikujemy. Natomiast też mieszkańcy bardzo pozytywnie odbierają to, że chcemy o nich pisać. Bardzo często niektóre miejsca są zapomniane i w ogóle niewiele osób wie o ich istnieniu, dlatego właściciele tych obiektów są zaskoczeni, że chcemy o nich coś opublikować. Dla nas to duży fun, że możemy sprawić, że 12 tys. osób dowie się o takim ukrytym miejscu. Najczęściej pani, która sprzedaje kwiaty na rogu, wie najwięcej. Dozorca, który mieszka pod „jedynką” też będzie miał mnóstwo historii. Bardzo dużo rozmawiamy z ludźmi.

Przedstawiacie historię Warszawy na Instagramie @warsoholicy tak, że nie sposób nie zakochać się w tym mieście albo chociaż nie uśmiechnąć się, czytając miejskie historyjki. Kiedy u Ciebie pojawiła się miłość do tego miasta?

Wychowałem się tutaj, więc mocno identyfikuję się z tym miastem. Chodziłem do liceum na Powiślu, mieszkam w Wilanowie, studiowałem na Bielanach, więc przez całe życie przemierzam Warszawę wzdłuż i wszerz. Warszawa to dla mnie mała ojczyzna i od zawsze się z nią utożsamiam, nie tylko z miastem, ale też z klubem piłkarskim, z ludźmi, których tu poznałem. To jest taki mój mały świat i każde miejsce z czymś mi się kojarzy. Miałem to szczęście, chociaż pewnie wiele osób wcale nie myśli o tym w ten sposób, że chodziłem tutaj do podstawówki, do gimnazjum, do liceum itd. Spędzając tu całe życie, musiałem się trochę w tym mieście zakochać i zawsze Warszawa będzie budziła we mnie emocje.

Bulwary Wiślane, w tle widoczny Most Gdański (fot. archiwum prywatne)


Czym jest dla Ciebie lokalny patriotyzm?

Wiesz co… zgodzimy się pewnie co do tego, że świat jest piękny. I to mówi praktycznie każdy. Ale nikt nie wspomina, gdzie to piękno się zaczyna. Wszyscy mówią „świat jest piękny, byłem kiedyś w Hiszpanii etc.”. Natomiast niewiele osób dostrzega, że to piękno zaczyna się obok. Powinniśmy doceniać to, co mamy wokół siebie. Lockdown był trochę szczęściem w nieszczęściu, ale mam wrażenie, że sporo osób zaczęło zauważać to, co mają w swoich miastach. W tym okresie dostawaliśmy bardzo dużo wiadomości prywatnych z prośbami o polecenia, co ciekawego można zobaczyć w Warszawie. To pokazuje, że w ludziach rozbudziła się potrzeba poznania tego, gdzie żyją. Wiadomo, że lubimy tęsknić za tym, czego nie mamy i szukać tego gdzieś daleko, a często najpiękniejsze rzeczy są obok nas. I my to piękno na profilu @warsoholicy pokazujemy.

Na zakończenie chciałam zapytać, jaka jest Twoja ulubiona historia związana z Warszawą?

Nie mam jednej ulubionej, ale ostatnio w pamięć zapadła mi historia, taka bardziej do pośmiania się. 60 lat temu Warszawa była drugim miastem w Polsce, które miało sztuczne oświetlenie stadionu piłkarskiego. Nikogo nie było stać, żeby kupić porządne oświetlenie, więc powstał pomysł, żeby jakoś je skołować. Któregoś dnia klub Legia Warszawa dostał cynk, że na jednym z lotnisk zostały wymienione reflektory do oświetlania pasa startowego. W związku z tym władze klubu zaopatrzyły się w skrzynkę wódki i pojechały na to lotnisko. Wódka nie była zła, więc reflektory zostały zakupione. I w tym momencie niestety sprawdza się porzekadło „mądry Polak po szkodzie”, bo nikt nie pomyślał o tym, jak te reflektory przymocować. Ściągnięto skądś wielkie maszty, ale okazało się, że oświetlenie jest za ciężkie i maszty się ruszały. Następnie powstał pomysł, aby z kamieniołomów pod Kielcami przywieźć specjalne głazy stabilizujące, żeby wsparły maszty. Kolejny problem, który potem wyszedł to brak kabli, które należało podpiąć pod maszty. I pracownicy zaczęli ich szukać – były w jednym miejscu, w krakowskim magazynie, czekające na eksport do Brazylii. Wpadli na pomysł, żeby je odkupić. Na szczęście przez kilka dni nikt się po te kable nie zgłosił, dlatego oni je „pożyczyli”. Zrobili niesamowity błąd, bo bezpieczniki zamiast na dole, przymocowali na górze masztów, więc przy każdej usterce, trzeba było się na ten maszt wspinać. Obok stadionu znajdowały się słynne baseny Legii, na które chodziła śmietanka towarzyska. Robotnicy, którzy pracowali przy montażu oświetlenia, odwracali reflektory w stronę basenów i migali światłem, co się oczywiście kończyło reprymendą, ale ostatecznie zwracali na siebie uwagę pięknych aktorek. Kiedy opracowywałem tę historię, nie przypuszczałem, że w jednej opowieści może być tyle ciekawostek i paradoksów. Ja mam po prostu taką zajawkę odkrywania tego i jak zapytałaś się mnie, czy mam ulubioną historię, to nie, ale zawsze sprawia mi to mnóstwo radości i często sam jestem zaskoczony tym, co udaje mi się odkryć.