Miłość to wspaniałe uczucie. Dające napęd do działania, radość. Z miłości chce nam się starać, sprawiać przyjemność. Komuś rzecz jasna. Ale takie uczucie powinnyśmy też okazywać samym sobie, dbać o siebie, akceptować się ze swoimi wadami i zaletami. Jednak nam łatwiej dać coś komuś lub uzależnić od kogoś swoje dobre samopoczucie niż praktykować szeroko pojętą samomiłość. A przecież to z samą sobą jesteśmy 24 godziny na dobę, na dobre i na złe. Co więcej, pierwszym krokiem do udanych relacji z innymi ludźmi – jak podkreślają nasze ekspertki – jest samoakceptacja i praca nad poczuciem własnej wartości. Oczywiście problemy z samoakceptacją mają różne podłoże, bywają mocno zakorzenione i nie da się ich przezwyciężyć szybko i łatwo, bywa, że nie udaje się bez pomocy specjalistki lub specjalisty. Co najważniejsze jednak – praca nad sobą daje dużo dobrego, pomaga urosnąć w siłę i poczuć niezależność. A to jest naprawdę wspaniały stan.

Pokochaj siebie!

Zasadniczo nie uczy się nas miłości własnej, a wręcz powtarza się nam od dziecka, żebyśmy nie byli egoistycznymi osobami, byśmy pomagali innym, nie zajmowali innych swoimi problemami. Z jednej strony bombarduje się nas wyśrubowanymi nierealnymi kanonami piękna i innymi wymaganiami, a z drugiej nie daje narzędzi, jak się w tym wszystkim odnaleźć, jak żyć ze sobą w zgodzie, wyznaczać własne granice, poznawać i słuchać swoich potrzeb. A to powinna być podstawa.
Osoba, która darzy siebie miłością, nie potrzebuje innych, by czuć się dobrze i pięknie – mówi seksuolożka Patrycja Wonatowska. – Brak tego elementu może sprawić, że trwamy w relacji, która zamiast szczęścia przynosi cierpienie, niezadowolenie i brak satysfakcji. A miłość sama w sobie nie wiąże się z cierpieniem, co nie oznacza z kolei, że w związkach nie napotykamy na trudności. Jednak tworzący je ludzie, którzy mają stabilne poczucie własnej wartości, nie mają zwykle obaw przed poruszaniem trudności, omawianiem ich wspólnie, jak i obaw przed rozpadem relacji”.
Tymczasem wielu osobom wydaje się, że ich wartość zależy od tego, czy są w związku – a żyjemy w kulturze, która choć akceptuje singielki i singli, to wciąż na piedestale stawia pary. Do tego łatwiej bywa przejrzeć się w oczach innych, posłuchać zapewnień, że jesteśmy dla nich atrakcyjne czy atrakcyjni, wartościowi i tak dalej. Ale te zapewnienia potrzebne są stale, jeśli sami siebie nie akceptujemy, bo gdzieś tam w głowie słyszymy ciągle podszepty, że może to nie jest prawda. Budzą się wtedy w nas lęk i niepewność. Nasza rozmówczyni jednak podkreśla wyraźnie, że związek to nie magiczne remedium na dotychczasowe smutki czy niepowodzenia w życiu. „Kiedy jesteśmy w związku, nasze problemy nie znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – zaznacza Patrycja Wonatowska. – Nie czyńmy z partnera/partnerki strażnika czy strażniczki naszego szczęścia. Bez względu na to, o jakiej płaszczyźnie relacji mówimy: czy będzie to życie rodzinne, zawodowe, seksualne, czy jeszcze jakiekolwiek inne. Musimy najpierw same zadbać o siebie, o swoje zdrowie i samopoczucie, uwierzyć, że same wiemy, co jest dla nas najlepsze. To przekonanie sprawia, iż zdajemy sobie sprawę, że mamy prawo wyboru, że decydujemy o swoim życiu. Jest to niezbędne przy budowaniu relacji z drugim człowiekiem, przy wyznaczaniu własnych granic. Z kolei obarczanie odpowiedzialnością za nasze szczęście drugiej osoby prędzej czy później stanie się uciążliwe dla każdej ze stron”.

Miłość własna a związki

Podobnego zdania jest psycholożka i psychoterapeutka Sylwia Miller, która mówi wprost, że jeśli ktoś nie akceptuje siebie, to jest małe prawdopodobieństwo, że polubią go inni. „Zdrowy związek tworzą dwie zdrowe dorosłe osoby, i nie może się on opierać na relacji zależności, nawet jeśli początkowo wydaje się ona kusząca. Romantyczne uniesienie może się przerodzić w więzienie. Oczywiście można się oprzeć na partnerze w trudnej sytuacji, ale nie może to być stałe, to znaczy potrzebę przywiązania trzeba równoważyć z potrzebą samodzielności. Wtedy partnerzy są dla siebie atrakcyjni”.
Nasza ekspertka ostrzega również, że niska samoocena może sprawić, iż będziemy wchodzić w związki przemocowe, w których będziemy wykorzystywane, poniżane. „Nie ma większej przeszkody dla związków uczuciowych niż lęk i poczucie, że nie zasługuję na miłość i że moim przeznaczeniem jest to, że zostanę zraniona – twierdzi Sylwia Miller. – Nieświadomie szukam partnera, często za wszelką cenę, i nie dostrzegam niepokojących sygnałów już na początku relacji, która okazuje się później toksyczna, ale z której trudno się wyrwać, gdyż ma się poczucie, że nie czeka mnie nic lepszego. To samospełniające się proroctwo. Często jest to także pokłosie zaborczości, nadmiernej kontroli lub przeciwnie – braku stawiania granic i uległości”.
Jesteśmy uległe (lub ulegli, bo mężczyzn to tak samo dotyczy), kiedy boimy się, że ktoś odejdzie, przystajemy więc na każde warunki. To z jednej strony. Z drugiej, nawet jeśli trafimy na osobę, która pokocha nas szczerze i będzie chciała dla nas jak najlepiej, to i taki związek będziemy sabotować. „Borykając się z brakiem samoakceptacji, często nie wierzymy dowodom miłości partnera czy partnerki, i taka osoba czuje, jakby napełniała (miłością) sito – opowiada Miller – aż w końcu się wyczerpuje, bo ma dosyć udowadniania i ciągłego przekonywania do siebie. Osoba o niskim poczuciu własnej wartości niechcący podkopuje miłość. Stara się kochać, ale brakuje jej poczucia wewnętrznego bezpieczeństwa, jest za to lęk, że jej przeznaczeniem jest wyłącznie ból”.
Oczywiście problemy życia codziennego rzutują też na to, co dzieje się w sypialni. Brak samoakceptacji, zwłaszcza jeśli wiąże się też z cielesnymi kompleksami, może sprawiać, że unikamy seksualnych zbliżeń, nie potrafimy się nimi cieszyć, czerpać z nich przyjemności. Nie wierzymy, że partner czy partnerka szczerze nas pożąda, że dobrze jej czy jemu z nami w łóżku. To wszystko także negatywnie wpływa na całość relacji.
Osoby o niskim poczuciu własnej wartości potrzebują więc oparcia w związku, a jednocześnie trudno im w tym związku funkcjonować, uwierzyć w miłość, czerpać z tego. Patrycja Wonatowska zwraca w tym obszarze uwagę na ważne sprawy. „Bycie partnerem/partnerką to jeden z wielu aspektów życia – mówi seksuolożka. – Nie jego najważniejszy cel. Nie każdy człowiek musi być w związku. Nie każdy związek zawsze będzie wyglądał tak samo. Czy zawsze to będą wyłącznie dwie osoby? Czy zawsze będą to osoby płci przeciwnej? Poczucie własnej wartości sprawia, że niezależnie, czy czuję się mniej, czy bardziej pewnie, potrafię w każdej sytuacji zakomunikować swoje potrzeby, znam je i wiem, jak je wypowiedzieć lub przekazać innej osobie/innym osobom. A to zależy od dobrej relacji z samą sobą”.
Jak jednak nad taką relacją pracować? Bez wątpienia warto to robić niezależnie, czy jesteśmy w związku, czy nie. Choć oczywiście można dla związku, dla drugiej osoby, jeśli inna motywacja nie jest skuteczna. „Pracę zaczynamy od siebie, bo tylko na siebie mamy wpływ – podkreśla Sylwia Miller. – Poza tym zmiana naszego zachowania wpływa na drugą osobę. Nauczenie się rozpoznawania własnych reakcji i zrozumienie ich źródła jest punktem wyjścia do rozwijania samoakceptacji. Dysfunkcyjne niskie poczucie własnej wartości formułuje się na skutek doświadczeń z dzieciństwa, niezaspokojonych ważnych potrzeb dziecka, np. bezpieczeństwa, akceptacji, uwagi. Dlatego często praca na własną rękę w tym zakresie jest trudna i nie obejdzie się bez psychoterapii”.
Poczucie własnej wartości to świadomość siebie, to docenianie zalet, jak i akceptacja słabszych stron, których nie jesteśmy w stanie zmienić, oraz praca nad tymi, która są do zmiany, np. szlifowanie angielskiego. Sylwia Miller zaleca, aby regularnie pracować nad sobą, nad poczuciem własnej wartości. „Codziennie wieczorem wypisuj, z czego jesteś dziś zadowolona, dumna – chodzi o drobne rzeczy, np. spacer z psem, zrobienie smacznego śniadania, wypicie kawy bez pośpiechu. Spróbuj przeżyć choć jeden dzień, nie krytykując siebie, robiąc rzeczy, które nie zniszczą dobrego samopoczucia. Powtarzaj to ćwiczenie tak często, aż nie przestaniesz bać się być szczęśliwą osobą – to znaczy: świadomą siebie, akceptującą i lubiącą siebie. Aż zaczniesz stawiać czoło destrukcyjnemu głosowi wewnętrznego krytyka. Chodzi więc o zmianę utrwalonych sposobów myślenia o sobie. Czasem warto też zrobić bilans dotychczasowego życia i zobaczyć, jak wiele w nim różnych odcieni, w tym tych pozytywnych”.
Patrycja Wonatowska także poleca spisywanie, ale oczekiwań, jakie mamy wobec drugiej osoby, i zastanowienie się, czy aby na pewno wszystkie powinna ona spełnić, a co jest zależne tak naprawdę od nas samych. To rozbudzanie świadomości i pierwszy krok do pracy nad sobą. „Satysfakcja z budowania świadomej wersji siebie to największy prezent, jaki można sprawić sobie i innej osobie/innym osobom” – mówi seksuolożka. Niezależnie jednak, w jakiej konfiguracji przyjdzie nam żyć, to akceptując siebie, będzie nam łatwiej, nie będziemy samotne i zależne od innych ludzi. W naszym życiu zostaną osoby, które naprawdę w nim chcemy, a nie takie, od których jesteśmy zależne.