Pokolenia Z nie rozumieją millenialsi. Ci bowiem dorastali jeszcze w czasach, kiedy w prezencie na pierwszą komunię świętą dostawało się co najwyżej rower, a nie laptop czy najnowszego iPhone’a, zaś z internetu korzystało się przez kabel. Urodzonym na przełomie lat 90. i 2000. zarzuca się, że żyją w przekonaniu, iż coś im się należy. Trzydziestolatkowie kręcą głowami i za bezczelne uważają to, że młodszy o kilka lat kolega z pracy, bez doświadczenia, choć z imponującymi skillami, chciałby zarabiać tyle samo co oni. Bezczelność? Nie, nowe standardy, do których rynek pracy musi się przystosować. 

Jak zarobić i się nie narobić

Pokolenie Z w opinii wielu pracodawców (i nie tylko) to lekkoduchy, które wedle popularnego sloganu chciałyby się szybko wzbogacić, a przy tym specjalnie nie napracować. Z opublikowanego w 2019 roku raportu SpotData i firmy Provident wynika jednak, że ci nieufni często pracodawcy sami będą musieli się nieźle napracować, żeby przedstawiciele pokolenia Z byli wobec nich bardziej lojalni i zaangażowani. Zetki, w przeciwieństwie do generacji funkcjonujących na rynku pracy od kilku dekad, o wiele szybciej adaptują się do zachodzących zmian. A taką było choćby wymuszone przez pandemię przejście na home office. Zdaniem ekspertów od rynku pracy bierze się to także stąd, że przedstawiciele generacji Z to indywidualiści nastawieni na realizację konkretnych celów, niekoniecznie nadający się do pracy zespołowej. Nie oznacza to jednak, że atmosfera w pracy nie jest dla nich ważna. Wręcz przeciwnie. Bardziej niż możliwość szybkiego awansu cenią dobre samopoczucie i komfort psychiczny. 

Obserwatorzy i komentatorzy runku pracy nie mają wątpliwości co do tego, że generacja Z jest pokoleniem zmiany i przebranżawiania się, choć jej reprezentanci jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy. W porównaniu ze starszymi generacjami, czyli X (obecni czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie) oraz Y (millenialsi, urodzeni w latach 80. i w pierwszej połowie lat 90.), zetki są pierwszym pokoleniem wychowanym w czasach gospodarki rynkowej, a co za tym idzie, przejawiają większą chęć założenia własnego biznesu – dlatego dziś tak wielu dwudziestolatków zarabia na własnych kontach na YouTubie czy Instagramie. 

Mieszkanie ze sprzątaniem w pakiecie

Mieć czy być? Generacja Z nie ma wielkiego dylematu. Pokolenie Z – co diametralnie odróżnia ich choćby od millenialsów, a już na pewno od tych starszych, czyli np. ich rodziców – nie czuje dużej potrzeby posiadania, bo po prostu jest przyzwyczajone do tego, że praktycznie wszystko ma. Kolejna rzecz to wygoda, do której przyzwyczaił ich rynek usług. Zetki nie muszą już kupować płyt CD czy DVD, bo muzyki mogą posłuchać w Spotify, a filmy obejrzeć, wykupiwszy dostęp do Netflixa. Mogą też wynająć na godziny samochód, skuter, hulajnogę. 

Specjaliści działający na rynku nieruchomości uważają, że taki sam będzie stosunek zetek do mieszkań. O wiele bardziej atrakcyjna od zakupu będzie dla nich opcja wynajmu, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że w perspektywie najbliższych 10 lat może się to wiązać z pełnym pakietem usług, jak sprzątanie czy opieka nad dzieckiem. Do dzisiejszych dwudziestolatków będzie to przemawiać o wiele bardziej niż wiązanie się kredytem hipotecznym na 30–40 lat. 

Polityka? ***** ***!

Podejście dzisiejszych dwudziestokilkulatków, a nawet młodszych Polaków do polityki dość wyraźnie zweryfikowały jesienne protesty. Strajk Kobiet zmobilizował do wyjścia na ulicę także tych, którzy jeszcze nie mogą głosować, a gdyby mogli, zrobiliby wszystko, żeby odsunąć do władzy mających obecnie w Sejmie większość i zajmujących wszystkie ministerialne stanowiska. Prawo i Sprawiedliwość ma poważny problem (z korzyścią dla nas wszystkich), bo najmłodsi wyborcy nie są przekupni i 500+ czy inne kwoty nie robią na nich wrażenia, a mydlenie oczu „Piątką dla zwierząt” bardziej politykom szkodzi, niż pomaga. 

Nie oznacza to jednak, że opozycja ma z młodymi wyborcami (lub prawie wyborcami) lekko. Platforma Obywatelska również nie ma im nic ciekawego do zaoferowania. Lewica trochę więcej, ale stojący na jej czele politycy nieszczególnie przemawiają do przyszłych pokoleń wyborców. Chwilowym powiewem świeżości był Szymon Hołownia, który jednak ciągle bardziej kojarzy się z panem z telewizji niż poważnym politykiem, a jego nawoływanie do dialogu stało się obiektem kpin w memach. Młodzi szukają alternatywy i na razie nie widzą jej w żadnym z obecnych ugrupowań politycznych. Rosnący w siłę Młodzieżowy Strajk Klimatyczny to idealny przykład na to, że ci, którzy będą chcieli przekonać do siebie dorastające pokolenia, muszą jasno i otwarcie mówić o konieczności przeciwdziałania skutkom globalnego ocieplenia, a nie używać argumentacji w stylu prezydenta Andrzeja Dudy, który powiedział, że „świat prędzej czy później się skończy”; nawet założenie konta na TikToku nie pomogło mu zdobyć sympatii młodych Polaków. 

Generacja Z chciałaby w polityce więcej kobiet i nieco starszych od siebie działaczy. A także rozdziału państwa od Kościoła, dla którego, swoją drogą, poparcie spada w zawrotnym tempie. Przedstawiciele pokolenia Z nie rozumieją też dyskusji typu „być albo nie być w Unii Europejskiej”. Dla nich Polska należy do UE od zawsze, dlatego jest naturalne, że bardziej czują się obywatelami Europy (a nawet całego świata) niż starsze pokolenia. Chcą studiować, mieszkać i pracować za granicą, a w obronie praw do tego są i będą w stanie się opowiedzieć się już nie tylko w ramach wydarzenia na Facebooku.