Nie chcę tu pisać scenariuszy przyszłości, bo nie jestem scenarzystką. Ale chyba nie jesteśmy do końca bezpieczni. Sam fakt, że w odwiercie topniejącego lodowca Guliya w Chinach naukowcy odkryli aż 33 wirusy, z czego większość wcześniej nie była nam znana, nie nastraja optymistycznie. Może się okazać, że boimy się mikrobów z przyszłości, tymczasem zagrożenie zmierza do nas z …przeszłości (konkretnie zakonserwowane w lodzie sprzed 15 tysięcy lat). Co robić? Bać się czy nie? Tego nie wiem. Wiem za to, że jeśli pytać – to najlepszych. Fakt, że mój rozmówca, prof. Parczewski, jest jednym z najmłodszych profesorów uniwersyteckich w Polsce, dodaje mi odwagi.  

Joanna Winiarska: To w końcu one czy my? Uda nam się przechytrzyć wirusy? 

prof. dr hab. n. med. Miłosz Parczewski: Od zawsze żyjemy z nimi w silnym uścisku. Wystarczy zajrzeć w ostatnie stuletnie okno historyczne. Hiszpanka (bynajmniej nie z Hiszpanii), grypa Hongkong, MERS, SARS, potem HIV. To pokazuje, że potencjał przeskoku wirusów ze zwierząt na ludzi zawsze istniał i w przyszłości nadal tak będzie. Zwłaszcza tam, gdzie jest gęste zaludnienie i ludzie żyją blisko ze zwierzętami. W dodatku niektórym wirusom przeskakiwanie przychodzi wyjątkowo łatwo – do nich akurat należy SARS-CoV-2 – bo używają tych samych receptorów, które są na naszych komórkach, aby się „przyczepić”. Łatwiej też mają wirusy „silne”, czyli wysoko zakaźne.

„Silne” wirusy? Na czym polegają ich moce? 

O tym, czy wirus jest silny, czy słaby, świadczy gradacja zakaźności. Silne to te, które zakażają stosunkowo łatwo. Czyli wszystkie wirusy przenoszone drogą kropelkową, w aerozolu z nosa i ust, te, które osiadają na klamkach i przedmiotach, ubraniach. Są wszędzie i łatwo się na nie natknąć. A trudno się obronić. Są też wirusy słabe. To oznacza tylko tyle, że aby się takim wirusem zakazić, trzeba spełnić szereg warunków. Np. moc zakażania HIV (który przeskoczył prawdopodobnie od małpy) jest słabsza, bo musi zajść już szereg okoliczności – kontakt płciowy, brak zabezpieczania, mikrourazy śluzówki itd. Jeszcze słabszy jest wirus zapalenia wątroby typu C (HCV), w przypadku którego, aby nastąpiło zakażenie, musi zazwyczaj dojść do kontaktu krew–krew (rzadziej do kontaktu seksualnego). Na co dzień nie zdarza się to tak nagminnie jak dotykanie klamki, czy cudzej klawiatury.

Czyli wirusy będą sobie bez zahamowania przeskakiwać ze zwierząt na ludzi, a my nie będziemy tego potrafili w żaden sposób kontrolować? 

Będą to robić, w zasadzie robią to cały czas. Co dzień! Tylko, że 99,9 proc. z nich nie przyjmie się, czyli nie zaadaptuje w środowisku nowego gospodarza, a więc człowieka. Zatem człowiek nie będzie transmitował wirusa. Oczywiście, to również jest kontrolowane. Międzynarodowa Organizacja Zdrowia (WHO) od lat prowadzi nadzór nad międzygatunkowymi transmisjami wirusów. À propos przeskakiwania wirusów ciekawym przypadkiem jest grypa. U niej bowiem przeskakuje tylko fragment genomu z ptaka lub innego ssaka (np. świni – stąd nazwy „ptasia” i „świńska”) i sprytnie wmontowuje się w grypę zakażającą ludzi. A tak zrekombinowany genom wirusa sprawia, że znów jesteśmy mniej odporni na grypę, na którą już przecież chorowaliśmy kilka razy w życiu. 

Grożą nam kolejne pandemie? 

Bardzo prawdopodobne jest, że w przyszłości, np. za 20–30 lat pojawi się kolejny bardzo silny wirus. Możemy nawet przewidywać, że będzie to ponowny przeskok wirusa z rodziny koronawirusów, co już obserwowano w ostatnich dekadach. Od lat 80. XX w., czyli w stosunkowo niedługim czasie, mieliśmy kilka epidemii koronawirusów (MERS, SARS). W obiegu są też cztery inne znane koronawirusy, odpowiedzialne za zakażanie górnych dróg oddechowych. 20 proc. dzieci zakaża się rokrocznie jakąś ich odmianą – to część naszych infekcji jesienno-zimowych.

Czy jako ludzkość poradzimy sobie z wirusami w przyszłości? 

Bardzo trudne pytanie. Ludzie i wirusy to wciąż krucha równowaga. Załóżmy optymistyczne scenariusze. Zobaczmy, jak pozytywne rzeczy zadziały się podczas tej pandemii. Mamy ogromny potencjał w produkcji szczepionek. Testy genetyczne, które wykrywają chorobę, zostały rozprowadzone na całym świecie w ciągu zaledwie kilku tygodni. Szczepionka powstała w pół roku. Technologicznie potrafimy coraz sprawniej i szybciej sobie radzić. Przecież SARS-CoV-2 został zidentyfikowany jako zupełnie nowy wirus w zasadzie błyskawicznie. Myślę, że nigdy nie da się wszystkiego do końca zaplanować ani przewidzieć, ale to pocieszające, że techniczne możliwości są. 

Tak naprawdę w przypadku groźnych wirusów najskuteczniejszym wyjściem jest nabycie odporności populacyjnej. W chorobach przez nie wywołanych będą pierwsza, druga, a nawet czwarta i piąta fala. Jeśli odnotowujemy, że coraz mniej ludzi choruje, to znak, że populacja się uodparnia. W czasach, kiedy nie było szczepień, przychodziła co jakiś czas epidemia wyrównawcza (naprawdę tak się takie zjawisko nazywa), np. w przypadku różyczki pojawiała się z regularnością co około siedem lat. Teraz, szczęśliwie, szczepienia zdejmują nam z głowy część tych problemów. 

Co to jest tajemnicza choroba X, o której wspomina się w scenariuszach przyszłości?

Ależ to jest dokładnie to, co teraz przeżywamy! Coś, na co państwa według wytycznych WHO próbowały się teoretycznie przygotować. A konkretnie: nowa choroba zakaźna o globalnym zasięgu, wymagająca specjalnych przygotowań. Czyli? Odpowiednio zorganizowanych środków i sił w opiece zdrowotnej. Przecież nowe szpitale, więcej lekarzy, leków i sprzętu nie weźmie się z niczego i z dnia na dzień. 

Czy możemy się skutecznie zabezpieczyć przed transmisją wirusów dzięki coraz doskonalszym środkom czystości czy ochrony? 

Jako lekarz dyżurujący na oddziale powiem: nie. Możemy i musimy stosować środki ostrożności, ale to nie chroni nas w stu procentach. Myjąc ręce, nosząc maski, dezynfekując powierzchnie i zachowując dystans, zwiększamy tzw. promień zakaźności i tym samym zmniejszamy ryzyko zakażenia się. Z krążącymi cząstkami wirusa jest jak z losami na loterii. Gdy kupisz jeden – małe szanse, że wygrasz. Gdy kupisz tysiąc – w końcu coś się trafi, w tym wypadku akurat niefortunnie. 

Dlaczego niektórzy chorują ciężej? 

Część z powodów jest powszechnie znana – wiek i choroby współistniejące. U niektórych występują jeszcze czynniki osobnicze, czyli to, jak są zaprogramowani do walki z chorobą. Poza tym ten wirus nie jest cały czas taki sam, zależy, z jaką jego wersją mamy do czynienia. W ogóle warto wiedzieć, że w ostrej chorobie koronawirusowej są dwie fazy. Pierwsza to namnażanie się, czyli replikacja wirusa. Od tego nie umieramy. Potem następuje tzw. burza cytokinowa, czyli odpowiedź naszego organizmu na obecność SARS-CoV-2. Czasami jest ona, oględnie mówiąc, nienaturalnie przesadzona, zbyt silna, nieadekwatna. I to właśnie reakcja naszego organizmu bywa śmiertelnie niebezpieczna. Nie sam wirus, tylko nasza osobnicza odpowiedź na niego. 

Czy wirusy, tak jak kiedyś wojny, będą eliminować najsłabszych?

Odważna teza. Przyznam, że myślałem już o wirusie jako o nowym naturalnym drapieżniku. 

Czy osoby z chorobami autoagresywnymi, które są poniekąd wizytówką przyszłości (choroby, nie osoby), będą chorować ciężej? 

Nie ma na to żadnych dowodów. Chyba że osoby te biorą leki immunosupresyjne, bardzo obniżające odporność. Wtedy każda choroba ma u nich gorszy przebieg. 

Czy będziemy mogli wpływać na wirusy, aby stawały się łagodniejsze? Tak jak manipuluje się przy genach? 

One same mutują i się zmieniają. I to bardzo szybko. Wirus łagodnieje, przechodząc przez tzw. pasaż populacyjny. Innymi słowy: im więcej osób choruje, tym bardziej jego moc słabnie. Nie ma czegoś takiego jak inteligencja wirusa, ale jego zdolności adaptacyjne mogą wskazywać, że uczy się w tydzień tego, na co my, ludzie potrzebujemy kilkudziesięciu lat. Jak się dostosować, czyli dłużej przeżyć, a przy okazji – zakazić więcej osób. Im bardziej zjadliwy wirus, tym szybciej się powiela. Przykładowo jeśli ja będę nosił zjadliwszą wersję, a pani – łagodniejszą, to ja zakażę większą liczbę osób. Jeśli jednak wirus będzie tak zakaźny, że zabije wszystkich swoich nosicieli, sam też zginie. Wirus musi to sobie „przemyśleć”. A wniosek jest taki, że warto złagodnieć i nie zabijać, aby móc się rozmnażać i do woli infekować. 

Jakie są najgroźniejsze wirusy, które wciąż nam zagrażają i w przyszłości nadal będą zagrażać?

Zacznijmy od tego, że są dwa rodzaje zagrożenia. Pierwszy to potencjał ciężkiego przebiegu u dużej liczby osób. Tu wciąż najgroźniejsza jest grypa, ze swoją rokroczną śmiertelnością. Zobaczymy, jak rozwinie się sprawa z koronawirusem, bo być może w tym roku wyprzedzi grypę. Drugie zagrożenie to tzw. wirusy ukryte, słabo zdiagnozowane. A tutaj wciąż jednym z najgroźniejszych problemów są HIV czy HCV. Jego problemem są późne objawy, a rozwiązaniem tego problemu – powszechne testowanie. Do ultraniebezpiecznych należą też wirusy egzotyczne, o ogromnym stopniu śmiertelności: ebola i inne gorączki krwotoczne. Zdążyliśmy już zapomnieć o jednym z najniebezpieczniejszych, swojskim wirusie wścieklizny, który jest w zasadzie… w stu procentach śmiertelny! Na szczęście ratują nas przed nim szczepionka i surowica. 

Rozmowa z profesorem nieco mnie uspokoiła. WHO codziennie kontroluje pojawianie się na świecie nowych podejrzanych chorób. Opracowywanie kolejnych szczepionek jest coraz szybsze, bo bazuje się na technologiach, które już mamy. Medycyna gna do przodu jak torpeda. Opieka zdrowotna testuje się w obecnej chwili na nieprzewidziane i ekstremalne sytuacje. A my mamy swoją własną odporność i w nią powinniśmy inwestować. My jako jednostki. A my jako społeczeństwa? Z tym jest gorzej. Wobec epidemii otyłości, cukrzycy, nadciśnienia odporność siada. Niedobrze. Wycinanie lasów amazońskich? Źle, bo zwierzęta ze swoimi wirusami gdzieś będą musiały się podziać. Katastrofa klimatyczna? Tragedia. Uwolnimy z lodowców jeszcze niejedną niemiłą niespodziankę. Głupi wirus? To nie on jest głupi, tylko my.