Dlaczego szukamy w internecie informacji o tym, jak być mamą?

Bo dzisiaj brakuje nam grupy, wspólnoty, inaczej mówiąc „wioski”, czyli tego, co daje poczucie, że nie jesteśmy w macierzyństwie same. Kobiety są różne, mają różne dzieci i różne doświadczenia, ale sama możliwość zobaczenia, że inne matki też się borykają albo mają podobne zmartwienie, przynosi ulgę. Czasem też potrzebujemy kogoś, kto nam podpowie co i jak robić – przecież uczymy się, jak być rodzicami, w biegu, nikt nas do tego wcześniej nie przygotowuje. To naturalne, że podpatrujemy innych rodziców i w wielości różnych dróg próbujemy odnaleźć własną. Kiedyś rodziny były liczne i wielopokoleniowe, wszyscy mieszkali razem, kobiety tworzyły grupy – dziewczynki w sposób naturalny obserwowały, jak inne kobiety opiekują się dziećmi, a potem same brały niemowlaka na ręce, zajmowały się nim, poznawały, jak to jest. Zyskiwały takie doświadczenie w naturalny sposób. Dzisiaj kobiety często nie mają nawet namiastki tego, ich dziecko jest pierwszym, którym się zajmują, a funkcję wioski próbuje zastąpić np. Instagram. 

To jest dość mocno wyreżyserowany świat.

No właśnie. Kłopot z tą „wioską” w sieci polega też na tym, że to co oglądamy w mediach społecznościowych, to tylko wycinek rzeczywistości. W dodatku mocno sprofilowany. To nie jest tak, że idziemy na nasz osiedlowy plac zabaw i tam spotykamy różne sąsiadki z dziećmi, patrzymy, jak te dzieciaki się bawią, gadamy, wymieniamy się doświadczeniami. W sieci to algorytmy decydują, kogo „spotkamy” i co zobaczymy. Ten świat jest często wyidealizowany, kreuje nieistniejące potrzeby, wygórowane oczekiwania. Widzę to, sama korzystam z mediów społecznościowych. Moje klientki też to sygnalizują. Po obejrzeniu kilkunastu wpisów mają poczucie, że wszystkim układa się świetnie, tylko one nie dają rady. Nie mają w domu ani takiego porządku, ani takich ładnych mebli, ani takiego wymuskanego dziecka. W ostatnim czasie jesteśmy zamknięci w domach, mało się spotykamy, więc też jeszcze mniej jest okazji, by urealnić te słodkie obrazki z Instagrama. Brakuje nam obrazów prawdziwego życia. A jeśli ktoś chciałby być w sieci prawdziwy, to pojawia się wątpliwość – czy upublicznianie czegoś tak intymnego to na pewno dobry pomysł? Do jakiego stopnia chcemy obcych ludzi wpuszczać do naszego życia, na ile chcemy się wystawiać na ocenę? Przecież nasze życie z dziećmi to obszar bardzo prywatny. 

Powiedziałaś, że często pierwszy niemowlak, którego trzymamy w rękach to nasze dziecko…

Nic więc dziwnego, że towarzyszy nam niepewność. Dlatego wszelkie wcześniejsze okazje, by pooglądać jakieś dziecko, ponosić je czy pobawić się z nim, są bezcenne, pozwalają trochę się z tym obyć. Zyskuje się też praktykę: można się dowiedzieć, że niemowlaki potrafią rozdzierająco płakać, że początkowo nie trzymają same głowy albo robią dziwne miny. Mówi się, że „potrzeba całej wioski, by wychować dziecko” nie tylko dlatego, że kiedyś (jak pokazują np. badania antropolożki Evelyn Kirkilionis) opieką nad jednym dzieckiem zawsze zajmowało się kilkoro dorosłych, zazwyczaj kobiet, ale również dlatego, że małe dziecko ma różnorodne potrzeby i oczekiwanie, że wszystkie je spełni jedna osoba, jest nieadekwatne. Wioska jest potrzebna nie tylko dlatego, że odciąża matkę, ale właśnie dlatego, że pozwala dziecku na urozmaicone doświadczenia – bardziej energiczny wujek lubi zabawy energetyczne, babcia opowie o kosmosie, a ciotka poprzytula i pośpiewa. Kontakt z różnorodnością jest rozwijający, bo dzięki niej dziecko stworzy różne więzi, zobaczy, że ludzie mają różne cechy, kompetencje, również ograniczenia. My też potrzebujemy innych dorosłych, żeby odpocząć, móc zyskać trochę dystansu i np. zobaczyć, że nasze dziecko jest elastyczne i akceptuje różne formy opieki. To też przynosi ulgę.

A gdy tych innych dorosłych nie ma obok nas?

To jest trudno. W samotności trudniej się mierzyć z wątpliwościami, które w oczywisty sposób w nas się pojawiają. Kiedy jesteśmy rodzicem, potrzebujemy innych ludzi dookoła. To trochę tak jak, kiedy po raz pierwszy zakochujemy się i mamy mnóstwo pytań do koleżanek: „Co mam mu odpisać?”, „Dlaczego on się tak zachował?”, „Czemu ona nie dzwoni?” itp. itd. Kiedy młodzi dorośli borykają się z tymi pytaniami, to rodzeństwo czy przyjaciele pomagają się odnaleźć w nowej sytuacji, dzielą doświadczeniem. Kiedy rodzą się dzieci, pojawia się podobna fala wątpliwości: „Dlaczego płacze? Czy to normalne?”, „Mam spać z nim razem czy osobno?”, „Czy te chusty na pewno są bezpieczne?”. Gdy nie mamy doświadczenia, wszystko może wydawać się przytłaczające. Jeśli nie ma przy nas nieco bardziej doświadczonych i życzliwych dorosłych, to niestety z pytaniami i wątpliwościami kierujemy się do Internetu. A tam trudno pozyskać odpowiedzi, bo świat w sieci dąży ku czarno-białym rozwiązaniom i „sprawdzonym, jedynym słusznym teoriom”. Zamiast poszukiwania i namysłu, jest tam raczej walka o to, kto ma rację, z trudem dopuszcza się, że rozwiązań może być wiele, a ideały nie istnieją. I możesz być pewna, że zawsze się znajdzie ktoś, kto skrytykuje drogę, którą wybrałaś. 

Jakie są te obiegowe teorie?

„Nie noś, bo się przyzwyczai i zawsze będziesz go nosić”, „Dziecko w łóżku rodziców oznacza koniec ich seksu”, „Każda kobieta powinna karmić piersią”, „Mózg rozwija się do trzeciego roku życia, więc wszystko co teraz zrobisz, ma decydujące znaczenie”, „Powinnaś szybko wracać do pracy, bo jak nie będziesz miała własnych ambicji, to unieszczęśliwisz dziecko” itd. Te nieprawdziwe, niczym niepotwierdzone przekonania sprawiają, że kobieta nierzadko ma poczucie, że czego by nie zrobiła i tak będzie źle. Dodatkowo tym opowieściom towarzyszy presja, że trzeba być wierną jednemu rozwiązaniu i konsekwentnie się go trzymać. Wśród tego zgiełku trudno odnaleźć własną drogę do tego, jaką chcesz być matką, trudno być elastyczną, przyglądać się spokojnie sobie i swojemu dziecku. Podam przykład: możesz przecież lubić nosić swojego małego niemowlaka na rękach czy w chuście, lubisz to uczucie bliskiego fizycznego kontaktu, ale po kilku miesiącach zaczynają cię boleć plecy albo maluch zmienia upodobania i zaczyna płakać w chuście – możesz chcieć wtedy szukać innych rozwiązań. Może lepiej się wysypiasz, gdy śpicie razem w jednym wielkim „rodzinnym gnieździe” albo odwrotnie, potrzebujesz, żeby dziecko spało osobno, bo każde jego poruszenie w nocy cię wybudza. Kiedy przychodzą do mnie klientki i proszą, żebym powiedziała im, jak należy postępować, najważniejsze staje się wspólne poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: „W jakich warunkach ta konkretna kobieta będzie mogła budować bezpieczną więź z tym konkretnym dzieckiem”?. Jeśli będzie przytłoczona tymi wszystkimi teoriami, zakazami, nakazami, powinnościami i radami, trudno jej będzie znaleźć odpowiedź na to pytanie. Wiele razy zdarzyło mi się, że klientka do mnie dzwoniła i pytała co ma robić, bo „sama już nie wie”.

Co im wtedy mówisz?

Ważniejsze od tego, co mówię jest to, co robię. Przede wszystkim uważnie słucham, nie oceniam, niczego nie narzucam. Jestem ciekawa jej perspektywy, towarzyszę w tym, co się w niej dzieje, nie boję się jej emocji, siły. Prawdziwe słuchanie naprawdę pomaga. Pomaga nam, gdy ktoś z kim rozmawiamy, nie przestrasza się tego, co przeżywamy. Wtedy nasze lęki stają się bardziej do wytrzymania, a spoza emocji wyłania się możliwość myślenia, zastanawiania się. Okazuję dużo zrozumienia i normalizuję tę sytuację, mówię o tym, co w tych pierwszych miesiącach jest normalne, zrozumiałe. Młode matki bardzo często skarżą się na poczucie izolacji, osamotnienia i bycia nierozumianymi: „Nie rozumiem cię, inne matki jakoś sobie radzą”. 

A można znaleźć wspierające środowisko w internecie?

Podczas warsztatów dla kobiet, które prowadzę i warsztatów dla par, które prowadzimy razem z mężem, namawiam, żeby szukać wsparcia, gdzie tylko się da. Możne je znaleźć również w internecie. Sama jestem w dwóch zamkniętych facebookowych grupach dla matek, gdzie jest dużo życzliwości, ale też wiedzy. Dziewczyny dzielą się doświadczeniami, opowiadają o rozwoju swoich dzieci, o dylematach, wątpliwościach. Idealnie byłoby, gdybyśmy mogły spotkać się na żywo, poznać swoje dzieci i pobyć razem, ale dobre i to.

Czy mama może mieć dość swoich dzieci?

Oczywiście! Myślę, że każda mama czasami ma dość swoich dzieci. Tylko bardzo trudno jest o tym powiedzieć otwarcie. Możemy przecież być zmęczone ciągłymi pytaniami, niekończącymi się negocjacjami, kojeniem smutków, szukaniem rozwiązań i tą nieustającą emocjonalną dostępnością. Możemy być też zmęczone własnymi emocjami, wątpliwościami, monotonią, koniecznym w przypadku niemowląt spowolnieniem, a także szukaniem strategii, by zaspokoić własne potrzeby. Bywamy również zmęczone oczekiwaniami, które mamy wobec samych siebie. Wiele z nas ma przekonanie, że czas, który spędzamy z dziećmi, powinien być efektywny, produktywny, edukacyjny, wyłącznie beztroski, pełen uśmiechów i samych istotnych doświadczeń. To jest nierealistyczne. Czasem wystarczy, że dotrwamy wszyscy do wieczora. Naprawdę trudno oczekiwać, że człowiek będzie zawsze pełen entuzjazmu w stosunku do kogokolwiek, a w szczególności do kogoś, do kogo trzeba mieć mnóstwo cierpliwości. Nie znam nikogo, kto by miał w sobie nieustający rodzicielski entuzjazm. Kocham moją rodzinę nad życie, ale nie wyobrażam sobie spędzania z nimi czasu non stop. Można czuć ulgę, kiedy nasze dzieci są gdzie indziej niż my. I to jest bardzo OK. Czasem potrzebujemy mieć przerwę i móc się stęsknić. 

A jak się nie ma takiej możliwości, żeby od swojego dziecka odpocząć?

Narastające zmęczenie i uczucie bycia w pułapce może zwiastować kłopoty. Bywa przecież tak, że to jest coś więcej niż zmęczenie. Kiedyś na placu zabaw spotkałam kobietę, której synek był malutki i bardzo płakał. Była w rozpaczy, mówiła, że „nie nadaje się na matkę, że „żałuje, że zdecydowała się na macierzyństwo”. Powiedziałam jej wtedy, że po porodzie mojego młodszego syna, najpierw miałam okropne migreny, a gdy tylko się skończyły, on zaczął mieć kłopoty z brzuchem i codziennie rozdzierająco płakał. To był taki krzyk, od którego wszystko mi się w środku kurczyło. Powiedziałam jej, że miałam wtedy taką myśl, że wiem, skąd się biorą historie o kobietach, które szarpią swoje dzieci. Gdy skończyłam, ta pani się rozpłakała i powiedziała, że sama miała podobne myśli, ale nie wyobrażała sobie, że można się do nich przyznać. Myślała, że nie kocha swojego synka. Rozmawiałyśmy o tym, że takie myśli pojawiają się wtedy, gdy kończą się zasoby. To rodzaj lampki alarmowej. Nie należy się za nie karać, tylko szukać pomocy. Ja miałam to szczęście, że wtedy mąż przejął opiekę, ale w takich chwilach trzeba szukać wsparcia, gdzie tylko się da, nie czekać. 

Dlaczego tak rzadko przyznajemy się, że jest nam trudno? 

Bo usztywnia nas lęk przed oceną, boimy się usłyszeć: „jesteś złą matką”. To chyba jedna z największych obelg, prawda? Przestrzegam też przed porównywaniem się. Widzę, że czasem moje klientki mają pokusę idealizowania mnie. Kiedy ktoś pyta, jakie są moje doświadczenia, odpowiadam, że mam dwóch synów, bardzo różnych – co mi dobitnie pokazuje, jak istotny wpływ mają geny –  że mój wkład w ich wychowanie jest naprawdę ograniczony. Staram się nie stać im na drodze, spokojnie patrzeć jak rosną, nie przeszkadzać w rozwoju. Popełniam błędy, jak każdy, staram się z nich czegoś nauczyć. Dopytuję też, skąd te pytania. Nie chcę uchodzić za żaden wzorzec, nie chciałabym, żeby się do mnie porównywano, zachęcam do szukania własnej drogi. Lęk przed oceną jest wszechobecny. Zdarza się, że ktoś przychodzi na konsultację i od progu zastrzega z poczuciem winy: „Pani Ulu, chciałam tylko na wstępie zaznaczyć, że nie jestem taką bliskościową mamą, bo miałam cesarkę”. Przecież to jakiś absurd. Też miałam cesarkę, taka była konieczność. Jak widać „bliskościowość” też może stać się taką teorią, z której nas ktoś będzie rozliczał. Ciągle się boimy, że ktoś nas rozliczy z tego, czy jesteśmy naprawdę, ale tak naprawdę dobrymi matkami.  

Co daje matkom to poczucie, że mogą się nawzajem oceniać?

To wynika z lęku. Tak jak mówiłyśmy, wiele młodych matek czuje się pozostawionych z wyzwaniami macierzyństwa samym sobie. Kobieta z małym dzieckiem musi sobie radzić sama. Najpierw z porodem, który wciąż często nie przebiega tak, jak powinien, potem w połogu i w macierzyństwie. Ta samotność rodzi wiele niepewności, a jak ktoś jest niepewny, to chciałby chwycić się jakiegoś jasnego rozwiązania. Jak już się go chwyci („najlepiej karmić regularnie co trzy godziny”), to czuje się z tym bezpieczniej. Jeśli spotka kogoś, kto stosuje inną regułę („a ja karmię na żądanie”), to czuje dysonans poznawczy. Nie lubimy mieć dysonansu, więc zaczynamy tępić jego źródło. Propozycja: „Rób tak, jak ci służy” nie trafia na podatny grunt. Trzeba się czuć naprawdę bezpiecznie, żeby mieć w sobie otwartość, że będzie, jak będzie. Że „czas pokaże”, że można eksperymentować. Trzeba mieć to poczucie bezpieczeństwa w ogóle, nie tylko w macierzyństwie. Gdy jesteś niepewna i widzisz, że ktoś robi coś inaczej niż ty, to jest ryzyko, że zareagujesz agresywnie – model rzeczywistości, który miał być jednoznaczny, sypie się. Podam kolejny przykład: rodzisz naturalnie, bo powiedziano ci, że to najlepsze dla dziecka i ten poród jest bardzo trudny, cierpisz, trwa to w nieskończoność, a później czytasz, że jakaś celebrytka urodziła dzięki cesarce w 20 minut, czuje się świetnie, jest bardzo zadowolona. I oburzasz się. Bo jak to? Tak się namęczyłaś, poświęciłaś, żeby dziecko miało najlepszy start, a tu nagle okazuje się, że jakaś kobieta zrobiła inaczej i to ma być OK? Gdybyśmy żyły w kraju, w którym kobieta jest traktowana podmiotowo, w którym przekazuje się wyczerpujące informacje, rozmawia z nią o możliwych opcjach wyboru, a potem podejmuje wspólnie z nią decyzje, to prawdopodobnie gotowość do oceniania i krytykowania innych kobiet byłaby mniejsza. 

Jak możemy sobie nawzajem pomagać?

Zaapelowałabym, żebyśmy były dla siebie nawzajem łagodne i powstrzymały od oceniania. Przecież każda z nas matkuje najlepiej, jak potrafi. W tym konkretnym momencie, z tymi danymi, jakimi dysponujemy, podejmujemy najlepsze możliwe decyzje. Dzieci też nie są takie kruche, jak się wydaje i jeden nasz błąd nie spowoduje traumy na całe życie. Po drugie, wspierajmy się nawzajem i nie wyskakujmy z nieproszonymi radami – rady nie są niczym złym, o ile ktoś nas o nie wcześniej poprosi. Po trzecie, dbajmy o siebie i swoje granice. Jeżeli ktoś daje nam rady, których nie chcemy – a będzie ich sporo, bo mamy umiarkowany wpływ na to, co inni do nas mówią to możemy zrobić to, na co mamy wpływ, czyli zatroszczyć się o siebie i swoje dziecko. Kiedy ktoś mi zwraca uwagę, że np. mój pięciolatek lata w marcu bez czapki, pomaga mi myślenie: „To nie o mnie, to jest o tej pani, pewnie jej jest zimno, zapomniała już, że dzieci dużo się ruszają i mniej marzną...”. Trudno jest nie brać uwag innych osobiście, ale warto się starać. Te nieproszone rady więcej mówią o osobach, które je wypowiadają, o ich lękach. Po czwarte – dawajmy sobie nawzajem zrozumienie i empatię. Jeżeli jakaś kobieta prosi mnie o radę, to najczęściej prosi o to, żebym jej po prostu wysłuchała, a potem ewentualnie podzieliła się swoim doświadczeniem. Żeby mogła poczuć, że nie jest w swoim zmaganiu sama. Tak właśnie może działać przysłowiowa „wioska”. 

Ula Malko, fot. archiwum prywatne

Ula Malko –  psycholożka dziecięca, mediatorka oraz współzałożycielka ośrodka wsparcia i rozwoju Bliskie Miejsce. Prywatnie jest mamą ośmiolatka i pięciolatka. „Od ponad 10 lat pracuję z rodzicami, wspierając ich w rozpoznawaniu potrzeb małych dzieci, ale także lepszym rozumieniu siebie samych w nowych rolach, jakie zaczynają pełnić, stając się rodzicami. W pracy staram się wzmacniać wiarę rodziców we własną intuicję i poczucie kompetencji. Prowadzę także mediacje, podczas których pomagam stronom – a najczęściej są to pary – wzajemnie się usłyszeć i zobaczyć” – mówi Ula Malko.